Głos Kultury #5: Rozczarowanie 2016 roku

Rozczarowanie 2016

Co nas w tym roku rozczarowało? Czy wybór był trudny, czy raczej rok 2016 obfitował w albumy muzyczne, książki, filmy i seriale, które okazały się zbyt dobre na to, by od razu wybra coś, co z czystym sumieniem nazwalibyśmy rozczarowaniem? Chyba ten rok nie był dla nas aż tak łaskawy, bo nasi redaktorzy nie mieli większych problemów ze wkazaniem tytułów, które ich zawiodły. W naszym podsumowaniu znalazł się film, który miał być wielkim hitem (także kasowym), powieść, która miała w sposób spektakularny zamknąć pewną trylogię, polski musical, album pewnego bardzo znanego na całym świecie zespołu, a także kilka seriali, przez większość uznawanych za rewelacyjne. Sprawdźcie, co nas zawiodło w miniony roku i jak uzasadniamy swoje wybory. Ciekawi jesteśmy, czy zgodzicie się z nami, czy może wdacie w polemikę. Zapraszamy do lektury i zachęcamy do dyskusji o tym, czym Was (kulturalnie) rozczarował 2016 rok. 


Mateusz Cyra: Jak dotąd nie było łatwo mnie przekonać o “fajności” filmów traktujących o superboahterach, bo na palcach jednej ręki potrafiłem wyliczyć te naprawdę udane i dobre produkcje, a resztę z tego, co dałem radę obejrzeć, niestety skutecznie odstraszało od zasiadania przed wielkim lub małym ekranem. Jednak 2016 rok w pewien sposób był dla mnie przełomowy – uprzedzenia odstawiłem na bok i zacząłem dawać szansę większej ilości tego typu produkcji. A że Batman jest moim ulubionym superbohaterem, a Joker ulubionym czarnym charakterem – nietrudno się domyślić, że czekałem na Legion Samobójców z wypiekami na twarzy, tym bardziej że zwiastuny dawały nadzieję, że będzie to całkiem udane filmidło. Niestety – już pierwsze zachodnie recenzje zarzucające dziełu Ayera brak spójności, beznadziejnego “rywala” samobójczej ekipy i dialogi tak suche, że nie powstydziłby się ich sam Karol Strasburger, sprowadziły mnie na ziemię. Mimo to postanowiłem dać szansę. Byłem ciekaw Jokera i mimo wszystko miałem jakieś nadzieje –  wszak Leto ma talent, co udowodnił, zgarniając całkiem niedawno Oscara za najlepszą rolę drugoplanową. Niesety – o ile nie mam nic do zarzucenia aktorom (może poza faktem, że zdecydowali się wystąpić w tym gniocie), o tyle wszyscy zostali zatopieni w beznadziejnym, pełnym luk, nieścisłości i logicznych idiotyzmów scenariuszu i nie pomogło to, że niektórzy dwoili się i troili, by ze swoich kukiełkowych bohaterów zrobić “cokolwiek”. Legion Samobójców w takiej formie, w jakiej widzieliśmy go w kinie, to film zły i bestialsko poszatkowany, co widać w wielu scenach i co sprawiło, że uciekła spójność i cała ciężkość (czy jak kto woli – mroczność) tej opowieści ulotniła się, niczym balonik wypuszczony z ręki dziecka. A najbardziej nie wybaczę temu filmowi tego, co zrobili z Jokerem. Nie dość że pojawia się on w filmie może na łącznie osiem minut, to jeszcze jego rola ogranicza się do bezmyślnego bandziora o srebrnych zębach, który lata niczym kundel za swoją Harley Quinn… Zdecydowanie najgorsza i najbardziej rozczarowująca rzecz w 2016 roku!


Sylwia Sekret: Stephen King to Stephen King i nikt nie ma wątpliwości, że ten pisarz mógłby od teraz tworzyć same gnioty, a i tak jego dotychczasowy, fantastyczny, dorobek sprawiłby, że zostałby zapamiętany właśnie jako twórca świetnych powieści. Nie znaczy to jednak, że jeśli trafi mu się gorsza powieść – jego czytelnicy nie odczują zawodu. I tak własnie było ze mną i z ostatnią częścią trylogii Pan Mercedes. Ja odczułam zawód książką, a ona mną, bo na każdej stronie czuła moje rozczarowanie, słyszała jak ziewam albo jak niemal z rozpaczą krzyczę: „Dlaczego?!”. Tymczasem nadzieję na niezły kąsek literacki były spore, bo o ile Pan Mercedes był niezłym początkiem, o tyle Znalezione nie kradzione określiłabym już jako bardzo dobre – czytało sie obie części przyjemnie, a drugą niemal z wypiekami na twarzy. Idąc tym tropem, logicznym było myśleć, że finalna część będzie jeszcze lepsza. Ale Koniec warty okazał się nie tylko najgorszym tomem cyklu, ale także najgorszą powieścia Kinga, jaką dane mi było czytać w ogóle. Wystarczająco pastwiłam się już nad tą książką (zresztą nie tylko ja) w Wielogłosie, który znajdziecie TUTAJ, a w którym to razem z Michałem i Przemkiem zostawiliśmy na Końcu warty niewiele suchych nitek, stwerdzając – o ile mnie pamięć nie myli – że największą zaletą tej książki było to, że się skończyła. Ostatnią częśc przygód Billa Hodgesa i demonicznego Pana Mercedesa czytało się topornie i – co gorsza – wielokrotnie z wyrazem zażenowania na twarzy. Nie mogłam uwierzyć momentami, że te zdania, które mam przed oczami, wyszły spod ręki Króla Horroru. Tego samego, który napisał ToMartwą strefę czy Lśnienie. Tandetne dialogi, przewidywalna akcja i sceny, które miały na siłe wzruszać… nie, nie i jeszcze raz nie. Jako fanka twórczości Kinga mam nadzieję, że więcej taka wpadka mu się nie powtórzy. Ja zresztą do tej pory nie wierzę, że to on napisał Koniec warty. Bardziej prawdopodobne wydaje się to, że ktoś dorwał się do jego domu, wstępneg pomysłu i wydawcy…


Michał Bębenek: Podobnie jak Mateusza, chyba najbardziej w 2016 roku rozczarował mnie film Davida Ayera znany na świecie jako Suicide Squad, a u nas jako Legion Samobójców (nawet polski tytuł jest rozczarowaniem!). A miało być tak pięknie… Zwiastun produkcji Warner Bros. obiecywał bardzo wiele – dynamiczny montaż, ciekawe postacie, świetna muzyka. Szkoda tylko, że wszystko to, co było w zwiastunie, zostało w nim, i na próżno szukać tego w gotowym filmie. I nie chodzi mi tutaj tylko o sceny, które później nie znalazły się w obrazie, ale także o ogólny klimat i niespełnioną obietnicę czegoś naprawdę dobrego. Pamiętam też jakie były ogromne oczekiwania odnośnie kreacji Jareda Leto, który w roli Jokera musiał zmierzyć się z legendą Heatha Ledgera – ostatecznie Joker w Suicide Squad miał występ tak znikomy, że trudno tak naprawdę go uczciwie ocenić. Sam film jest pocięty niczym ofiary Freddy’ego Krugera, pełen chaosu i zupełnie bezsensownych scen. DC chciało wyjść naprzeciw swojemu największemu konkurentowi i zaproponować swój odpowiednik Deadpoola. Zresztą to właśnie sukces tego filmu Marvela sprawił, że producenci Legionu Samobójców zdecydowali się w ostatniej chwili na dokrętki i przemontowanie filmu, tak aby było w nim więcej humoru. Niestety okazało się to gwoździem do trumny tego obrazu i nawet reżyser był załamany ostatecznym rezultatem. Zwiastun mogę oglądać bez końca, lecz pewnie nieprędko sięgnę ponownie po pełnometrażową wersję. Legionu nie ratuje nawet urok i uroda Harley Quinn vel Margot Robbie. Moją pełną recenzję możecie znaleźć TUTAJ.


Magdalena Nowińska: Upadek z dużej wysokości może porachować kości. Co, jeśli poza fizycznym uszczerbkiem, cierpi także umysł i dusza? Tak właśnie kształtuje się sytuacja czytelniczki – czyli moja – po odbiorze najnowszej pozycji peruwiańskiego noblisty. Mario Vargas Llosa przekazał swoim fanom, do których grona od lat należę, książkę miałką i drastycznie pospolitą. Niestety, historia gierek polityczno-medialnych, orgii, trójkątów i homoseksualnych ekscesów przekazana została w tonie i guście nieprzystojącym nobliście. Dzielnica występku, bo o niej mowa, kuleje także ze względu na język. Nie mam pewności, na ile jest to kwestia tłumaczenia, a na ile niedopracowanie i niestaranność literata. O ile Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki fascynowały nietrywialną poetyką, swoistą świeżością i wyczuciem, o tyle najnowsza powieść noblisty razi wtórnością oraz ostentacją wulgaryzmu. Nie piszę tego ze względu na purytańskie oblicze i rygoryzm obyczajowy – wręcz przeciwnie. Sądzę jednak, że czytelnika obytego ze sztuką, dojrzałego do obiektywnej oceny tworów typu Salo, czyli 120 dni sodomy, Życie Adeli rozdział 1 i 2 czy Nimfomanki, zaskakiwać trzeba w zupełnie inny sposób. Llosa nie tylko nie zaskakuje, ale multiplikuje swoje najsłabsze elementy. Sięga do źródeł zwierzęcych instynktów tkwiących w człowieku, nie nadając im poetyckiego wyrazu, o który powinien pokusić się ktoś z tak wysoką renomą. Obrzydza, a powinien inspirować. Nie podsyca podniecenia, a gasi je w zarodku. Potwierdzeniem upadku, albo tylko wypadku przy pracy, niechże będą słowa samego pisarza: I wtedy przerąbałeś swoją karierę artysty(…) Sprzedałeś się chciwości, porzuciłeś poezję dla pajacowania, z czystej pazerności zadałeś cios sztuce. To wtedy zaczął się twój upadek. Czy będzie to początek końca twórcy tych słów?


Przemek Kowalski: Sam nie wiem, czy to kwestia wieku i faktu, że bardziej świadomie dobieram propozycje, z którymi chcę się zapoznać, czy może szczęścia, jednak trudno było mi wybrać Rozczarowanie Roku. Najpierw wypadałoby mieć jakieś oczekiwania, a tak się złożyło, że prawie wszystkie nowości 2016 zarówno literackie, muzyczne czy filmowe moim oczekiwaniom sprostały. Jest jednak jeden tytuł, który dosłownie rzutem na taśmę wywalczył sobie bez problemu „wyróżnienie” w tej kategorii. Przykre to, nawet bardzo, ponieważ do Rozczarowania Roku przyczynił się jeden z moich literackich idoli – Chuck Palahniuk.

Czego dopuścił się stary dobry Chuck? Przede wszystkim zbezcześcił swoje najbardziej rozpoznawalne, uznawane przez wielu za kultowe dzieło – Fight club. Jak udało mu się tego dokonać? Otóż, wymyślił sobie, że wraz z rysownikiem, Cameronem Stewardem, napisze w formie komiksu kontynuację Podziemnego kręgu! O tym, jak wielkim było to błędem, przeczytacie TUTAJ, teraz mogę jedynie w kilku słowach nakreślić sytuację, bo aż serce mi się kraja na myśl o Fight club 2. Nie chodzi nawet o to, że kontynuacja powstała w formie komiksu. Nie jestem co prawda fanem powieści graficznych, ale zniósłbym komiks, gdyby tylko miało to przysłowiowe „ręce i nogi”. Niestety nie miało. O ile Steward spisał się znakomicie, a jego rysunki to zdecydowanie najjaśniejszy punkt Fight clubu 2, o tyle porażką można nazwać fabułę, za którą odpowiedzialnym był mój idol. „Bełkot” to najdelikatniejsze z określeń opisujących treść dalszych losów znudzonego życiem Narratora. Naprawdę, kliknijcie w odnośnik powyżej, bo nie dam rady po raz drugi wymienić bzdur, jakimi naszpikowany jest Fight club 2. Boli, autentycznie boli fakt, że facet, któremu wiele jako czytelnik zawdzięczam, ot tak, napluł (nie znajduję lepszego słowa) na historię, dzięki której jest teraz w takim miejscu, w jakim jest. Przeszło 20 lat temu Chuck Palahniuk rozpoczął wojnę z systemem, teraz okazało się, że wojnę tę przegrał.


Małgosia Kilijanek: Miał być musical. Wszystko miało grać. Coś nie wyszło. Wyjść można było za to z kina, po 90 minutach oglądania filmu bez fabuły i poczuć rozczarowanie. Nawet próba zawarcia w nim wątku miłosnego okazała się nieudana. Główne bohaterki filmu to córka (Eliza Rycembel), matka (Kinga Preis) i babcia (Stanisława Celińska), których głównym problemem jest uratowanie rodzinnego domu, który wygrała w grze w karty prababcia najmłodszej z kobiet… Czy raczej obrona budynku przed zagarnięciem przez prawnuczka (Antoni Pawlicki), przegranego karciarza. Tak wyjątkowo poważnej sprawy dawno w żadnym polskim filmie nie było. Postać córki ukazana zostaje jako młoda buntowniczka, zajmująca się wyrażaniem swego buntu poprzez… tworzenie murali. Matka natomiast co rusz rozpacza i cierpi. Poznaje za to nałogowo pijanego piłkarza (Sebastian Fabijański), który momentalnie się w niej zakochuje. Film Glińskiej zapowiadany był jako fantastyczny musical, ale temu gatunkowi z pewnością chluby nie przynosi. Muzyka kompletnie nie współgra ze scenami odgrywanymi przez aktorów, w dodatku część utworów okazuje się wyjątkowo sztucznie wykonana. Brak zakończenia to kolejna cecha tego tworu. Nie ma sensu pisać o nim więcej. Oby jak najmniej takich produkcji.


Jakub Pożarowszczyk: Będą dwa. Najpierw największe, czyli najnowszy album Metalliki – Hardwired… To Self-Destruct. Osiem lat czekania i zespół z Bay Area przygotował… półtoragodzinnego kloca, ledwie trochę lepszego od beznadziejnego, wtórnego i niedającego się słuchać przez skopaną produkcję Death Magnetic. Smutny upadek herosów metalu. Słuchając najnowszych wypocin kalifornijczyków, człowiek zaczyna doceniać takie Load i Re-Load. Drugie rozczarowanie jest krajowe i jest nim olsztyńska legenda death metalu – Vader. Zupełnie nieudana, nieciekawa, toporna płyta The Empire i lider zespołu, który powinien mieć odcięty dostęp do Internetu powodują, że twórcy genialnych ciosów, jak De Profundis czy Litany, są największym krajowym rozczarowaniem. Dla mnie Hardwired… i The Empire to dowód na to, że nie ma sensu liczyć na klasyków metalowego grania.


Patryk Wolski: Może się to wydawać dziwne, ale w tym roku mam straszny problem ze wskazaniem wybitnie rozczarowującego produktu roku 2016. Nie wynika to z faktu, że jest w czym przebierać niczym w ulęgałkach lub poprzedni rok był tak wybitny, że nie napotkałem na swojej drodze żadnego gniota. Powód jest bardziej trywialny – wobec nisko ocenionych podług mojego gustu nie miałem na tyle silnych oczekiwań, żeby się srogo zawieść. Mógłbym pójść po linii najmniejszego oporu i zerżnąć od kolegów kichę, jaką niewątpliwie był Legion samobójców. Zapewne w oczach wszystkich widzów miał być odpowiedzią na luzackiego Deadpoola, ale nim nie był. Wybiorę za to coś innego i będzie to książka, z którą potwornie się męczyłem i była jednym z najbardziej traumatycznych przeżyć minionego roku.

Dzikie karty były dla mnie miłym powiewem świeżości w fantastyce, która tym razem postanowiła podejść do tematyki superbohaterów bardzo serio. Pojawiła się rzetelnie sklecona historia alternatywna oparta na wątkach politycznych i społecznych, no i oczywiście paleta barwnych bohaterów zrobiła swoje. Drugi tom nie spuszczał nogi z gazu, ale w trzecim już coś zaczęło szwankować. Nie wiem, czy to kwestia znużenia materiałem, czy gorszy okres twórców serii, w każdym razie gdy miała pojawić się część czwarta – Wyprawa asów – to do lektury podszedłem bez większego entuzjazmu, tym bardziej że wystawione już książce noty przez innych czytelników nie były zbyt wysokie. Mogę więc powiedzieć, że nie zawiodłem się, bo książka była słaba. Zawiodłem się, bo książka była AŻ TAK słaba. Nie zamierzam się nad nią pastwić, bo zrobiłem to już w wielogłosie z Krzyśkiem, więc w skrócie – w teorii dobry pomysł został fatalnie zrealizowany, sama powieść była stanowczo za długa i niepotrzebnie rozwleczona. Aż żałowałem, że nauczyłem się kiedyś czytać. Trochę czasu do siebie po tym dochodziłem, a o samej książce staram się jak najszybciej zapomnieć.


Paulina Leszczyńska: Drive w reżyserii Refna to wizualny majstersztyk. Jego ekranizacja powieści autorstwa Jamesa Sallisa za każdym razem zachwyca mnie na nowo. Nie jestem w stanie oderwać wzroku od czarującego Ryana Goslinga, który zresztą chyba nigdy na ekranie nie prezentował się lepiej. Tym bardziej czekałam więc na kolejne przedsięwzięcie Refna. Neon Demon opowiada o początkującej modelce, nastoletniej Jessie, w którą wcieliła się młodsza, lecz równie zdolna siostra Dakoty Fanning – Elle. Zresztą, w tym samym roku swoją premierę miała Modelka w reżyserii Madsa Matthiesena, która, wbrew powszechnie krążącym opiniom, mnie osobiście bardzo przypadła do gustu. Skąd ten trend na ujawnianie prawdy o świecie mody? Być może chwytliwa tematyka przyciągnąć miała do kin więcej widzów? Ogólnie rzecz biorąc, Modelka urzekła mnie swoją prostotą. Tego samego spodziewałam się po Refnie, ale w jak ogromnym byłam błędzie! Neon Demon to tęczowa rzeź, z której nikt nie wyjdzie bez choćby najmniejszego uszczerbku na psychice. Całość zaczyna się dość ostro i mrocznie, ale potem nieco zwalnia i “normalnieje”. Mając nadzieję, że bez szwanku dotrę do końca tej jakże pokręconej opowieści, szybko zdaję sobie sprawę, że to tylko złudne nadzieje. Refn ma w zanadrzu jeszcze kilka chorych pomysłów, którymi nie omieszka się z nami podzielić. Ogółem – im dalej, tym gorzej. Przyprawiające o oczopląs długie ujęcia nudzą i niepotrzebnie wydłużają, i tak już ciągnący się jak flaki z olejem, film. Jedynym momentem godnym uwagi jest scena, podczas randki Elle z Deanem, kiedy to za plecami dziewczyny rozciąga się nocna panorama Los Angeles. Reszta to jedno wielkie rozczarowanie i osobiście szczerze odradzam tę pozycję. Końcówka to zresztą gwóźdź do trumny, który pozostawia niesmak i wprawia widza w dezorientację na długo po zakończeniu seansu. Taka ilość minusów zakwalifikowała Neon Demon jako najgorszy film, jaki miałam (nie)przyjemność obejrzeć w 2016 roku. W taki oto sposób, najnowsze dzieło Nicolasa Windinga Refna otrzymuje ode mnie również tytuł “Rozczarowania roku 2016”.


Krzysztof Lewandowski: W przypadku każdego tytułu, który szybko zostaje uznany za odkrycie, ma się pewne oczekiwania. W 2016 roku dużo dobrych słów padło pod adresem Gry o tron, Stranger Things i Westworld. Nawet wśród redakcji Głosu Kultury są osoby, dla których te produkcje są wyśmienite. Ja jednak nie potrafiłem się nimi ekscytować w odpowiednim stopniu. Bywały momenty, że czułem się znudzony, bo akcja się wlekła. To nadal były raczej udane sezony, trudno nie podziwiać rozmachu u HBO czy oddania klimatu dawnych lat przez pozycję Netflixa. Jednak fabuła wcale nie była tak intensywna, jakbym sobie tego życzył, napięcie raz się udzielało, a raz nie, więc trochę za często pozostawał tylko ładny obrazek i cudowny soundtrack. Grze o tron zarzuciłbym maksymalnie naciągany wątek Aryi, zaś Stranger Things irytującą bohaterkę – Joyce Byers. Proszę mnie źle nie zrozumieć – seriale miały swoje momenty (Bitwa Bękartów! Dolores! Anthony Hopkins! Orgia! Granie w RPG-a!) i ogólnie są dobre, może nawet trochę więcej niż dobre, ale ja miałem zbierać szczękę z podłogi, zachwalać każdy aspekt i niecierpliwie wyczekiwać kolejnych sezonów. Tymczasem dla mnie było tylko mocno okej. Natomiast lepsze okazały się seriale, na które specjalnie nie czekałem, a oglądanie ich zacząłem z ciekawości. Młody papież, This is Us, Atlanta czy The Get Down – to są dopiero rewelacyjne produkcje i zarazem spore niespodzianki.     


Martyna Michalska: W tym roku nie czekałam szczególnie na żadne nowe wydawnictwo, dlatego trudno mówić, żeby coś szczególnie mnie rozczarowało. Nie mogę tu jednak nie wspomnieć o płycie artystki, którą bardzo ceniłam, której starsze płyty były lirycznymi perełkami, której głos przyprawiał o ciarki, a teksty były prawdziwą literacką ucztą. Niestety, od pewnego czasu Maria Peszek, starając się być mocnym głosem w debacie o równości, tolerancji i nienawiści, mocno obniża artystyczne loty. O ile płyta Jezus Maria Peszek była ważna w kontekście wyrażania własnych poglądów i bardzo udana, zarówno w warstwie słownej, jak i muzycznej, o tyle Karabin jawi mi się jako grafomański koszmarek bez wyrazu. Piosenkarka twierdzi, że teksty celowo zostały napisane prostym językiem. Ja jednak tego nie kupuję i wydaje mi się, że krążek spodoba się tylko największym jej fanom. Jednak nie tylko teksty mi się nie spodobały. Sam sposób śpiewania jest bardzo nijaki i biorąc pod uwagę treści, jakie chciała przekazać autorka, nie porusza mnie w żadnym stopniu. I choć są na płycie pewne przebłyski, jak niezły utwór Samotny tata i teledysk do niego czy słowa: dziś nad ranem mi się przyśnił, kraj kwitnącej myśli; czasy takie niespokojne, róbmy miłość a nie wojnę – całość wyjątkowo do mnie nie przemawia.


Fot.: Warner Bros. Entertainment, Albatros, Znak, Niebieska Studnia, Next Film, Blackened Recordings, Zysk i S-ka, Gutek Film, HBO, Warner Music Poland

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *