Na wszystko jeszcze raz popatrzę – Tadeusz Woźniak i Witold Górka – „Zegarmistrz światła” [recenzja]

A kiedy przyjdzie także po mnie… tymi słowami zaczyna się Zegarmistrz światła, najbardziej znany utwór Tadeusza Woźniaka nagrany wraz z Alibabkami. Artysta pojawił się w życiu kulturalnym ponad pięćdziesiąt lat temu. Od tego momentu czynnie udzielał się zarówno w radiu, telewizji oraz na scenach teatralnych. Miłośnicy czarnych płyt szukali takich jego krążków jak choćby: Odcień cieszy, Tadeusz Woźniak czy Lato Muminków. Ten wywiad-rzeka to szczera rozmowa o twórczości, rodzinie, przyjaciołach, muzyce, teatrze, płytach, życiu oraz świecie. Kompozytor nie boi się podejmować również tematów trudnych takich jak religia czy używki (alkohol, narkotyki). Wszystkie te wyznania wysłuchał i spisał Witold Górka – redaktor muzyczny i filmowy. To jego kolejna książka po Alfabecie muzycznym i wywiadzie z Tomaszem Jaśkiewiczem zatytułowanym: Byłem gitarzystą Niemena.

Warto chyba na początku zatrzymać się nad tytułowym Zegarmistrzem Światła, który wygrał główną nagrodę na X Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1972 roku. Od tamtej chwili stał się popularny i rozpoznawalny. Te, wydawałoby się krótkie, dwie zwrotki napisał poeta i malarz Bogdan Chorążuk. Ich treść opowiada o odchodzeniu i śmierci, pokazując wszystkie jej blaski i cienie. Ten zegarmistrz odmierzający każdą minutę to właśnie alegoria śmierci, Boga, fatum bądź przeznaczenia. A światło to zarówno nasze życie jak i świat.  Szczegółową interpretację pozostawię Państwu.

Wróćmy jednak do lat dzieciństwa Tadeusza Woźniaka. Od zawsze chodził własnymi drogami. Sam w wieku sześciu lat przemieszczał się kolejką podmiejską, by dotrzeć choćby nad Świder, by się wykąpać. Dlatego uważa, że obecnie dzieci żyją w niewoli, nie mają już tyle swobody (nie wspominając o tym, że rodzice mogliby za brak opieki trafić do więzienia). W swoim życiu był świadkiem albo uczestnikiem wielu wydarzeń, na jego oczach wznoszono choćby Pałac Kultury i Nauki. Uwielbiał też Fotoplastikon Warszawski – miejsce pełne tajemnicy i magii. Wychował się w bardzo skromnym domu na Woli, w którym nie było instrumentów, choć istniała tradycja wspólnego muzykowania (grało się na tym, co było pod ręką – choćby na grzebieniu). Wrażliwy na piękno dźwięków rozpoczął naukę gry na skrzypcach. Dopiero potem pojawiła się gitara, która towarzyszy mu po dziś dzień. Chodził także do szkoły baletowej gdzie uczył się tańca klasycznego. Po czterech latach uznał jednak, że to nie zawód dla niego i zrezygnował. Łatwo przychodziło mu rezygnowanie z kolejnych szkół. Cóż się dziwić. Frank Zappa twierdził, że jeśli chcesz się czegoś nauczyć, to rzuć szkołę i idź do biblioteki.

W późniejszych latach trochę pociągał go hippizm. Napisał nawet dwa utwory, które w tę filozofię wpisują się idealnie: Ile zapragną oraz To będzie syn. Dorobił się także pseudonimu – Daniel Dan – a to dlatego, że w Polsce był już Tadeusz Woźniakowski i społeczeństwo po prostu myliłoby tych dwóch artystów. Nie był jednak z niego zadowolony, podobnie jak z tamtejszego granego repertuaru. I tak z Grochowskiego podwórka gitarowego w ciągu kilku miesięcy wylądował na scenie Hali Gwardii i największych scenach w Polsce. Jak potoczyła się jego dalsza droga? Jakich wydarzeń był świadkiem? Co dała mu rodzina? Z kim skrzyżowały się jego drogi? Jakie ma podejście do używek? Doczytajcie sami.

Fot.: Zysk i s-ka

Magdalena Kurek

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Gdańskim. Zgodnie z sentencją Verba volant, scripta manent (słowa ulatują, pismo zostaje) pracuje nad rozprawą doktorską poświęconą interpretacji muzyki w prasie lat ’70 i ‘80. Jej zainteresowania obejmują literaturę i sztukę, ale główna pasja związana jest z tempem 33 obrotów na minutę (mowa oczywiście o muzyce płynącej z płyt winylowych).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *