Ani lodu, ani ognia – pod red. G.R.R. Martin, G. Dozois – „Łotrzyki” [recenzja]

Łotrzyki

Pięknie wydana antologia tekstów pod redakcją dwóch tuzów świata beletrystyki – Gardnera Dozoisa i George’a R.R. Martina. Dwadzieścia jeden opowiadań zawierających się w niemal tysiącu stron, wśród nich tacy mistrzowie jak Walter Jon Williams, Neil Gaiman, Scott Lynch, Gillian Flynn, czy Joe Abercrombie, a wszystko to kręcące się wokół motywu przewodniego – łotrzyków, awanturników i łajdaków, których nie sposób nie kochać, ani im nie kibicować. A gdyby tego było mało, swego rodzaju wisienką na torcie jest tekst wieńczący Łotrzyków, autorstwa samego Martina, rozgrywający się w ukochanym przez wszystkich świecie Pieśni Lodu i Ognia. Co mogło pójść nie tak? Ten zbiór teoretycznie był skazany na sukces. W praktyce niestety jest to jedna wielka wydmuszka.

Spora część opowiadań zawartych w Łotrzykach to mniejsza lub większa wariacja na temat gatunku fantasy. Na szczęście jest kilka tekstów, które wyłamują się z tego schematu (chociaż wiele im to nie pomaga), co pozwala chociaż na chwilę odetchnąć od dość szablonowych historii pełnych złodziejaszków, magów i ukrytych skarbów. Nie powala więc ani Abercrombie ze swoją opowieścią o przesyłce niefortunnie zmieniającej właścicieli, ani Daniel Abraham piszący o głupawym księciu zakochanym w przelotnie poznanej dziewczynie i jego nad wyraz sprytnym pomocniku, który pomaga mu ją zdobyć (mimo że sam jest w owym księciu zakochany). Lekko przynudza Matthew Hughes snujący historię pewnego bożka kontrolującego umysły i zsyłającego szczęście. Jedynie Scottowi Lynchowi udało się przyciągnąć moją uwagę na nieco dłużej, w tekście zatytułowanym Rok i dzień w starym Theradanie. Opowiada on o pewnej złodziejce, najlepszej w swoim fachu i jej drużynie, która pewnego dnia dostaje propozycję nie do odrzucenia – musi wykraść z miasta całą ulicę. Pomysł naprawdę ciekawy, interesujące są też próby podejmowane przez drużynę złodziei, aby wykonać zadanie. No ale mamy też, jak wspominałem, teksty niezwiązane z fantasy – jest więc Gillian Flynn, znana polskim czytelnikom ze świetnych powieści Zaginiona dziewczyna i Mroczny zakątek, w opowiadaniu o prostytutce, która zaczęła zajmować się wróżbiarstwem i wypędzaniem złych duchów (Profesja). Jest bardzo ciekawie napisany Zły instrument Bradleya Dentona traktujący o rzeczach niezbyt ciekawych – małomiasteczkowych złodziejach szkolnych instrumentów dętych. Historia poprowadzona jest jednak stylowo, ocierając się nawet o gawędziarstwo godne Stephena Kinga. Diamenty z tequili nieco rozczarowują, co było dodatkowym ciosem, bo bardzo liczyłem na to, że Walter Jon Williams zawyży tutaj poziom. Trochę lepiej wypada zupełnie nieznana mi Cherie Priest w swoim Ciężkim metalu – całkiem fajnej i nastrojowej opowieści z pogranicza horroru. Z kolei Neil Gaiman zamieścił tutaj opowiadanie zaledwie poprawne, które owszem, przyjemnie się czyta, ale nie pozostawia po sobie zbyt wiele. W dodatku jest to tekst, który zyskuje, kiedy zna się (i pamięta) fabułę powieści Nigdziebądź, bowiem głównym bohaterem jest tutaj Markiz de Carabas i jego magiczny płaszcz. No i na koniec, niejako na deser, otrzymujemy Księcia Łotrzyka albo Królewskiego Brata, opowieść ze świata Westeros, traktującą o niedocenionym i łaknącym władzy Daemonie Targaryenie. Miał to być bardzo smakowity deser, puchar lodowy z bitą śmietaną, a tymczasem okazał się zwykłym, suchym, starym herbatnikiem. Martin swoje opowiadanie przedstawia w formie encyklopedycznej, w dużej mierze prezentując suche fakty niczym z podręczników do historii. Akcji jest tam tyle, co kot napłakał, a losy Daemona – Księcia Łotrzyka nie robią w ogóle wrażenia, ani też nie wnoszą nic do cyklu Pieśni Lodu i Ognia. Wielka szkoda, tym bardziej, że cała książka, łącznie z ilustracją na okładce, stylizowana jest niczym kolejny tom, który można postawić sobie na półce obok Gry o tron.

Jest to oczywiście tylko wycinek historii zawartych w Łotrzykach, gdyż jest tego tam znacznie więcej, oszczędzę Wam jednak opisów tych opowiadań, które były tak słabe bądź nijakie, że nawet nie zapisały się w mojej pamięci na tyle, żebym był w stanie wywołać ich obraz bez kartkowania książki. Dozois i Martin stworzyli potwora – antologię, która jest zdecydowanie za długa. Spokojnie można by skrócić jej objętość o połowę i może wtedy byłaby nieco bardziej strawna. Podsumowując, powiem tylko, że naprawdę dawno tak długo nie męczyłem się z żadną książką (lektura Łotrzyków zajęła mi prawie dwa miesiące!), a przebijanie się przez kolejne opowiadania w tym zbiorze było niczym żmudna praca w kopalni. Na rękach odciski od kilofa, przerzucona tona węgla i znalezione może ze dwa, góra trzy, diamenty.

Fot.: Zysk i S-ka

Michał Bębenek

Zamieszkały w Gdańsku planszówkowy zapaleniec. Miłośnik klimatów grozy w każdej formie. Właściciel pluszowego Cthulhu. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *