There’s a new sheriff in town – Hermann, Greg – „Comanche – 6 – Buntownicza furia” [recenzja]

Buntownicza furia

Uwierzycie, że Red Dust został zastępcą szeryfa? I znów może pochwalić się bujną czupryną w płomiennorudym kolorze! Taki wstęp, otwierający kolejny tom cyklu Comanche musi zapowiadać dobry, wciągający komiks. I Buntownicza furia właśnie taka jest – nie ma ani chwili na zaczerpnięcie oddechu, bo dzieje się bardzo dużo, a w dodatku (co niezmiernie cieszy) nasz wyśmienity strzelec nie jest już zmizerniałym, chudym więźniem, lecz zdrowym, umięśnionym rewolwerowcem, który w dodatku całkowicie legalnie może teraz wymierzać sprawiedliwość. W granicach lokalnego prawa, rzecz jasna. A będzie co wymierzać, bo tytułowa buntownicza furia wprowadzi niezłe zamieszanie na pobliskich terenach. Czy Comanche będzie musiała bać się o swoich podopiecznych i pracowników? Czy Dust sprawdzi się w roli zastępcy szeryfa?  Tego można dowiedzieć się jedynie, sięgając po komiks.

Można by pomyśleć, że podobnie jak w poprzednich tomach, z jakiegoś powodu wybuchnie rozróba, którą ostatecznie Red i jego ludzie załagodzą i wszystko skończy się dobrze; być może nie obejdzie się bez ofiar. Jednak tym razem sprawa jest nieco poważniejsza, bo nie chodzi o zgraję rzezimieszków czy lokalną bandę morderców, lecz o bunt plemienia Czejenów. Jak wiemy i pamiętamy z poprzednich części, Comanche nigdy nie kierowała się uprzedzeniami, dlatego na ranczu “Trzy szóstki” pracuje zarówno młodziutki, niedoświadczony blondynek, jak również jeden czarnoskóry i jeden… Czejen. Tak jest, dokładnie. Z pewnością zresztą pamiętacie Księżycową Plamę, który w mniejszym lub większym stopniu przewija się przez cykl od samego jego początku. Ów nie jest do końca zwykłym czejeńskim wojownikiem. Jego wyjątkowość zasadza się po pierwsze na tym, że odłączył się od plemienia i pracuje na ranczu Comanche, ale także, co ważne dla fabuły Buntowniczej furii, jest bratem Stojącego Konia i Samotnego Ognia. Ten pierwszy jest wodzem Czejenów, którzy żyją spokojnie w rezerwacie, przestrzegając praw i dbając o to, by i ich prawa były szanowane, natomiast Samotny Ogień… no cóż, jak już się być może domyślacie, to on, jako kolejny syn legendarnego wodza Trzy Kije, wznieci tytułowy bunt, który podzieli czejeńskie plemię na dwa obozy. To postawi w niefortunnej sytuacji Księżycową Plamę. Czy powinien bowiem bronić “Trzech Szóstek”? A może raczej pomóc swoim i czuwać przy plemieniu u boku Stojącego Konia? Jest jeszcze trzecia, o wiele mroczniejsza opcja – dołączenie do zbuntowanego oddziału Czejenów dowodzonych przez drugiego brata, Samotny Ogień.

To jednak nie wszystko z atrakcji, jakie serwuje nam scenarzysta, Greg. Do Greenston Falls przybywa bowiem dziennikarz i fotograf wysłany przez bostońską gazetę, który – widząc, że doszło do buntu wśród indiańskiego plemienia – postanawia napisać artykuł właśnie o Czejenach i wojnie, jaką zamierzają wytoczyć bladym twarzom. Co więcej, pan Morgan – bo tak zwie się ów zapaleniec – zdaje się hołdować wyłącznie szalonym pomysłom, bo postanawia sfotografować buntowniczych Czejenów… przelatując nad nimi balonem! Pytanie nie brzmi nawet, jak głupi wydaje się to pomysł, lecz: czy Red Dust zdoła wybić mu go z głowy! Zastępca szeryfa bowiem, w przeciwieństwie do fotografa, rozumie, jak nierozważny i niebezpieczny jest to zamysł. Tym bardziej że ogarnięci furią Czejenowie nie są prowadzeni jedynie przez rewoltę, zemstę, nienawiść i pochodne od nich emocje, ale także napędza ich niezwykle niebezpieczny w takich sytuacjach… alkohol. A ten może namieszać podwójnie i niebezpiecznych uczynić jeszcze groźniejszymi, tchórzliwych – odważniejszymi, a porywczych – niepowstrzymanymi.

Buntownicza furia oprócz pokazania nam niszczycielskiej siły odłamu zbuntowanych Czejenów, oprócz Dusta w roli stróża prawa, oprócz dylematów Księżycowej Plamy, pokazuje również jak do Greenston Falls, a więc także i do rancza “Trzy Szóstki”, powoli, choć coraz większymi krokami, wkracza postęp. Poprzednie tomy rzecz jasna również siłą rzeczy o tym mówiły – obserwowaliśmy przecież budowę torów kolejowych pod pierwszy w tamtych okolicach pociąg, byliśmy świadkami jak do “Trzech Szóstek” po raz pierwszy dotarła poczta, widzieliśmy także jak z tomu na tom zmienia się chociażby wygląd samego rancza. I nie inaczej jest tym razem, z tym wyjątkiem, że ów postęp zostaje w szóstej części cyklu wyraźnie, a wręcz dosłownie zaznaczony, który to moment zresztą zostaje wykorzystany przez Grega, by wprowadzić do tej historii także element komediowy. Zwykle wiązało się to z udziałem Tena Gallonsa, jednak tym razem uśmiech zawita na naszej twarzy za sprawą samej Comanche, kiedy to niejaka Isadora usilnie stara się ją przekonać do noszenia eleganckiego kapelusza. Mówi wtedy do niej:

Świat nie kończy się na Greenstone Falls i pani ranczu! Poza tym cywilizacja idzie do przodu, moja droga! Niech pani tylko spojrzy na te obrazki!

Na co Comanche przepełniona powątpiewaniem odpowiada:

I cywilizowane kobiety noszą to na głowach?

Później jednak sama krzyczy do śmiejących się z niej mężczyzn:

Nie! Nigdy byście tego nie zobaczyli Ale to nie powód, aby się zaśmiewać, wieśniaki! Będziecie musieli przywyknąć do postępu!

Kolejnym zresztą wyznacznikiem postępu w uniwersum stworzonym przez Grega i Hermanna jest właśnie ów fotograf Morgan i dowód na to, jak dokładne fotografie można zrobić ludziom, krajobrazom, zwierzętom.

Jeśli chodzi o rysunki Hermanna to oczywiście niewiele mogę powiedzieć poza tym, co mówiłam już podczas recenzji poprzednich tomów. Na uwagę kolejny raz zasługują konie przedstawione w ruchu w bardzo realistyczny jak na komiks sposób. Nadal zadziwia mnie także to, jak niektóre twarze – jak choćby Comanche – rysownik potrafi przestawić za pomocą dosłownie kilku kresek, inne natomiast – zazwyczaj te starsze, jak na przykład Tena Gallonsa – bogate są w szczegóły, kreski, kreseczki i cieniowania. Także zamknięte pomieszczenia robią wrażenie ze względu na drobiazgowość, z jaką artysta je przedstawia.  Nie mniej jednak godne pochwały są wszystkie sceny bitewne – pełne ruchu, ognia i krwi przedstawione zostały naprawdę rzetelnie i w iście westernowskim stylu. Cały czas więc czuć klimat DzikiegoZachodu, gorąco buchające od płonącego domu, a także czające się dookoła rancza niebezpieczeństwo.

Buntownicza furia przynosi więc mnóstwo akcji i mocnych scen, a paradoksalnie nasz Red Dust staje się coraz bardziej opanowany i poważny – wpływ ma na to rzecz jasna jego nowe stanowisko. Ranczo “Trzy Szóstki” rozwija się i nabiera rozmachu podobnie jak cykl Hermanna i Grega. Ciekawa jestem, w jakie kłopoty wpakują bohaterów w kolejnym tomie i co ich tam czeka. Wy natomiast, jeśli chcecie się dowiedzieć, po czyjej stronie stanie Księżycowa Plama, czy uparty fotograf faktycznie będzie uwieczniał Czejenów z lotu ptaka, czy Comanche polubi się z eleganckimi kapeluszami i jak zakończy się bunt, koniecznie sięgnijcie po szósty tom serii Comanche. Jeśli poprzednie Was satysfakcjonowały i tym razem nie będziecie zawiedzeni. Dajcie się więc porwać rudej czuprynie i kolejnym tarapatom rancza – nowy szeryf zaprasza!

Fot.: Prószyński i S-ka

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *