Komiksy,Recenzje

Baśnie dla dorosłych – Wojda, Sztybor, Skrobol – „Mute” [recenzja]

Mute
Mute

Komiks to wyjątkowa forma przekazu – w przeciwieństwie do tradycyjnej książki zabiera nas także w świat koloru (nawet jeśli są to tylko biel, czerń i odcienei szarości) i postaci, których wygląd jest już w jakiś sposób sprecyzowany. Film natomiast narzuca już wizualizację całkowicie, a właściwie po prostu nią jest. Opowieść graficzna znajduje się więc gdzieś po środku – od razu sytuując nas w konkretnych barwach i klimatach, ale jednocześnie pozostawiając nam wolny wybór w nadal wielu kwestiach, pobudzając wyobraźnię, choć naprowadzając ją na pewne tory. Komiks to także często spotkanie dwóch artystów – tego, który kreuje świat przedstawiony za pomocą myśli, i tego, który ubiera go w kolory, twarze, kształty. Mute to świadectwo dwóch takich spotkań – Sebastiana Skrobola z Bartoszem Sztyborem i Sebastiana Skrobola z Dennisem Wojdą. Jaki jest efekt ich współpracy? Czy lapidarne opowiadania graficzne tych twórców potrafią rozpalić zmysły i przenieść nas na chwilę w zupełnie inny świat?

Mute to moje drugie spotkanie z twórczością Sebastiana Skrobola. Pierwsze miało miejsce, gdy w moje ręce trafił komiks, do którego autor ten nie tylko stworzył rysunki, ale także odpowiadał za scenariusz – Quiet Little Melody. Jest to niezwykły komiks, w którym nie pada ani jedno słowo. Całość jest jednak wciągająca, a milczenie, które towarzyszyło mi podczas lektury, wzmacniało doznania, których sprawcą były poszczególne grafiki i przepiękne kolory. Magia i baśniowość – te dwa słowa wryły mi się w świadomość tuż obok nazwiska Skrobol, niejako identyfikując go z nimi. A jednak sięgając po Mute, nie wiedziałam, czego się spodziewać, tym bardziej że tym razem to nie Skrobol był twórcą scenariuszy, a Wojda i Sztybor. Tego drugiego znałam jedynie za sprawą recenzji(a znajdziecie ją TUTAJ) redakcyjnego kolegi, który omawiał komiks, do którego scenariusz stworzył właśnie Sztybor – Wróć do mnie, jeszcze raz. Jego lektura wciąż jest przede mną, ale opinia zachęca do sięgnięcia po komiks wcześniej niż później. Tak naprawdę więc mogłam mieć jakiekolwiek wyobrażenie jedynie o stronie graficznej Mute. Cała reszta pozostawała dla mnie czarną magią. Ale tak się składa, że magia to właśnie słowo klucz w przypadku tej publikacji. Skrobol, Wojda i Sztybor stworzyli bowiem dzieło, z którego aż bije jakaś nadzwyczajność, każde wydarzenie jest tutaj przynajmniej podszyte magią. Co również niezwykle istotne – magia ta nie jest ani dobra, ani zła. Wiele z tych historii to opowieści wywołujące wiele mieszanych emocji – radość miesza się z lękiem, a fascynacja z moralnymi rozterkami. Warto dodać, że i tutaj, podobnie jak w Quiet Little Melody zdarzają się opowieści niemal nieme, a jednak pozostają wciągające i – przede wszystkim – poruszające.

Niektóre z historii mogą wydawać się naiwne i zbyt proste, by wnikać w ich głębię i zachwycać się nimi. Ale nawet one mają swój ogromny urok, który kryje się właśnie w tej prostocie. Argumentem stojącym po jej stronie jest również to, że bohaterami większości opowieści są dzieci – nie powinno więc dziwić, że kwintesencją wielu z nich jest pewna naiwność (ale nigdy infantylność!), czystość i w pewnym sensie morał, który nie nastręcza większych trudności przy jego wyłuskaniu i zrozumieniu –  a przynajmniej ten pierwszy, podstawowy. I może gdyby nie rysunki Skrobola, które pod płaszczykiem baśniowości kryją fascynujący mrok, scenariusze te pozostałyby jedynie zwykłymi historyjkami – jednak razem tworzą pełen magii i niezwykłego klimatu zbiór opowiadań, który pozostawia po sobie echo czegoś wyjątkowego, czegoś, czego z pełną świadomością dotykamy tylko na chwilę – bo dłuższe spotkanie odebrałoby całą wyjątkowość i fantastyczność. To również tłumaczy lapidarność poszczególnych opowiadań i choć żadne nie zostawia nas z niedosytem (może poza jednym), to wiele kończy się w sposób, który poniekąd pozostawia czytelnikowi interpretacyjną lukę, co świetnie komponuje się z baśniowym klimatem całego zbioru.

mute-plansza

Wśród trzynastu opowieści, które wchodzą w skład Mute, znajdziemy historie naprawdę przeróżne, a niektóre z nich nie są typowymi fabularnymi opowiadaniami, co raczej przypowieściami, których sens zamyka się na trzech, czterech stronach. Taką historią jest otwierająca zbiór opowieść zatytułowana Każdy ma swoją wolność. Ów tytuł jest zresztą dość przewrotny, kiedy zapoznamy się już z treścią tych dosłownie dwudziestu dwóch kadrów. Utwór opowiada bowiem nie tylko o przedkładaniu rzeczy materialnych nad sprawy ważniejsze, choć nienamacalne, lecz także o samotności, w jaką sami się wpędzamy w pogoni za tym, co wydaje nam się w tym momencie istotniejsze. Na tych czterech stronach możemy znaleźć również historię wykorzystywania kogoś tylko po to, by zapomnieć o nim lub wręcz przegnać, kiedy nie jest nam już potrzebny. I mimo że istoty będące bohaterami tej opowiastki nie są ludźmi, nie ma wątpliwości, że właśnie do naszego gatunku odnosi się jej morał. Druga z historii to opowieść chłopca, który gotów był sprzedać swoją niewinną (a więc niesłychanie cenną) duszę, by zobaczyć najpiękniejsze fajerwerki na świecie. Ale cóż… czasami nawet dusza nie jest wystarczającą walutą i wartością, by dostać to, czego oczekujemy. Zauroczenie to z kolei historia pewnej miłości, która trwa z jednej strony bardzo krótko – bo od pierwszego spotkania i natychmiastowego zauroczenia, do pierwszego pocałunku i pryśnięcia czaru; z drugiej strony wydaje się, że trwa całe lata, bo mężczyzna i kobieta zdążyli posiwieć się i zestarzeć. Czy traktować tę opowieść jak baśń o długoletnim związku, w którym z dnia na dzień (tak się przynajmniej może wydawać – często jest to jednak proces długotrwały), nie wiedzieć kiedy, znika uczucie, którym para karmiła się przez lata, czy może bardziej dosłownie – jako historię zauroczenia, które trwało, dopóki ją i jego coś dzieliło, dopóki mieli na swojej drodze przeszkodę – kiedy jednak ta zniknęła, okazało się również, że nie było za bardzo o co walczyć? Jakkolwiek będziemy rozpatrywać ten komiksowy twór, już sama wielość interpretacji jest dla niego odpowiednią pochwałą. Oby się nie powtórzył to okraszona humorem historia, o której nie będę nic pisać, żeby nie odbierać Wam frajdy z czytania. Island of Hope to natomiast bajka, która najmniej pasuje mi do tego zbioru, wydaje się w zasadzie pozbawiona tej aury magii i tajemnicy, tak charakterystycznej dla pozostałych opowieści. Można powiedzieć, że jaśnieje zwyczajnością na tle poprzednich i następnych. Za to po niej następuje istne danse macabre w wydaniu kowbojskim – mroczna, lapidarna, ale nie byle jaka przypowieść o tym, że ze śmiercią nikt nie wygra, nawet najbardziej wyborowy strzelec i najszybszy kowboj świata – nie da się jej ani pokonać, ani oszukać, bo kiedy już przychodzi i chce z nami zagrać, ma po prostu monopol na zwycięstwo. Ghost Kids. The ribbon to, razem z późniejszym Ghost Kids. The mask, mroczne historie, ale jednocześnie w tym mroku odnajdujące nadzieję – obie dzieją się w przybytkach prowadzonych przez czarny charakter, którym jest dr Eric Zagan. W pierwszej historii rzecz dzieje się w szpitalu dla psychicznie chorych, a w drugiej w instytucie zajmującym się dziećmi, które wykazują paranormalne zdolności. Myślę, że z Ghost Kids spokojnie mogłaby powstać dłuższa, pełnoprawna seria – z pewnością byłaby interesująca, a i klimatu odmówić jej nie sposób. Bicie serca jest uroczą opowieścią o tym, jak niewiele trzeba, by poczuć się człowiekiem – dobrym człowiekiem – wtedy, kiedy straciliśmy na to nadzieję; historia ta pokazuje, że serce to nie tylko organ, ale także – tak, tak – stan umysłu. Poeta jest natomiast symbolicznym graficznym zapisem ostatnich minut na tym świecie  Juliana Tuwima. To opowieść o jego odejściu i o tym, jak napiwszy się jeszcze dla animuszu, rusza w ostatnią podróż (a kto wie, może pierwszą z wielu w nowym świecie?) niezrównaną lokomotywą, w której towarzyszyć będą mu między innymi atleci. Blask jest w całości autorstwa Sebastiana Skrobola – piękna, wyjątkowa kolorystyka współgra z niezwykle tajemniczym nastrojem opowieści, która prowadzi nas ku owianej złą sławą latarni morskiej. To, co się w niej wydarzy, jest w takim samym stopniu tragiczne, co radosne. To wyważenie pomiędzy złym dobrem i dobrym złem świetnie zostało przedstawione i idealnie pasuje do pozostałych opowiadań. Tooth Spirit było dla mnie potwornym przeżyciem, ponieważ temat zębów to dla mnie zawsze horror i uciekam, ilekroć widzę cokolwiek, co jest z tym związane, a alternatywna historia Wróżki Zębuszki nie należy do najprzytulniejszych i uroczych komiksów. Wilk, ostatnie z opowiadań, również sięga po znany w literaturze – zwłaszcza dziecięcej – motyw. Jest to świetne opowiadanie pokazujące, że wszystko ma dwie strony medalu, a zło nie zawsze byłe złe od zawsze – czasami ludzie sam je na siebie sprowadzają lub wręcz tworzą, nie widząc jednak później swojej winy.

mute-plansza-2

Rysunki Sebastiana Skrobola są wyjątkowe nie tylko ze względu na kreskę, ale także na wykorzystanie mniejszych rysunków, symbolicznych i prostych do przedstawienia myśli bohaterów poszczególnych opowiadań. Mogliśmy obserwować to już podczas lektury Quiet Little Melody i tam również robiło to spore wrażenie. Świat zyskuje poprzez to, że rozumiemy, co dzieje się wewnątrz postaci; nie musimy się tego domyślać, a twórcy z kolei nie muszą posiłkować się wielozdaniowymi dymkami, by uchwycić to, co najistotniejsze. Wbrew pozorom świetnie zdaje to egzamin, a co więcej podkręca wyjątkowy klimat Mute, jego unikatowość i enigmatyczność. Kolory nie robią już co prawda takiego wrażenia, jak przy samodzielnym dziele Skrobola, a wpływ być może ma na to papier – w QLM był on kredowy, błyszczący, co podbijało intensywność barw, tutaj natomiast zastosowano papier szorstki, pożółkły, co jednak, mam wrażenie, “dogaduje się” z pozostałymi elementami zbioru i wkomponowuje się w całą koncepcję. Podobnie jest z grubą, niekiedy wręcz przerysowaną kreską – mocne czarne kontury nie pozostawiają co prawda złudzeń, że oto weszliśmy w świat komiksu, ale ta wiedza stopniowo gdzieś się zatraca, kiedy po kolejnym przewracaniu stron wsiąkamy całkowicie w świat, w którym nie do końca wiadomo, co jest naprawdę, a co tylko nam się wydaje, który bohater istnieje, a który jest bytem, którego nie potrafimy nazwać. I choć – jak wspomniałam – kolor nie robi może tak intensywnego wrażenia, to na pewno do każdej z opowieści został świetnie dobrany – podkręca albo ich mrok, albo tajemniczość, albo urok.

Mute to nietypowy komiks, w skład którego wchodzą na nowo zaaranżowane prawdy, przesłania i morały. To takie graficzne kompendium dotyczące spraw, o których najczęściej wiemy, ale zapominamy. I choć wydaje się to banalne, a dla niektórych może także odpychające, nie dajcie się zwieść temu zdaniu. Mute to bowiem baśnie dla dorosłych – niektóre okraszone humorem, inne podszyte nutką horroru, jeszcze inne fascynująco niejasne i dziwne. Wspólne dzieło Skrobola, Sztybora i Wojdy to z pewnością przygoda na niejeden wieczór, bo wielowymiarowość i wielopłaszczyznowość poszczególnych historii, a także poszukiwanie w nich jeszcze jednego dna powinno stanowić rozrywkę i przyjemność jeśli nie rozłożoną na raty, to z pewnością godną powtórzenia i zagłębienia się we wszystkie przygody jeszcze raz, polując na całkiem nowe interpretacje i łowiąc pominięte znaczenia.

Fot.: Wydawnictwo Komiksowe

Avatar

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!