„Gra o tron” sezon 7, epizod 3 – The Queen’s Justice – wrażenia (ze spoilerami)

The Queen’s Justice

Ale ten czas leci. Jeszcze niedawno po rekordowo długim czekaniu dopiero co siadaliśmy podekscytowani do pierwszego odcinka nowej serii Gry o Tron, a teraz, po obejrzeniu trzeciego, zatytułowanego The Queen’s Justice, jesteśmy niemal w połowie całego, tym razem jedynie siedmioodcinkowego sezonu. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło i tempo akcji na razie satysfakcjonuje nas wszystkich. Powoli też zaczynają lecieć głowy. W tym świecie nikt nie jest bezpieczny i wojna o Żelazny Tron na pewno zbierze krwawe żniwo. Starków nagle zrobiło się dziwnie dużo i pierwszy raz od bodaj początku serialu wydają się być w miarę bezpieczni – to może oznaczać, że scenarzyści chcą zaserwować nam śmierć jednego z nich. Lannisterowie są niby na przegranej pozycji, ale najnowszy odcinek pokazuje, że przetasowania na wojnie mogą odbywać się bardzo szybko. Ale Jaime stał się chyba zbyt dobrą postacią, to sprawia, że mocno się o niego martwię. Nawet nie wyobrażam sobie, co wywołałaby wśród fanów śmierć Tyriona, ale dobrze wiemy, jak bardzo Cersei chce jego głowy, a ostatnio mszczenie się idzie jej nad wyraz dobrze. A może biedny Sam, który niespecjalnie jest w stanie się obronić? Czas pokaże. Valar Morghulis.

Jakub Pożarowszczyk: Kolejny odcinek, tym razem, The Queen’s Justice, utwierdza mnie w przekonaniu, że decyzja producentów o skróceniu siódmego sezonu była strzałem w dziesiątkę. Ten odcinek gwarantuje to, że nie uświadczymy żadnych dłużyzn, zbędnych scen z Missandei (jak chociażby w ostatnim odcinku), tylko spotka widza sama konkretna oraz wartka akcja. Oczywiście, scenariuszowi puryści mogą marudzić, że narracja leci po łebkach, że siódmy sezon serialu przypomina nieco bryk z najnowszej historii Westeros, a nie bogatą i rozbudowaną historię, jaką raczy nas George R.R. Martin na łamach swoich książek. Może i jest w tym trochę prawdy, ale nowe odsłony walki o Żelazny Tron znowu u mnie wywołują emocje oraz niecierpliwe oczekiwanie na premierę kolejnych odcinków.

A więc, co wzbudziło we mnie emocje? Na pewno scena powrotu Brana Starka do Winterfell. Faktem jest, że aktorzy grający Brana i Sansę byli w niej nieco… drewniani, lecz co bardziej wrażliwi widzowie na pewno uronią łezkę nad tą sceną. Na drugim biegunie jest fantastyczny, doskonale zagrany przez Lenę Headey, monolog głoszony do milczących, bo zakneblowanych i skrępowanych Żmijowych Bękarcic. Jeśli ktoś myślał, że Cersei ukazała kiedyś w pełni swoje złe oblicze, to był w dużym błędzie… Z drugiej strony Królowa Cierni, czyli Olenna Tyrell również dorównała Cersei w ostatnich kadrach odcinka, cały czas mam w pamięci reakcję Jaimego na jej słowa. No właśnie, najlepsze dla mnie w tym odcinku nie były sceny batalistyczne, nie monumentalne ujęcia i kadry, tylko momenty, w których doświadczona obsada Gry o Tron pokazywała swój aktorski kunszt. Niestety, sezon siódmy brutalnie pokazuje to, że aktorzy grający Daenerys, Jona, Sansę oraz Brana ani trochę nie dorównują klasie Leny Headey, Aidana Gillena czy Diany Rigg, która odgrywa właśnie rolę Królowej Cierni.

Trzeci odcinek potężnie popchnął akcję do przodu. Przestawiono pionki na szachownicy, przy okazji strącając najsłabsze figury. Nic w przyrodzie jednak nie ginie, czego dowodem jest pojawienie się w Królewskiej Przystani przedstawiciela Żelaznego Banku, który upomniał się o swój dług…. Na pewno kolejny odcinek będzie jeszcze ciekawszy. W końcu w Grze o Tron towarzyszą mi emocje, które pamiętam z trzech pierwszych sezonów…

Mateusz Norek: Nawet, jeśli Grze o Tron tak naprawdę nigdy nie udało się mnie znudzić i od pierwszego sezonu każdy odcinek oglądam z przyjemnością, to muszę uczciwie przyznać, że czuć w tempie akcji zmniejszenie ilości odcinków i zgodzę się, że jest to plus. Otwierająca scena i już widzimy Jona Snowa przybyłego na audiencję do Daenerys. Bez przedłużania, opisywania uroków podróży i trapiących naszych bohaterów wątpliwości. Dzięki temu można było spokojnie i bez pośpiechu poprowadzić samo spotkanie, na które przecież wielu fanów czekało z zapartym tchem (chociażby zważywszy na domniemane pokrewieństwo między bękartem z Północy a królową smoków). Ponownie zgodzę się jednak z Pożarem, że aktorsko mogłoby być lepiej, choć to też kwestia konstrukcji tych postaci, raczej wiemy, czego można się po nich spodziewać. Bardzo zaciekawiło mnie natomiast, co planuje Melisandre (która zdaje się naprawdę szczerze żałować swoich decyzji), i skąd taka mocna niechęć Varysa do czerwonej kapłanki. A widoki ze Smoczej Skały naprawdę zapierały dech w piersiach.

Ten odcinek bardzo przypomniał mi trailer do pewnej kultowej gry strategicznej, Age of Empires 2, gdzie dwóch władców rozgrywa partię szachową, a za każdym razem, gdy rusza się jakaś figura, obserwujemy też ruchy samych wojsk. Potężna machina wojenna Daenerys zaczyna się kruszyć, po stracie sojuszników z Dorne i sprzymierzonej floty Żelaznych Wysp, Lannisterowie podstępnie zajmują siedzibę rodu Tyrellów. Wielkie brawa dla Diany Rigg za występ, ta postać chyba nie miała słabych momentów w serialu, od początku prawdziwa żelazna dama. Starcia pokazano co prawda oszczędnie, ale ja jestem usatysfakcjonowany, dobrze wiemy, że to dopiero początek wojny i twórcy szykują co najmniej jedną, nazwijmy to: pełnometrażową, bitwę.  

Odcinek nosił tytuł Sprawiedliwość królowej (The Queen’s Justice) i ta scena była zdecydowanie najlepsza. Trudno pałać jakąś wielką sympatią do Cersei, ale tutaj jej zemsta naprawdę była sprawiedliwa i zasłużona, choć okrutna. Pytanie, jaki los przygotowuje dla Ashy Euron i co dalej będzie z Theonem, który, choć został uratowany przez swoich ludzi, za swoją ucieczkę jest pogardzany.

Nie była w tym odcinku obecna Arya Stark, więc bardzo duże prawdopodobieństwo, że w następnym po prostu wkroczy do Winterfell, tak jak teraz zrobił to Bran. Naprawdę współczuję Sansie – musi użerać się z powstałym z martwych bratem (choć tej informacji akurat jej oszczędzono), jej młodszy brat oznajmia, że jest Trójoką Wroną, a teraz odwiedzi ją siostra skrytobójczyni, służąca bogu śmierci. Nie mówiąc już o Littlefingerze, który z charakterystycznym uśmieszkiem nie odstępuje jej niemal na krok.

Sylwia Sekret: Zatem wszyscy się zgadzamy co do tego, że występ Olenny był genialny. Nie poprę jednak słów Kuby co do fantastycznego aktorstwa Leny Headey. Może ujmę to inaczej… nie twierdzę, że gra źle, bo już nie raz pokazywała, że robi to świetnie, ale być może scenarzyści czy reżyser w ostatnich dwóch sezonach dają jej złe wskazówki? Naprawdę nie mogę oprzeć się wrażeniu, że od dawna nie widziałam jej z inną miną niż ta, która przypomina moją, kiedy zjem cytrynę. Nieważne czy mści się na morderczyni swojej córki, czy uprawia seks z bratem – ma wciąż jeden wyraz twarzy i nawet emocjonujący monolog o umieraniu w torturach nie pomógł jej zbytnio ożywić na nowo tej postaci. Zresztą scena z Ellarią i jej córką była bardzo przewidywalna, o czym zresztą pisałam, kiedy omawialiśmy poprzedni odcinek. Rzecz w tym, że przewidywalność nie jest w tym wypadku niczym złym, bo kim byłaby Cersei, nie pomściwszy swoich krzyw. Tak właśnie – swoich, nie swoich dzieci. Tak bowiem działa Cersei. Mówi, że kieruje się miłością do rodziny, ale tak naprawdę chodzi jej o własne zwycięstwo i niemożność zaakceptowania porażki. Kiedy przysłowiowa sodówka uderzy jej jednak do głowy na tyle, by jej szaleństwo otworzyło oczy tym, którzy wciąż ją popierają? I czy Jaime znów zacznie być bardziej wielowymiarową postacią? Może świadomość tego, że to nie Tyrion stoi za otruciem jego uroczego syna, coś w nim zmieni względem Cersei? A poza tym, to wybacz Mateusz, ale tego, co zrobiła Cersei, nie nazwałabym sprawiedliwością. Żaden taki czyn, choćby był idealnie odwzorowaną zemstą, nie jest sprawiedliwy. Nie mówiąc już o tym, że to, co zrobiła Królowa, to tylko potwierdzenie, że są takie same i przyznanie Ellarii racji, że postąpiła słusznie. A “przemyśleć swoje decyzje”? A czyż to nie właśnie decyzje Cersei sprawiły, że poginęły jej wszystkie dzieci? Hipokryzja lała się bardziej niż krew w tym odcinku za sprawą tej sceny.

Bardzo podobała mi się scena rozmowy Jona z Matką Smoków. Była taka, jak ją sobie w zasadzie wyobrażałam, i fajnie, że żadne z nich tak do końca nie uległo temu drugiemu. Pokazali twarde charaktery i to jak – wbrew pozorom – są do siebie podobni. Sceny z Tyrionem również (jak zwykle) były bezcenne i nadal zachwycam się tym, jak mądra jest to postać – zwłaszcza na tle pozostałych bohaterów. Co do spotkania Brana z Sansą, to fakt, choć aktorzy byli lekko drewniani, to nie ukrywam, że scena odrobinę mnie wzruszyła. Pozostali przy życiu Starcy… znaczy, Starkowie, w końcu gromadzą się w jednym miejscu, na co ja osobiście już traciłam nadzieję.

Dziwna była natomiast zdawkowa wymiana zdań między Missandei a Cebulowym Rycerzem, kiedy Jon przybył z nim na Smoczą Skałę. Na pytanie o akcent, kobieta odpowiedziała, z jakiej wyspy pochodzi, na to Cebulowy Rycerz, że słyszał, że jest tam pięknie, na co Missandei bardzo tajemniczo uśmiechnęła się pod nosem. Było to dziwne i wątpię, aby nie było ważne, bo na tę tak niepodobną do doradczyni Krolowej minę kamera zwróciła szczególną uwagę.

Wracając jeszcze natomiast do Żmijowych Bękarcic. Scena w The Queen’s Justice, kiedy Cersei zostawia swoje więźniarki w lochu, po dramatycznym monologu, a dokładniej, kiedy matka i córka, skute w łańcuchy i z kneblami w ustach, rzucają się do siebie, była… nie wiem, jak to nazwać… infantylna? Głupia? Może nawet niesmaczna? Ja rozumiem, że w takich chwilach człowiek niespecjalnie kieruje się rozumem, ale co one chciały tym zyskać? Zawisły na tak długo w nienaturalnych pozycjach, że aż mi ręce zdrętwiały podczas oglądania. Poza tym miałam nadzieję, że Ellaria jednak przynajmniej przy Cersei zachowa zimną krew i nie pokaże jej, jak bardzo cierpi… Wszystko było super i w ogóle, ale pomyślcie, o ileż piękniej, dramatyczniej i spektakularniej byłoby, gdyby kobieta przy Cersei zachowała kamienną twarz, Cersei wyszła z lochu nie tak triumfująco i dopiero kiedy ona i jej cień zniknęliby na dobre z lochu, matka rzuciłaby się do córki, płacząc i zawodząc… To byłoby coś! Wiecie na co też czekałam? Aż Cersei zdejmie jej w końcu knebel albo że kobieta sama jakoś się go pozbędzie i powie Królowej coś w stylu, że jej dzieci zostały zamordowane, ale przynajmniej nie była tak złą matką, żeby któreś z nich samo odebrało sobie życie. To byłby cios w stronę Cersei. Ale zaraz… czy fakt, że Tommen popełnił samobójstwo jest znany? Czy to zostało jakoś zatuszowane? Nie pamiętam… W każdym razie to byłoby coś!

Odcinek The Queen’s Justice był naprawdę bardzo dobry – konkretny, choć z wieloma wątkami. Powoli, a jednak nieuchronnie wszystko zmierza do najważniejszej bitwy w dziejach Siedmiu Królestw. Czy będzie nią jednak starcie Daenerys z Cersei czy żywych z Martwymi? Na to przyjdzie nam czekać do kolejnych epizodów.

1 odpowiedź

  1. Przemek Kowalski Przemek Kowalski napisał(a):

    I nikt nie wspomniał, że nagle jakims cudem Cersei zdobywa przewagę nad Danny? ;) Uwielbiam ten serial – idzie bitwa, zwycięzca wydaję się być oczywisty a tu nagle traci sojusznikow i znaczną część armii. Dobrze, że smoki zostały ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *