Kobieta na krańcu świata – Catherine Poulain – “Wielki marynarz” [recenzja]

Wielki marynarz

Wielkie, niespokojne i pełne kaprysów morze. Wodna przestrzeń, która nie zna litości i która potrafi oczarować swoim pięknem. Żywioł będący od wieków źródłem inspiracji, prowodyrem przygód, uczestnikiem podróży, jeszcze jednym pasażerem, niewpisanym na listę. Otwarta przestrzeń, na której może zdarzyć sie wszystko i nic. Na której jednego dnia możesz poczuć się królem świata, a drugiego być zagubioną, samotną mrówką, zbyt drobną, by udźwignąć natłok własnych myśli mieszających się z szumem fal. W takim otoczeniu marynarze spędzają lata, mając za towarzystwo jedynie kolegów z pracy, zbyt dobrze znanych, by mogli być dla siebie czymś interesującym podczas długich dni na morzu. Ale Wielki marynarz – niech nie zwiedzie Was tytuł – opowiada o kobiecie, która na burzliwych, ale i nęcących wodach, postanawia spędzić kolejne lata swojego życia.

Ach, ta Lili! Skąd ona się wzięła, co nią kierowało i jakie myśli przywiodły ją na surową, bezlitosną Alaskę, na której nie miała ani przyjaciół, ani rodziny? Czego kobieta może szukać pośród umorusanych rybią krwią mężczyzn, pośród porozrzucanych łusek, flaków i tej marynarskiej surowości, przez którą tak trudno sie przebić? Czy jej niecodzienne podejście do życia, niewytłumaczalna chęć ucieczki i potrzeba samotności (a niekiedy nawet samotnej śmierci), a także duże, tak niepodobne do kobiecych, spracowane dłonie wystarczą, by mężczyźni uznali ją za swoją? By przyjęli do marynarskiej braci? Z początku nie jest łatwo, ale z czasem…. równiez nie bywa lekko. Lili po przybyciu na Alaskę, na wyspę Kodiak, z niewielkim bagażem i marzeniem, by zaciągnąć się na kuter rybacki, trafia w końcu na statek “Rebel”, którego załoga wcale nie będzie traktowała jej ulgowo ze względu na płeć. Mało tego – uciekinierka z Francji będzie codziennie musiała znosić nieprzychylne spojrzenia, żarty na jej temat, traktowanie ją z góry, a także docinki i niewygody, takie jak spanie na podłodze, gdy zabraknie dla niej koi. I choć czytelnik wiele razy będzie myślał, że oto Lili niedługo się podda i zejdzie na ląd lub w ogóle wróci na Prowansję – ta niezniszczalna, przedziwna kobieta będzie trwała w swym postanowieniu do samego końca, cierpliwe, uparcie, wytrwale i z taką zaciekłością, że rybacy w końcu zaczną traktować ją jak jedną z nich. Przyjdzie jej na to długo czekać, ale czyż nie po to między innymi przybyła na Alaskę?

Przybyła również z jeszcze jednego powodu, niby błahego, ale jednocześnie takiego, który często przesądza o wielu decyzjach i czynach – chciała poczuć, że żyje. Chciała doświadczać codziennie życia pełnego impulsów i bodźców – nawet jeśli bolesnych. A takich przypadków nie brakowało – Lili podczas swojego pierwszego pobytu na “Rebelu” poważnie zraniła sobie rękę, jednak mimo wszystko nie chciała opuszczać innych rybaków. Ukrywała swój stan aż do momentu, kiedy już nie dało się robić tego dłużej. Jednak podczas pobytu w szpitalu, kiedy czekała aż zakażenie ustąpi (czerwona pręga niebezpiecznie zbliżała się już do serca), myślami była na statku rybackim. Snu z powiek nie spędzała jej myśl, że ledwo uszła z życiem, że zakażenie było tak poważne, że mogła umrzeć, lecz to, czy przyjmą ją na “Rebela”z powrotem i czy zdąży, zanim sezon połowu karboneli się skończy. Innym razem Lili połamała sobie żebro, ale i to nie zniechęciło jej do wielkiego marynarzowania. Nie zrobiły tego ani docinki mężczyzn, ani przejmujący chłód, ani niewyobrażalne zmęczenie, ani praca ponad siły, ani brak snu, ani samotność. Zamiast marzyć o ciepłym łóżku, o wakacjach na plaży, o beztrosce i słońcu, ona miała w głowie jedynie to, że kiedy sezon się skończy, a ona pozostanie bez statku, uda się na Point Barrow – najbardziej wysunięty na północ punkt Stanów Zjednoczonych. Co miałaby tam robić? Choćby machać nogami nad przepaścią, wytrzepywać wiatr z włosów i czuć, że żyje.

Razem z Lili podróżujemy nie tylko po pełnych ryb i kutrów wodach, ale także po portowych knajpach, do których udawali się po zejściu na ląd, aby pomalować miasto na czerwono (czyli, uchlać się, jednym zdaniem; to historyczne angielskie określenie nie ma jasno sprecyzowanej etymologii, ale najchętniej przywoływana jest w tym wypadku historia markiza Waterforda, który podczas szalonej, alkoholowej nocy w Melton Mowbray wraz z przyjaciółmi udekorował kilka budynków czerwoną farbą), obskurnych hotelach, po których włóczą się marynarze będący pomiędzy jedną wyprawą a drugą, czy schroniskach, w których zawsze znajdzie się miska gorącej zupy. W tym męskim i surowym świecie Lili znajduje w końcu swoje miejsce, choć czytelnik pod koniec lektury zaczyna zadawać sobie pytanie, czy nie było tak od samego początku, a jedynie my, nieprzyzwyczajeni do kobiet wykonujących zawody od setek lat przypisane do mężczyzn, nie byliśmy w stanie tego zauważyć. Była zmęczona, była wyziębiona, była rozdrażniona – owszem. Nie raz zapłakała i niejednokrotnie czuła się upokorzona, a także wątpiła w siebie i w swój przyjazd. Ale koniec końców nie poddała się ani razu. Co więcej, o Lili nie można powiedzieć, by była zwykłą kobietą. Nie każda bowiem, podczas zimnego dnia na kutrze, oprawiając morskie zdobycze, pożywiałaby się bijącym i jeszcze ciepłym sercem jednej z ryb. Nie każda byłaby tak szczera  jak ona i tak prostolinijna przy całej swej złożoności.

To właśnie Lili jest największą zaletą powieści Wielki marynarz. Książka Catherine Poulain przyjmuje w zasadzie wszystkie cechy tej wyjątkowej kobiety. Nawet styl, w jakim została napisana powieść, jest jednocześnie niezwykle prosty, pełen krótkich, nieskomplikowanych zdań, ale również wypełniony po brzegi emocjami i oddziałujący na wyobraźnię. Na początku trudno przyzwyczaić się do tego języka. Żeby zrozumieć, o co mi chodzi, wystarczy zresztą spojrzeć na pierwszą stronę:

Spakowałam torbę. Jest noc. Nadszedł dzień, w którym wyjadę (…). Nie chcę umrzeć z nudów, od piwa, od zbłąkanej kuli. Z nieszczęścia. Wyjeżdżam. Zwariowałaś. Nabijają się. Zawsze się nabijają – sama na statku z bandą chłopów, zwariowałaś…  Śmieją się.

Ale Lili nie zwariowała. Chciała poczuć, że żyje i to jej się udało. A czytelnikom razem z nią – każda strona jest bowiem wypełniona biciem serca Lili – nieważne, czy bije ze strachu, z podniecenia, z gniewu, czy z niepohamowanej radości… Ważne, że bije i że tak wyraźnie słychać je i czuć przez skórę. Strony wypełnione są również zimnymi podmuchami wiatru, zapachem (albo i smrodem) surowych, oprawianych ryb; czytelnik musi uważać, by nie poślizgnąć się o świeżą krew z przeciętego tyle co brzucha, ociera pot z czoła po wyszorowaniu pokładu, przeciera oczy ze zmęczenia po nieprzespanej nocy i uśmiecha się na widok zaparzonej, gorącej kawy. Ta książka jest niemal jak żywy organizm – prosty język sprawia, że surowość marynarskiego życia również czytelnikowi daje się we znaki. Wielka w tym z pewnością zasługa tego, że Catherine Poulain sama dziesięć lat spędziła, pracując na kutrach rybackich na Alasce. Zresztą, autorce, która obecnie na alpejskich łąkach wypasa stado 700 owiec raczej żadna fizyczna praca nie jest obca i żadna jej niestraszna. Dlatego tak świetnie oddała trudy codzienego życia na kutrze i bycie kobietą pośród wielkich marynarzy.

Wielki marynarz żyje swoim własnym życiem. A przynajmniej tak mi się wydaje. To powieść nieco oderwana od innych książek, a na pewno od większości z tych, które wdzięczą się na księgarnianych półkach, To tytuł, który – mam wrażenie – nie ma na celu niczego udowodnić, nie chce nic tłumaczyć i o niczym przekonywać. Jest opowieścią samą w sobie i czytając ją, odnosiłam wrażenie, że powstał właśnie dla samego opowiedzenia historii, bez żadnego innego powodu. Wielki marynarz, jaki drzemie w sercu Lili, jest wart poznania przez każdego czytelnika, który w książkach nie szuka wyłącznie inteligentnych metafor, wielkich słów i panoszących się wszędzie symboli i złotych myśli. To powieść, której piękno tkwi w tym, że jej język nie zagłusza treści, pozwala więc wbić się całym ciałem w słone morze i w drewniany kuter. Na jedno i drugie, wraz z Catherine Poulain, Lili i każdym wielkim marynarzem serdecznie Was zapraszam.

Fot.: Wydawnictwo Literackie

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: “Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: ‘towar drugiej klasy’ na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *