Beksińscy. Portret kolejny – Marcin Borchardt – „Beksińscy. Album wideofoniczny” [recenzja]

Dokument Marcina Borchardta to autentyczne kadry tworzone przez Beksińskich, złożone w niezaprzeczalnie wiarygodną historię życia trzech indywidualności. Premiera w rok po zagoszczeniu na ekranach opowieści fabularnej w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego o Ostatniej rodzinie, pozwala na powrót do tematu nietypowych relacji rodzinnych, zastanawiających i skłaniających do refleksji. Dziełu z Dawidem Ogrodnikiem w roli Tomasza Beksińskiego zarzucano wiele – między innymi fakt przerysowania postaci radiowca i zbyt dużego odbiegania od rzeczywistości, mając na uwadze to, iż dokumentem z założenia film nie był. Co kryje Album wideofoniczny, w którym w rolach głównych występują: Zdzisław Beksiński, Zofia Beksińska i Tomasz Beksiński? Prawdę? Nie mam pojęcia. O tym wiedzieliby chyba jedynie aktorzy – operatorzy kamery. Bez wątpliwości jednak można stwierdzić, że to ciekawa pozycja kinowa, jednak wahałabym się przed dodaniem: dla wszystkich. Raczej dla tych, którzy zbyt wiele o rodzinie z Sanoka nie wiedzą.

Beksińscy. Album wideofoniczny to blisko pięćdziesiąt lat z życia artysty i jego bliskich, złożonych w mozaikę z archiwalnych nagrań prywatnych, fragmentów dziennika telewizyjnego czy kronik filmowych. Pierwsze kadry przedstawiają miejsce pełne wspomnień dla spacerujących, trzymając się za ręce, Zofii i Zdzisława – Sanok. Sielankowy krajobraz z rozbawionymi postaciami wkrótce zakłóca doza niepokoju, kiedy malarz informuje, iż małżonka jest w odmiennym stanie i boją się posiadania dziecka. Kolejne obrazy to Tomek tuż po urodzeniu, następnie w kąpieli, później rzeźbiący w plastelinie kilkulatek. Niesforny mały malarz, który planuje stworzyć na kartce pana, który ma cztery nogi, a obrazy ojca komentuje z dziecięcą szczerością.

Tomek: Podoba mi się, jak ta pani z trumny wyjeżdża… I ta, co na krzyżu wisi…

Zdzisław: To jest taka pani koścista…

Tomek: A ten blady ludzik?

Zdzisław: Tam dzidziuś w tej trumnie sobie leży…

Zosia: Makabryczne rzeczy tata opowiada…

Opowieść o swoich obrazach Zdzisław przedstawia nie tylko w kamerze własnej, ale i podczas wywiadów, w których stwierdza, iż temat śmierci jest podstawowym zagadnieniem jego twórczości. Czasem przełomowym okazuje się wyjazd do Warszawy i rozwijająca się poważna kariera malarska, kiedy transgresyjna sztuka określana realizmem fantazyjnym przez twórcę, o zdecydowanie mrocznej zawartości, staje się coraz bardziej popularna.

Nie lubię mówić o swoich obrazach (…) ich treść jest nieprzekazywalna.

Wątkiem, wydającym się przewodzić dokumentowi, jest problematyczny charakter Tomasza, którego zarys rozpoczyna się od wzmianki o nekrologu informującym o jego śmierci w wieku osiemnastu lat. Próby samobójcze dziennikarza radiowego przyjmowane są bez zaskoczenia, jak choćby pomysł otrucia się gazem i wysadzenie przy tym kuchni w powietrze, popicie proszków alkoholem i zapadnięcie w stan śmierci klinicznej. Tomek ukazany został jako chodząca sprzeczność – z jednej strony wyjątkowo depresyjny, nieradzący sobie z życiem człowiek, z drugiej DJ zagrzewający do tańca innych i czarujący na antenie Polskiego Radia muzycznymi odkryciami. Opowieści radiowe schodzą jednak na plan dalszy, a nagrania seniora Beksińskiego oscylują wokół tego, jak zagubiony i nieprzystosowany do funkcjonowania w społeczeństwie był jego syn.

Na uwagę z pewnością zasługuje scena, w której zmęczona Zosia, po nieprzespanej nocy oznajmia dwudziestokilkuletniemu potomkowi, iż nie życzy sobie, by żył kosztem rodziców, ale umiał sam zrobić sobie zakupy, obiad czy kolację. Matka skarży się też na brak szacunku, jaki wykazuje wobec niej młodszy Beksiński: Ja jestem śmieciem, ja jestem tylko do roboty. Co spotyka się z bezczelnym komentarzem: O co ci w ogóle chodzi?

