Co się wydarzyło w karaibskim miasteczku, czyli małe wielkie arcydziełko – Gabriel Garcia Marquez – “Kronika zapowiedzianej śmierci” [recenzja]

Kronika zapowiedzianej śmierci

Znacie to uczucie, gdy już po pierwszym kęsie wiecie, że trafiło Wam się ciastko idealne? Niczym magdalenka u Prousta – obłędne w smaku, wyglądzie, aromacie… I świadomie nie sięgacie po kolejne, żeby ta przyjemność Wam nie spowszedniała. Ostatnio pochłonęłam takie ciastko. Właściwie ciasteczko – takie było malutkie. Tym ciastkiem jest Kronika zapowiedzianej śmierci Gabriela Garcii Marqueza. To… majstersztyk w każdym względzie. I choć korci, żeby przeczytać je jeszcze raz, to jednak odłożyłam na półkę zgrabne wydanie wydawnictwa Muza w fioletowej okładce. Wrócę do niego za rok, dwa.

Na początek wyjaśnijmy sobie, jak to możliwe, że coś, co ma w tytule „śmierć”, może dawać tyle przyjemności i jeszcze być porównywanym do ciastka. Odpowiedź: wystarczy, że wyszło spod pióra genialnego kolumbijskiego laureata Nagrody Nobla. Przypomnę, że tytuły innych arcydzieł jego autorstwa – weźmy choćby Miłość w czasach zarazy czy Sto lat samotności – też nie zwiastują łatwych tematów. A o czym są Kroniki zapowiedzianej śmierci? Podsumowując w dwu słowach: zabójstwie honorowym. Gdyby nie sposób prowadzenia narracji, quasi-reporterski styl i prostymi zabiegami oddany gęsty, senny klimat karaibskiego portowego miasta, byłby to całkiem zwyczajny kryminał a rebours. Ofiara i zabójcy od początku są znani. Ale Marquez maksymalnie nasyca te blisko 100 stron skondensowaną treścią, jednocześnie unikając zbędnych słów, pustych ozdobników i oczywistych rozwiązań literackich (chwała Ci, Carlosie Marrodanie Casas za tak piękne tłumaczenie!). Jestem bardzo ciekawa adaptacji filmowej pod tym samym tytułem z 1987 roku.

W dniu, w którym miał zostać zabity, Santiago Nasar wstał o piątej trzydzieści rano, chcąc zdążyć na uroczystość powitania statku wiozącego biskupa. Śniło mu się, że szedł w mżawce przez gaj figowców. Tak się zaczyna kronika wydarzeń z dnia śmierci, której nie chciał nikt, włączając w to samych zadających ciosy. Autor zgrabnie żongluje relacjami mieszkańców miasteczka, budując akcję na ich niespójnych, nierzadko sprzecznych, subiektywnych relacjach. O tym, że Santiago Nasar ma zginąć, mówiono od samego rana, jednak wieczorem faktem jego śmierci zszokowani są wszyscy. Bo do tej tragedii wcale nie miało dojść – każdy mógł jej zapobiec, a ostatecznie nieszczęśliwym splotem okoliczności Nasar ginie o zachodzie słońca, ledwie wypowiadając ostatnie słowa: Zabili mnie, ciociu Wene.

Dzięki sugestywnemu językowi Marqueza nietrudno wsiąknąć w nadmorski, lepki klimat karaibskich uliczek i w południową, nieokrzesaną mentalność. Dla chłodnego, kalkulującego mieszkańca nadbałtyckiej Europy honorowy odwet na kochanku siostry jest trudny do przyjęcia. Tymczasem, wedle zebranych relacji, lokalna społeczność – pomimo sympatii dla Santiago Nasara – ma dużo zrozumienia dla bezwzględnego, niepisanego kodeksu obowiązującego ponad państwowym prawem. Zabójstwo honorowe to zobowiązanie, z którego należy się wywiązać – nieważne jakim kosztem.

A było tak. Trwał kolejny dzień wesela Angeli Vicario z tajemniczym, obrzydliwie bogatym przybyszem znikąd, Bayardem San Roman. Wesele miało zostać zapamiętane w mieście na długi, długi czas – trwało kilka dni i pochłonęło mnóstwo pieniędzy i przygotowań. Niektórzy, w tym Santiago Nasar, z lubością dociekali, w jakiej sumie zamknęły się wydatki związane ze ślubem niepozornej, prostej dziewczyny wywodzącej się ze skromnego domu. Choć już wtedy zaczęły krążyć przesłanki, że Nasar ma zostać zabity, on sam zachowywał się jak zwykle – pił, bawił się z przyjaciółmi, załatwiał nieistotne sprawy, uprawiał small-talki z przypadkowo spotkanymi mieszkańcami miasteczka.

Marquez ze swadą prowadzi nas przez portowe miasto, wplata dialogi, reminiscencje, a przy tym roztacza karaibską aurę pozornej beztroski, która ustępuje miejsca marazmowi i bezradności. Czytelnik nie jest do końca pewien, czy to przypadkiem nie taka przekorna gra z happy endem. Śledząc rozwój wydarzeń z różnych stron, ma się wrażenie, że wystarczył jeden ruch, jedno działanie, by uratować Santiago Nasara. Właściwie niemal każdy z mieszkańców miał taką możliwość. A mimo to splot nieszczęśliwych zdarzeń powoduje, że krew Nasara jest na rękach wszystkich. Zbiorowa odpowiedzialność za mord i jednocześnie zbiorowa niewinność. Najdziwniej rozegrany pat.

Panie Marquezie, dziękuję. Było pysznie.

Fot.: Wydawnictwo Muza

Próbuje z różnym skutkiem zapracować na swoje nazwisko. Póki co, traktuje je jak przewrotny żart. Umie czytać i pisać. Z rachowaniem gorzej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *