Głos Kultury #1: Odkrycie 2015 roku

Początek roku to dobry czas na roczne podsumowania z perspektywy całej naszej redakcji z dwóch powodów. Pierwszy wiąże się z oczywistym faktem, że za nami koniec roku, a więc można porównać kulturalne osiągięcia 2015 zarówno muzyczne, jak i literackie, filmowe, serialowe czy też te dotyczące gier; pod lupę idą oczywiście zarówno wydawnictwa z Polski, jak i te które pierwotnie ukazały się za granicą. Drugim powodem, a raczej okazją do takiego podsumowania, w którym udział wzięły prawie wszystkie osoby zaangażowane w działanie Głosu Kultury jest to, że właśnie stuknął nam roczek, z czego jesteśmy niezmiernie dumni, ale co oczywiście nie udałoby się bez Was – czytelników. Tym samym otwieramy więc nowy, specjalny cykl zatytułowany po prostu Głos Kultury, w którym na jeden temat, krótko wypowie się większośc osób z naszej redakcji. Na pierwszy ogień idzie odkrycie 2015 roku. Nasi redaktorzy podzielili się z Wami i ze sobą nawzajem tytułami, które były dla nich najbardziej wyjątkowe w minionym roku, a także dorzucili krótką argumentację swojego wyboru. Zapraszamy do lektury i oczywiście dzelenia się własnymi przemyśleniami na temat kulturalnego odkrycia 2015 roku.

Yelawolf-Love-Story-Album-CoverMateusz Cyra: W 2015 roku za największe odkrycie uznaję dwa tytuły. Rewelacyjną grę Life is Strange oraz absolutny kamień milowy w mojej historii muzycznej, czyli album Love Story Yelawolfa. Z racji tego, że dokładniej opisać możemy tylko jedno odkrycie 2015 roku, miałem nie lada zagwozdkę. Po przeanalizowaniu wszystkich kwestii doszedłem jednak do prostego wniosku – najnowsza płyta rapera z Alabamy jest dla mnie drugim tak ważnym wydarzeniem muzycznym w życiu (pierwszym było “odkrycie” Eminema). Brakuje mi słów, by ująć w sensowne ramy to, jak bardzo uwielbiam ten krążek, oraz jak wielkim fanem Yelawolfa stałem się za sprawą Love Story. Ja wiedziałem, że to jest generalnie przyzwoity raper, bo Eminem nie myli się w swoich osądach na temat kolegów z branży, ale dopiero wydany wiosną 2015 roku album spowodował, że doceniłem umiejętności, teksty oraz pomysły Michaela Wayne’a Athy (bo tak naprawdę nazywa się Yela). Love Story zacząłem słuchać w dniu premiery – 21 kwietnia – i od tamtej pory jeśli nie całej płyty, to przynajmniej 2-3 piosenek z niej słucham codziennie, co jest naprawdę ewenementem w moim życiu, ponieważ to pierwsza taka sytuacja, żeby jakikolwiek muzyk zdetronizował Eminema, którego uwielbiam i nieprzerwanie słucham od września 2001 roku. Love Story to nietypowy koncept album, ponieważ jest niezwykle zróżnicowany muzycznie (poza oczywistym rapem, którym zresztą Wilk z Alabamy bawi się na krążku, znalazło się miejsce dla: country, rocka, bluesa, folku, elektroniki, a cały album przez krytyków został upchany do szuflady opisanej “rap rock”), ale wszystkie utwory spaja tytułowa opowieść miłosna, która w wykonaniu Yelawolfa ma kilkanaście odmian, barw, odcieni i natężeń. Amerykański raper to człowiek pełen miłości – kocha swój kraj oraz jego mieszkańców, swoją Alabamę, swoje miasteczko, swoją kobietę, rodzinę, przyjaciół, współmuzyków, papierosy, whisky, motory, stare pojazdy, legendy swojego życia itd. Wszystkie te miłości są jednak niezwykle skomplikowane, wielowarstwowe i niejednoznaczne, a często coś, co powinno być czyste i przejrzyste, osnute jest grubą warstwą kurzu i brudu, dlatego nieraz po kilku przesłuchaniach danej piosenki wyłania nam się jej zupełnie inny obraz. Podsumowując mój przydługi wywód: Love Story to jeden z najważniejszych albumów mojego życia i wiem, że będzie mi towarzyszył przez długie lata, choćby z tego względu, że wciąż nie odkryłem wszystkich smaczków, które zawarł na nim Yelawolf.


Roth_Amerykanska sielanka_mPatryk Wolski: U mnie w 2015 roku największą furorę zrobił Philip Roth. Od grudnia 2014 roku, dzięki Wydawnictwu Literackiemu, polscy czytelnicy mogą cieszyć się pięknie wydanymi książkami amerykańskiego autora, który od dobrych kilku lat jest sugerowany jako rychły zdobywca Literackiej Nagrody Nobla. Moment, w którym uznałem, że Roth rozsadza mi umysł, nadszedł wraz z lekturą genialnej Amerykańskiej sielanki, w której autor postanowił brutalnie rozprawić się z mitem “amerykańskiego snu” i ukazał ogromne przepaści, jakie dzielą pokolenia powojennych Stanów Zjednoczonych Ameryki. Swój kunszt autor udowodnił w Wyszłam za komunistę i jedynie utwierdził mnie w przekonaniu, że się w swej opinii nie pomyliłem. Już teraz zacieram łapki na najbliższe dni, ponieważ na mojej półce już stoi zwieńczenie Amerykańskiej Trylogii (Ludzka skaza), a już 14.01. do sklepów trafi kolejna powieść Philipa Rotha – Spisek przeciwko Ameryce. Mogę jedynie powiedzieć, że odczuwam wielki wstyd, że przed lekturą Kompleksu Portnoya (swoją drogą, mimo ogromnego rozgłosu, nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia – to książka na wskroś szalona, wręcz momentami przerysowana) nawet nie słyszałem o tym autorze, a śmiem się nazywać fanem literatury. Podobne wrażenie odnoszę, gdy na myśl przychodzi mój drugi ulubieniec i kolejne z moich prywatnych wielkich odkryć, czyli Paul Bowles – nie zdecydowałem się jednak na jego nominację, bowiem pierwsze lody przełamałem z jego pisarstwem w 2014 roku.


the feral treesJakub Pożarowszczyk: Moje największe odkrycie 2015 roku? Zdecydowanie debiutancka płyta polsko-amerykańskiej kapeli The Feral Trees. Trójka muzyków puławskiego Hidden World i amerykańska wokalistka Moriah Woods skutecznie zawładnęli moim odtwarzaczem w tym roku. Subtelne połączenie southern rocka, amerykańskiego folku, bluesa i nieziemskiego wokalu Moriah, dobitnie wystarczyło, aby wśród masy debiutów i płyt, które w tym roku przesłuchałem, wybić się na mój prywatny piedestał. Ktoś zapyta: ale dlaczego taki wybór? Wystarczy posłuchać kompozycji Take It To The Grave – ja to łyknąłem od pierwszego odsłuchu. Natomiast cała płyta jest tak samo dobra, a może i nawet lepsza. Szczerze polecam i zachęcam do zapoznania się z recenzją wspomnianego albumu. 


lis plakatMichał Bębenek: Dla mnie największym odkryciem tego roku okazała się gra komputerowa. Nie jest to jednak typowa, zwyczajna gra, nie polega na strzelaniu bądź siekaniu wszystkiego, co się rusza; opowiada za to o manipulacji czasem i życiu, które jest bardzo dziwne. Zapewne domyślacie się już, że chodzi o Life is Strange, opowieść w pięciu częściach wydaną przez studio Dontnod. Tytuł ten zdominował właściwie cały rok, jako że kolejne epizody ukazywały się co kilka miesięcy, za każdym razem na nowo rozbudzając zainteresowanie tą pozycją. Do tego każda z części kończyła się jakimś trzymającym w napięciu cliffhangerem, niczym najlepszy serial, do samego końca trzymając gracza w niepewności, co wydarzy się dalej. Mogliście zresztą obserwować nasze pełne entuzjazmu wielogłosy, które bez wyjątku ukazywały po premierach poszczególnych odcinków (tutaj możecie przeczytać część pierwszą). Przygody Max Caulfield, która odkrywa w sobie zdolność cofania krótkich odcinków czasu, oraz jej nieco postrzelonej przyjaciółki Chloe i klimat małego, nadmorskiego miasteczka Arcadia Bay, do tego tajemnica i niewyjaśnione zaginięcia młodych dziewcząt – wszystko to daje nam mieszankę wybuchową, łącząc w sobie elementy dramatu, thrillera i science-fiction. Można tam odnaleźć popkulturowe wpływy wielu znanych i cenionych tytułów, jak chociażby Twin Peaks czy Strefa Mroku. Osobie, która nie zetknęła się dotąd z Life is Strange może być ciężko wyobrazić sobie, że dorośli faceci (bo nie jestem jedyny ;) ) mogą tak bardzo wczuwać się w grę, w której steruje się postacią amerykańskiej nastolatki, zainteresowanej głównie fotografią i robieniem sobie selfie. Uwierzcie mi jednak, kiedy mówię, że to nie tylko jedna z najlepszych gier 2015 roku, ale także jedna z najlepszych gier, w jakie grałem kiedykolwiek.


simonaMagdalena Nowińska: Są książki, dzięki którym odcinamy się od rzeczywistości i zanurzamy się w bezmiar niezapomnianych historii. Bywają także takie, poprzez które poszerzamy wiedzę o nieznanym, dotąd nieodkrytym, a jakże realnym. Istnieją również takie, które poprzez swoją treść zmuszają do porzucenia dotychczasowego stylu życia, bądź chociaż inspirują do podążania, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, za własnymi marzeniami. Jest w końcu książka, która zawiera w sobie wszystkie te elementy, a dodatkowo przybliża sylwetkę niezwykłej postaci: outsiderki, przyrodniczki, miłośniczki zwierząt, naukowca, żyjącej na odludziu w Puszczy Białowieskiej – Simony Kossak. Anna Kamińska w tomie zatytułowanym: Simona. Opowieść o niezwykłym życiu Simony Kossak ujawnia czytelnikom skomplikowaną ścieżkę życia tej, która nie pozwoliła sobie na stłamszenie własnych pragnień i nie uległa presji podążania za malarskim dorobkiem swej rodziny. Z drugiej strony odsłania piękno i koloryt istnienia w hołdzie przyrodzie, koegzystencji ze światem zwierząt, w którym człowiek może odnaleźć pełnię zrozumienia. Mimo niezbyt porywającego sposobu pisania autorki książki, postać Simony jest absolutnie frapująca, tym samym dyskredytuje pewne braki literackie i językowe zawarte w książce. Zachęcam do jej przeczytania; gwarantuję, że natychmiast zechcecie ruszyć w podróż do Puszczy Białowieskiej.


mr robotPrzemek Kowalski: Moje największe Odkrycie 2015 roku to Mr. Robot, serial, który wziął się w zasadzie znikąd. Stosunkowo niewielkie USA Network nie przeprowadziło nawet jakiejś rzucającej się w oczy kampanii reklamowej, jednak kiedy pilot Robota ujrzał światło dzienne, wywrócił serialowy światek do góry nogami, z miejsca dostając zielone światło na cały sezon, a rynkowi giganci pokroju HBO czy Netflixa mogli pluć sobie w brody, że największy hit letniej ramówki w Stanach Zjednoczonych nie jest ich dziełem. Tak jak cicho było o samym serialu przed jego emisją, tak cichy i niepozorny jest jego główny bohater – Elliot Alderson, którego REWELACYJNIE zagrał Rami Malek. Elliot na co dzień jest nierzucającym się w oczy, zamkniętym w sobie chłopakiem pracującym jako informatyk w jednej z firm specjalizującej się w ochronie danych. Kim jednak jest bohater, kiedy opuszcza mury AllSafe? Dokładnie tym, z kim dająca mu chleb firma walczy, czyli hakerem; hakerem wymierzającym sprawiedliwość na własną rękę. Co przesądza o niespodziewanej popularności Mr. Robot? Czynników jest kilka, jednak do najważniejszych zaliczyć można aktorstwo, klimat oraz przesłanie. Obok genialnego Maleka, na ekranie pojawia się jeszcze kilku naprawdę wyrazistych bohaterów, w tym, prawie że dorównujący Raimiemu, Martin Wallstrom. Klimat? Ciasny i psychodeliczny. Jednak chyba największą zaletą hitu USA Network jest to, jak celnie uderza ona w nasze czasy, czasy Facebooka i wszechobecnego Internetu, bez którego wielu ciężko jest sobie teraz wyobrazić codzienne życie. Mroczny, niepokojący, wciągający i nader aktualny – taki właśnie jest Mr. Robot,  serial który polecam każdemu i który jest moim numerem jeden w kategorii Odkrycie Roku.


mokiMartyna Michalska: Niektóre książki czyta się w jeden wieczór. Lekturą innych cieszymy się przez kilka tygodni. Są też takie pozycje, których czytanie jest istną mordęgą. I są Mroki Jarosława Borszewicza. Choć można przeczytać ją bardzo szybko, absolutnie nie należy tego czynić. Tym tytułem należy się delektować, inaczej szybko można odczuć przesyt. Dlaczego zamieściłam tę książkę w tym podsumowaniu? Po pierwsze dlatego, że spośród wszystkich książek, jakie przeczytałam w tym roku, to ona wywarła na mnie największe wrażenie, zarówno ze względu na język, jak i ciężar gatunkowy. Po drugie, chyba idealnie trafiłam w moment z przeczytaniem jej.

Fabuły jako takiej tu nie ma, cała treść opiera się na luźno powiązanych ze sobą wspomnieniach autora o Nieobecnej, jego rozmowach z współlokatorem, migawkach z lat dziecięcych i krótkich dialogów z pracy dorożkarza. I choć lektura przesycona jest rozczarowaniem i tęsknotą, w kilku momentach na mojej twarzy zagościł uśmiech.  Bynajmniej nie dlatego, że cieszą mnie niepowodzenia innych, raczej ze względu na zgodność w sposobie myślenia autora i moim lub moich bliskich w sprawach, które dla wielu osób są błahostką. Lektura Mroków była moim pierwszym zetknięciem z twórczością Borszewicza, jestem jednak przekonana, że nie ostatnim.


the-witcher-3-wild-hunt-coverMateusz Norek: Dla mnie ten rok należał do Wiedźmina. Na ostatnią odsłonę gry, wieńczącą trylogię, czekały miliony graczy, a sam Witcher stał się potężną, rozpoznawaną marką, nie tylko w świecie gier komputerowych. Studio CD Project Red stworzyło dzieło wybitne, nie tylko z miejsca wygrywające liczne nagrody, ale również zgarniające pierwsze miejsca w najbardziej liczących się zestawieniach pod koniec roku. Mógłbym rozpisywać się na temat wspaniale wyglądającego wielkiego świata, dobrze napisanych i niejednoznacznych bohaterów, jeszcze lepiej w tej części oddanej specyfiki pracy wiedźmina czy żywych dialogów, inspirowanych książkowymi pierwowzorami, ale chciałbym spojrzeć na temat gry nieco szerzej.

Jeśli czegoś brakowało mi w drugiej części, Zabójcach Królów, to słowiańskiego klimatu, który przepełniał każdą książkę Sapkowskiego o wiedźminie Geralcie (i który to klimat stanowił w dużej mierze o ich sile). Na szczęście Redzi odrobili lekcję perfekcyjnie i Dziki Gon wprost ocieka słowiańską mitologią i baśniowością: od licznych wiosek i całej właściwie początkowej lokacji, przez rytuały i zwyczaje mieszkańców (wielkie brawa za ukazanie całego obrzędu dziadów), zwłaszcza tych z niższych warstw społecznych, po imponujący bestiariusz najróżniejszych potworów znanych z legend, baśni i dawnych wierzeń, na czele z utopcami, południcami, strzygami i kuroliszkami. Dzięki Wiedźminowi tę część słowiańskiej, rodzimej kultury może poznać cały świat i naprawdę ze świecą szukać eksportowego produktu kultury, który tak mocno promuje nasze słowiańskie dziedzictwo. Na osobny temat zasługuje muzyka, pełna rodzimego folkloru, wykonywana między innymi przez Percival – polski zespół folkmetalowy. Wiedźmin to dla mnie tytuł niezwykły, który jest nie tylko spełnieniem moich mokrych snów jako gracza, ale także czymś, z czego autentycznie mogę być dumny jako Polak (wybaczcie, jeśli brzmię zbyt patetycznie, obiecuję skończyć, zanim otrę się o martyrologię i mesjanizm). Dumnym tym bardziej, że słowiański duch otacza grę dojrzałą, podejmującą trudne tematy, dotyczące ciemnych stron ludzkiej natury i moralności, wojny dotykającej bezbronnych, zwykłych ludzi, rasizmu, granicy między dobrem i złem, której często nie ma, czy wreszcie szeroko pojmowanej odmienności, której epicentrum stanowi tytułowy bohater.


W głowie się nie mieściSylwia Sekret: Ktoś może się zdziwić, ktoś inny zaśmiać, kiedy dowie się, że dla dorosłej kobiety największym odkryciem minionego roku był film animowany, a dokładniej bajka. Sporo było tytułów książkowych, serialowych, filmowych i muzycznych, które zasługują na uznanie. Ogromne wrażenie zrobił na mnie komiks Pedrosy Równonoce, powieść Przemysława Rudzkiego Futbol i cała reszta, za genialny uważam drugi sezon serialu dramatycznego The Affair, zgadzam się absolutnie z Michałem, co do wyjątkowości gry Life is Strange… a jednak wybieram bajkę. Dlaczego? Ponieważ nie spodziewałam się po niej czegoś tak mądrego, od początku do końca przemyślanego, wbrew pozorom bardzo skomplikowanego i w dodatku zwyczajnie ładnego. W głowie się nie mieści, bo właśnie o tej animacji mówię w kategorii “odkrycie 2015 roku”, to opowieść o jedenastoletniej dziewczynce, w życiu której zaczynają dziać się wielkie i poważne zmiany. W związku z pracą ojca Riley przeprowadza się wraz z rodzicami do innego miasta, porzuca dobrze znaną sobie szkołę, pozostawia przyjaciół i drużynę hokejową, w której czuła się jak ryba w wodzie. Możemy wyobrazić sobie, ile takie zmiany znaczą dla jedenastolatki, dla której stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa to podstawa do szczęśliwego funkcjonowania. A jednak nie na głównym zarysie fabuły opieram swoje zachwyty, lecz na tym, jak historia dziewczynki została przedstawiona. A ta, w znacznej części dzieje się w głowie Riley, bowiem ukazana zostaje poprzez personifikację pięciu głównych emocji rządzących jej życiem.  W ten sposób poznajemy żółtą Radość, niebieski Smutek, zieloną Odrazę, czerwony Gniew i fioletowy Strach. To one sterują postępowaniem dziewczynki i to za ich sprawą poznajemy ogromny i skomplikowany mechanizm, który steruje życiem człowieka – zakamarki pamięci krótko- i długotrwałej, różne wymiary, zjawisko Déjà vu, fundamenty, które nas określają, wyspy osobowości, które rozrastają się z każdym dniem, z każdym wypowiadanym słowem i gestem. Nie będę opowiadać więcej, bo kto jeszcze nie widział W głowie się nie mieści, po prostu musi to zobaczyć. Bajka w fantastyczny i przystępny sposób pokazuje, jak niemożliwie skomplikowanym mechanizmem jest człowiek, jak potrafi miotać się, targany emocjami i jak one – wszystkie, co do jednej – niezbędne są w naszym życiu. A za największy plus bajki uznaję właśnie to, że twórcy nie postawili na przekłamanie, które byłoby tak wygodne, a mianowicie, że szczęście i radość są niezastąpione i to one zawsze powinny mieć pierwszeństwo, ale uświadamiają, że niekiedy przychodzi taki czas, kiedy to smutek wybija się na plan pierwszy i kiedy to on sprawia, że zbliżamy się na powrót do ludzi, potrafimy coś zrozumieć i dostrzec. Chyba jeszcze nie było tak mądrej bajki, a jednocześnie zabawnej i wzruszającej. Wiem, że będę do niej wracała nie raz i nie dwa.

Fot.: Wydawnictwo Literackie, Interscope Records/Shady Records, USA Network, Square Enix/Dontnod Entertainment, CD Projekt, Walt Disney/Pixar, Wydawnictwo Iskry, Antena Krzyku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *