Książki,Recenzje

Będę o tobie mówić callejero (ulicznik) – Beata Szady – „Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy” [recenzja]

ulica_mnie_wola
ulica_mnie_wola

Za górami, za lasami, za wielką wodą… jest państwo, które swym kształtem przypomina psa. To Peru. Jego lewy bok zbudowany jest z costy (a więc wybrzeża), prawy i głowa to Amazonia, a grzbiet to sierra (Andy). Bezsprzecznie spośród wszystkich części najbardziej rozwinięta jest costa.  Tutaj przy Drodze Panamerykańskiej (łączącej północ i południe) znajdują się największe miasta kraju. Wśród nich jest Lima, która wygląda jak krab. Jego tułów to centrum, odwłok to bogate dzielnice nad oceanem, a odnóża to głównie pueblos jóvenes. I tutaj baśniowy świat się kończy. Miasta są brudne, budynki szare, mosty zakurzone, a mieszkańcy produkują osiem tysięcy ton odpadów, stając się największymi śmieciarzami Ameryki Łacińskiej. To jednak dopiero preludium. Życie toczy się tu głównie na ulicy (nie licząc zamożnych dzielnic, które jednak należą do mniejszości). Ulicznicy często się tną. Każdy powód jest dobry: bo im źle, by zapomnieć, przez kłótnię z partnerem, albo by uniknąć aresztowania. Podstawowym posiłkiem jest terokal (narkotyk), na który trzeba zarobić – kradnąc. Eduardo, jeden z bohaterów książki Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy, podaje nam szczegółowy przepis na udaną kradzież: telefonu, książek czy złotego długopisu.

Złodziej ma tu do wyboru trzy drogi: więzienie, szpital albo śmierć. Eduardo tnie się, by uniknąć powrotu do centro preventivo. Jego ciało całe pokryte jest bliznami. Okoliczności powstania każdej z nich pamięta doskonale. Zasada była jedna. Ciąć trzeba było w takich miejscach, żeby policjanci myśleli, że uszkodziłeś sobie żyły. Wtedy zostawiali Cię w spokoju, bo śmierć złodzieja na komisariacie to problem. Puszczali wolno, żeby nie mieć kłopotu. Dawniej działało. Dziś możesz się ciąć do woli, a i tak zabiorą.

Więzienie w dzielnicy San Juan de Lurigancho w Limie to największa placówka w Peru. Ośmiokrotnie przepełniona. W jej murach przebywa niemal osiem tysięcy skazanych. Na stu więźniów przypada tu zaledwie jeden strażnik… (w Europie jest to niedopuszczalne). Dlatego można tam wszystko. Ogólnodostępne są więc narkotyki, alkohol, broń czy telefony komórkowe. Uzależnieni nie mieszczą się w statystykach, wiadomo jednak, że aż dziewięćdziesiąt dwa procent uzależnionych po odwyku wraca do ćpania. Crack (obok terokalu najbardziej popularny narkotyk) można jeść, wciągać, palić i wstrzykiwać. Utrzymuje się we krwi do dwunastu godzin. Długo. Początkowo wywołuje przypływ energii i błogą euforię. Podobno jego historia jest długa i sięga II wojny światowej, kiedy to był używany przez żołnierzy by oszukać głód – dlatego czasem nazywa się go Hitler speed.

Limańskie dzielnice biedy nazywano w historii różnie: lunares, barrios, marginales, barriadas, pueblos jovenes, asentamientos humanos. W 1940 r. istniało ich już siedemdziesiąt jeden. Ciężko znaleźć odpowiednie określenie na te dzielnice i ich mieszkańców, by nie były dla nich krzywdzące. Dzieci ulicy odbiera się jako nazwę pejoratywną, pogardliwą i podkreślającą brak jakiejkolwiek przynależności. W potocznym obiegu jednak występuje i dzieli się ją na dwie kategorie: dzieci, które mają dom i wsparcie bliskich (wracają na noc, choć przebywają na ulicy) i te, które żyją wyłącznie na ulicy, funkcjonując bez żadnego wsparcia. Wspomnieć należy, że duża część pueblos jóvenes powstawała i powstaje na terenach niebezpiecznych. Ventanilla będąca jedną z nich, leży na gruntach, które ze względu na strukturę podłoża mogą się osuwać i zapadać. Nikogo to jednak nie interesuje. Władze dbają jedynie, by taki odstraszający widok usunąć z pola widzenia turystów. Wysiedla się więc biedaków, żebraków i bezdomnych  z okolic rzek. Niektórzy otrzymują kawałek ziemi, na przykład w Lurigancho, inni nie dostają nic. To jednak nie rozwiązanie. To tylko przeniesienie problemu w inne miejsce.

Bezsprzecznie funkcjonuje tu utarty stereotyp – callejeros żyją i śpią na ulicy. Są brudni, wychudzeni i śmierdzą. Wielu z nich ma wytatuowaną łezkę pod okiem na znak, że kogoś na ulicy stracili. Jako osoby dorosłe nie mogą liczyć na pomoc państwa. Nie ma bowiem programu pomocowego przeznaczonego dla bezrobotnych, pełnoletnich bezdomnych. Ludzie mówią na nich piranie – piranas. Niezmiennie od lat osiemdziesiątych XX wieku. Wcześniej na dzieci ulicy mówiono pajaro fruteros czyli żerujące ptaki, bo kradły jedzenie na wielkim limańskim targowisku La Parada. Kiedy w latach 80. nasąpił kryzys – odpowiedziały agresją. Zaczęły wąchać terokal, palić pastę kokainową, grupowo napadać przewodników i kraść pieniądze. Obecnie powstała Kampania No Me Llame Nina de la Calla – mająca uświadomić reszcie społeczeństwa, że dzieci ulicy mają w sobie potencjał zmiany. Wszak do ludzi z ulicy trzeba podchodzić bardzo indywidualnie.

Drogi czytelniku, jeśli sięgniesz po tę lekturę – nie oceniaj tych ludzi pochopnie. Oni każdego dnia walczą o swój kawałek przestrzeni, honor, o to by dostać się na drugi koniec miasta, czy by uzyskać dowód tożsamości. I najważniejsze – walczą, by przeżyć.

Fot.: Czarne 

Avatar

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Gdańskim. Zgodnie z sentencją Verba volant, scripta manent (słowa ulatują, pismo zostaje) pracuje nad rozprawą doktorską poświęconą interpretacji muzyki w prasie lat ’70 i ‘80. Jej zainteresowania obejmują literaturę i sztukę, ale główna pasja związana jest z tempem 33 obrotów na minutę (mowa oczywiście o muzyce płynącej z płyt winylowych).

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!