Zosia: Obojętność to jest aż pod niebiosa. Kokieteria – to potrafisz. A poza tym to nic nie potrafisz.

Tomek: A czego ty oczekujesz ode mnie?

Zosia: Może trochę miłości…

W Albumie wideofonicznym znalazło się rozwinięcie wątku wypadku samolotowego, w którym uczestniczył Tomasz, a w Ostatniej rodzinie został jedynie zasygnalizowany. Zdzisław uchwycił na swojej taśmie również uwagi syna, w których oświadczał, że jedyne na co czeka, to kilkadziesiąt minut na radiowej antenie, a potem odechciewa mu się żyć. Po czasie natomiast dodaje, iż nudzi go już puszczanie płyt w całości, nie chce tego robić, ma dość. Można odebrać go jako człowieka o sporych problemach natury psych(olog)icznej, nie wiedząc już, co tak naprawdę jest przyczyną tegoż stanu. Depresja, z którą nie potrafi poradzić sobie radiowiec i tłumacz, określana jest przez jego ojca nie do końca jako główny problem – obaj zmagają się z depresją, ojciec jednak nie przejmuję się nią zbytnio, a synem choroba ta zawładnęła.

Dwa lata wcześniej wszedłby do radia, gdyby chciał ruszyć dupę. Ale ruszyć dupę to dla niego najgorsza rzecz.

Obraz nie powstałby jednak bez kompulsywnej potrzeby Zdzisława Beksińskiego rejestrowania rzeczywistości, siebie samego oraz swej twórczości. Po zakupie upragnionej kamery Sony stwierdza jednak: Co ja na Boga będę tym kręcił? Dla kogo? Okazuje się, że było dla kogo. Zapiski malarza w formie wideo stały się najbardziej rzeczywistym uchwyceniem codzienności jego rodziny. Czy wyprzedził tym samym swoje czasy? W końcu bez problemu można porównać ten zabieg do współczesnej dokumentacji życia w przestrzeni internetowej. Marcin Borchardt skupił się na przedstawieniu malarza jako człowieka podekscytowanego nowościami technologicznymi, ale też popadającego w lekką przesadę, kiedy chociażby kameruje zmarłą mamę albo w kadrze mieści się jego opatrunek po operacji, a on sam wyraża żal, iż nie udało się nakręcić zabiegu. Nie do końca chronologiczne klatki filmowe dają możliwość ujrzenia też procesu przemian Zofii, która z pięknej kobiety stała się strudzoną i przemęczoną panią domu, a raczej służącą dla dwóch mężczyzn, popadających we własne skrajności. Jej pełne poświęcenie i oddanie zasługuje na podziw.

Osiemdziesięciominutowy dokument o rodzinie, która do zwyczajnych nie należała, to pozycja godna polecenia tym, którzy nie wiedzą o niej niemal wszystkiego. Narracja Tomasza Fogiela oparta na książce Magdaleny Grzebałkowskiej Beksińscy. Portret podwójny staje się momentami zbędna. Znając dobrze wspomnianą pozycję literacką, właściwie nic mnie w filmie nie zaskoczyło. Może nie miało zaskakiwać, ale nie wniosło w zasadzie nic nowego. Większość fragmentów bez trudu znaleźć można w internecie, tak samo jak nielicznie wykorzystane fragmenty audycji Tomka. Kultowa scena kuchni Beksińskich powinna być znana wielbicielom tejże rodziny czy interesującym się jej losami. Mając za sobą kilka wizyt w sanockiej galerii mistrza Beksińskiego, lekturę książki o Zdzisławie, jak i o Tomku, obejrzane wcześniej fragmenty z ich życia, które znalazły się w Albumie i przesłuchane audycje Polskiego Radia, wyszłam z seansu rozczarowana. Mam jednak nadzieję, że rozczarowań będzie mniej, a pełne szarości (mimo koloru) widowisko spotka się z odbiorem pełnym zrozumienia. Może pokazane zostało już za dużo. Może to pewien przesyt tą tematyką. A może nie…

7/10

Fot.: DAREK DIKTI Biuro pomysłów

Małgorzata Kilijanek

Pasjonatka kina, muzyki i literatury, a także sportu, w szczególności siatkówki. Filmowo ceni różnego rodzaju dramaty i filmy psychologiczne, a także kino niezależne. Muzycznie – głównie brzmienia alternatywne. W literaturze wybiera różnego rodzaju powieści, często o tematyce egzystencjalnej, psychologicznej, ale nie stroni od dzieł biograficznych i podróżniczych. Swoimi recenzjami dzieli się z czytelnikami Głosu Kultury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *