“Gra o tron”, sezon 7, odcinek 7 – “The Dragon and the Wolf” – wrażenia (ze spoilerami)

The dragon and the wolf

Epicki finał wielkiego i spektakularnego siódmego sezonu jednego z najlepszych seriali XXI wieku właśnie za nami! Gra o Tron dała nam w ostatnim odcinku naprawdę wiele odpowiedzi, ale postawiła przed widzami nowe pytania, które uchyliły furtkę do kolejnych teorii i fanowskich rozważań. The Dragon and the Wolf  może i spuścił nieco z tonu w porównaniu z poprzednim odcinkiem, jednak dał nam naprawdę fenomenalne dialogi, skupiając się w większej mierze na bohaterach niż na pędzącej na łeb na szyję akcji, ale było to potrzebne zarówno nam, jak i fabule. Chcecie wiedzieć, jak skończył się pomysł z pokazaniem Cersei nieumarłego i jak wpłynęło to na przebieg wojny? Interesuje Was, jaki finał obrała intryga Baelisha w Winterfell? Nie możecie się doczekać tego, czy zobaczycie ponownie Armię Nocnego Króla? Nie pozostaje Wam nic innego, tylko jak najszybciej odpalić HBO GO i nadrobić zaległości, a potem przeczytać nasz Wielogłos na temat ostatniego odcinka siódmego sezonu Gry o Tron

Sylwia Sekret: Boże, jak dobrze, że Arya i Sansa nie dały się jednak podejść temu Małemu Intrygantowi! Uff… a więc wątek Winterfell nie był taki zły i siostry jednak uczą się na błędach – wolno (jak sama Ruda przyznała), ale się uczą! Bardzo, bardzo dobrze.

Pozostawiając Starkówny w kałuży krwi Baelisha, a przechodząc do spotkania największych wrogów i całej reszty – w zasadzie wszystko w tym odcinku robiło wrażenie: panika na twarzy Cersei (wreszcie zobaczyliśmy inną jej minę!), napięcie przed przylotem Daenerys i przed pokazaniem im nieżywego (swoją droga ten odcinek mógł zapożyczyć podtytuł jednej z części Piratów z Karaibów: Skrzynia umarlaka), decyzja Jaimego (w końcu, chłopie!, w końcu…), no i rzecz jasna Lodowy Smok! Czyli jednak będzie walka niczym z planszówki Mage Knight. Lodowy Smok kontra Ognisty. Widzieliśmy już, co zrobił z Murem, ale jestem ciekawa, co jego zionące z paszczy niebieskie coś będzie robiło z ludźmi. Zamrażało? Palilo, ale inaczej? Zamieniało w nicość? Hm…

Poza tym pojawia się pytanie – czy Cersei będzie jedyną blondwłosą kobietą określająca siebie mianem królowej, która spodziewa się dziecka? Nie bez powodu tyle razy w ciągu ostatnich kilku odcinków było podkreślane, że niby Daenerys nie może mieć potomstwa. Jednak nawet gdyby tak miało być… to czy takie maleństwo będzie mogło w jakiś sposób wpłynąć na nadchodzący sezon? No chyba że się urodzi przed czasem i będzie to wszechpotężny smok. W zasadzie mieliśmy już narodziny jakiegoś czarnego dymu, więc kto wie.

W końcu wprost zostało powiedziane, że Jon Snow jest tym, który powinien tak naprawdę zasiadać na żelaznym tronie. Fajnie, że ta sprawa jest już jasna, chociaż oczywiście, wszyscy od dawna to wiedzieli. Choć dziwi fakt, że Bran/ Trójoka Wrona nie wiedział o tym, że Snow wcale nie jest bękartem. Czy nie powtarzał już kilka razy, że widzi wszystko? I czy zobaczył też w takim razie pewną ciotkę uprawiającą seks z pewnym siostrzeńcem? Wiedzieliśmy oczywiście, że do tego dojdzie, a ostatecznym dowodem było zwrócenie przez Tyriona uwagi na to, że Jon kocha się w swojej Królowej. Jeśli już jesteśmy natomiast przy naszym uroczym karzełku – najniższy z Lannisterów znów pokazał, że ma największe jaja, ot co. Z kolei jego cudowna siostra kolejny raz udowodniła, że jest głupią, okropną, egoistyczną, samolubną, nieznośną, rozpieszczoną, niereformowalną, irytującą, ograniczoną, szaloną, mściwą, zawistną, roszczeniową, nieobliczalną, narwaną, agresywną, niesłowną, niegodną zaufania, aspołeczną, upierdliwą, zawziętą, bezkrytyczną, żałosną, despotyczną, bezwzględną, krwiożerczą, nieprzyjemną, egocentryczną, bestialską, przeokropną kobietą. I ona chce mieć jeszcze jedno dziecko? Przecież wszystkie zmarły przez nią. Nie przez Tyriona, nie przez Ollenę, nie przez Żmijowe Bękarcice (hej, co u Was?), nie przez walkę rodów… tylko przez swoją matkę, która musiała nimi dyrygować.

Ale dosyć tego ubliżania. Finałowy odcinek siódmego sezonu Gry o tron był świetny! A ostatnia scena? Ze smokiem rozwalającym legendarny Mur i armią umarłych idącą spokojnie jak gdyby nigdy nic? No nie mówcie, że to nie zrobiło na Was wrażenia! Właśnie – ciekawe, czy jak Nocny Król padnie, to jego smok też? I czemu Bran nikomu nie powiedział, co ze smokiem zrobił mistrz świata w rzucie oszczepem?

Jeszcze muszę wspomnieć o scenie, która była dość emocjonalna, a mianowicie moment, kiedy Theon postanawia wreszcie postawić na swoim. Ten moment, kiedy padał na kolana na brzegu wody i ta muzyka w tle… no co jak co, ale to było równie epickie, co smoki. I to dosadne katharsis… Fajnie, bo już powoli miałam dość oglądania, jak tylko robią z niego popychadło. Swoje już wycierpiał chłopak.

PS I teraz Daenerys Targaryen, Pierwsza Tego Imienia, królowa Meereen, królowa Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi, władczyni Siedmiu Królestw, protektorka królestwa, khaleesi Wielkiego Morza Trawy, zwana Daenerys zrodzoną z burzy, niespaloną i matką smoków będzie miała kolejne imię do kolekcji: Srebrna Kurwa.



Matesz Norek: Muszę przyznać, że jestem mocno rozdarty po finałowym odcinku. O ile 7 sezon jako całość oceniam bardzo wysoko, to jednak The Dragon and the Wolf pozostawił trochę niedosytu. Trailer odcinka wydał mi się bardzo zachowawczy i enigmatyczny, zachodziłem więc w głowę, co takiego się na koniec wydarzy. Oczywiście przesadziłbym, gdybym napisał, że nie wydarzyło się nic, jednak zaskoczeń nie było tutaj wiele i poza ostatnią sceną, wszystko rozgrywało się nad wyraz spokojnie i dość przewidywalnie.

Zacznę od środka i być może od mniej istotnego wątku, ale na tyle lubiłem i kibicowałem Lordowi Baelishowi, że niech ma przynajmniej pierwszeństwo w tej dyskusji. To był naprawdę cwany gracz, potrafił kłamać, manipulować, wykorzystywać ludzi i zawsze robił to z tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem. Tutaj jednak został kompletnie przez scenarzystów odarty ze wszystkich swoich atutów i absolutnie nie jest to finał godny tej postaci. Nie chodzi mi nawet o to, że jego intryga skłócenia sióstr była na tyle prosta, że szybko wyszła na jaw, chodzi mi raczej o to, że nie był w stanie tego przewidzieć i nie miał żadnego asa w rękawie na tę ewentualność. Ba, nie miał ani jednej karty w tej partii, bo w momencie, gdy Sansa oskarża go o morderstwo i zdradę, jest już skończony i kompletnie nie wie, jak się bronić. Było mi zwyczajnie smutno oglądać jego koniec w tej formie. To było po prostu źle napisane i Littlefinger zasługiwał na lepszą śmierć.

Spotkanie trzech dowódców i pertraktacje o zawieszeniu broni też nie do końca mnie przekonały. Były przyjemne dla oka (widza) nienawistne spojrzenia, kilka miłych słów do bliskich (Clegane do brata, Euron do siostrzeńca) i faktycznie ofiarnie przetransportowany prezent zza Muru zrobił na Cersei wrażenie. Ale chyba nieco zbyt duże, bo po pierwsze latające obok smoki Daenerys powinny wywołać większe przerażenie, a po drugie widząc jednego nieumarłego, wszyscy ze stronnictwa królowej od razu uwierzyli, że maszeruje ich cała wielotysięczna armia. Po trzecie nikt nie podał w wątpliwość pochodzenia istoty, po czwarte niewiele wspomniano o prawdziwym zagrożeniu, jakim powinni być Biali Wędrowcy, a nie ich bezmózgie sługi. I tak pewnie mógłbym wymieniać. Oglądało się to wszystko ok, ale nie będę ukrywał, że liczyłem na większe emocje. Nie mam pojęcia, jak Tyrion “przekonał” Cersei do przyjęcia warunków zawieszenia broni, jeśli ich rozmowa zaczęła się od wyrzucenia sobie wszystkich rodzinnych krzywd. W ogóle masz rację Sylwia co do śmierci dzieci Cersei, kiedy ta stwierdziła, że ich śmierci winny jest Tyrion, aż krzyknąłem w stronę monitora, że to stek bzdur! Zresztą ona przecież sama doskonale jest tego świadoma, gdyby faktycznie obwiniała brata bękarta, kazałaby go Górze poćwiartować.

Poza tym co napisała już Sylwia o Theonie i krótką, ale rozwiewającą wszelkie wątpliwości rozmową Sama i Brona w tym przecież aż 77 minutowym odcinku nie wydarzyło się aż tak wiele. No, jeszcze mogę się założyć, że Jon Snow, mimo wszelkich znaków na niebie i ziemi, zostanie ojcem. Trochę ponarzekałem, ale mimo, że odcinek finałowy mógł być znacznie lepszy, to nie tak, że jakoś strasznie mi się nie podobał. Nie wyrywał do przodu i dał scenarzystom czas na zamknięcie dość sprawnie większości wątków, przygotowując nas na ostatni już, finałowy sezon 8. Tylko co teraz zrobić ze swoim życiem przez te półtora roku?

Mateusz Cyra: Cóż to był za finał! Po wielu odcinkach pełnych akcji, pełnych dziur logicznych, pełnych niewyjaśnionych przeskoków czasowych i uproszczeń, na które poszli scenarzyści, by doprowadzić nas do punktu, w którym znaleźliśmy się w finałowym odcinku, wreszcie możemy poczuć pewnego rodzaju spełnienie. Nie, żeby dotąd przez sześć odcinków siódmy sezon nie dawał nam przyjemności, ale właśnie prawdziwe spełnienie przychodzi teraz, gdy kilka wątków zamknięto, a elementy, które drażniły (wątek głupiutkich sióstr z Winterfell i przebiegłego, ale kompletnie niepotrzebnego już serialowi Littlefingera czy Jaimego zachowujący się niczym wierny i posłuszny pies swojej porąbanej ukochanej siostrzyczki) wreszcie znalazły sensowne rozwiązanie.

Bardzo podobało mi się to, że tym razem postawiono na świetnie rozpisane dialogi. Świetnie się oglądało scenę wielkiej narady i ujawnienia zombiaka przed Cersei. Atmosfera była tak gęsta, że dało się ją kroić. Fajnie, że pieprznięta i samozwańcza królowa Westeros rzeczywiście przeraziła się tym, co zobaczyła. Obawiałem się, że żywy trup nie zrobi na niej najmniejszego wrażenia, a ona sama uzna całą akcję za zręczną inscenizację i prowokację, by zagrozić jej rządom. Na szczęście tak się nie stało, ale nadal jedyna Lannisterówna musiała rozegrać wszystko po swojemu, próbując wymusić na Królu Północy neutralność. Jon Snow jednak nie składa obietnic, których nie jest w stanie spełnić, a kłamca z niego żaden, dlatego z miejsca odmówił, dzięki czemu niemal pogrzebał szansę na tymczasowy rozejm i walkę ramię w ramię z większym i wspólnym złem.

I tu przechodzimy do kolejnego rewelacyjnie rozwiązanego wątku, mianowicie rozmowy Cersei najpierw z Tyrionem, a następnie z Jaimem. Jedyne, czego żałuję, to fakt, że na razie nie było nam dane dowiedzieć się, w jaki sposób Namiestnik Deanerys nakłonił siostrę do wrócenia na miejsce spotkania i powiedzenia tego, co powiedziała. Oczywiście rodzi się w głowie pytanie – czy Tyrion wiedział, że Cersei od początku kłamie i była to część ich “umowy”, czy jednak nienormalna siostra rzeczywiście obiecała pomoc w zamian za jakąś olbrzymią przysługę, którą obiecał jej Tyrion, ale finalnie i tak zrobiła wszystko po swojemu? Tego dowiemy się pewnie w ostatnim sezonie. Jednak mina Tyriona na statku płynącym na Północ daje sporo do myślenia i pozwala na tworzenie wielu teorii. Wracając do rozmowy Cersei z drugim, przystojniejszym bratem – cudownie, że Jaime wreszcie dojrzał do tego, by zbuntować się przeciw ukochanej. Chyba po prostu musieliśmy przecierpieć bezpłciowego Królobójcę przez tyle odcinków, by w finale otrzymać to wspomniane przeze mnie na początku miłe poczucie spełnienia.

Niezmiernie cieszy również fakt, że Theon rozprawił się raz na zawsze ze swoją niechlubną przeszłością i postawił wreszcie na swoim. Byłem przerażony, gdy dostawał raz po raz po twarzy od jakiegoś nic nieznaczącego mieszkańca Żelaznych Wysp i naprawdę drżałem o to, czy właśnie nie oglądam sceny, w której uśmiercą wreszcie Greyjoya. Na szczęście tak się nie stało i mam nadzieję, że to tylko początek drogi do chwały i potęgi postaci, która przebyła jedną z najtrudniejszych dróg w całym Westeros.

Dobrze też, że to, co uważałem za największą wadę całego sezonu i najsłabszy element rozpisanego na siedem odcinków scenariusza – czyli wątek w Winterfell – okazał się nie być tak idiotyczny, jak myślałem. Starkówny postanowiły zabawić się w grę Littlefingera i zrobiły to bardzo dobrze, wykańczając największego wroga rodziny. Inna sprawa, że już od kilku odcinków twórcy ewidentnie nie mieli pomysłu na tę postać. A może po prostu ja na tyle mocno go nie lubiłem, że w zasadzie odliczałem odcinki do jego zgonu niczym desperat odliczający swoje dni na bezludnej wyspie. W każdym razie Littlefinger był jedną z największych świń w Westeros i na szczęście zginął zarżnięty, jak na świnię przystało. Piękna, ponownie dająca wiele spełnienia śmierć.

Dziwi mnie, że Bran wcale nie jest jednak taki wszystkowidzący i wszystkowiedzący. Spodziewałem się, że cała przeszłość oraz teraźniejszość nie ma dla niego żadnych tajemnic, a okazuje się, że Trójoka Wrona ma spore ograniczania w swojej mocy. Nie rozumiem tego, ale mam nadzieję, że kiedyś otrzymamy odpowiedź na powyższe wątpliwości.

Na koniec zostawiam oczywiście największy smaczek wizualny, czyli przemarsz armii Nocnego Króla przez Mur. Od jednej z pierwszych scen, gdy twórcy zaprezentowali nam tę wielką armię i cel, w jakim podróżuje na Południe, zastanawiałem się, jak wielki obszar zajmuje cała ta Północy, oraz jaki dystans musi pokonać horda nieumarłych, by wreszcie dotrzeć do Muru, a teraz dostałem chyba odpowiedź – to wcale nie odległość była problemem, ale fakt, że Nocny Król nie wiedział, jakim sposobem ma sforsować Mur. Gdy ma w swoim posiadaniu olbrzymiego Lodowego Smoka – wszystkie elementy układanki zaskoczyły, dając nam to, co widzieliśmy w ostatniej scenie. Aż strach pomyśleć, co zrobi Matka Smoków, gdy zobaczy jedno ze swoich dzieci w nieumarłej formie.

Podsumowując – to było epickie i satysfakcjonujące zakończenie jednego z bardziej udanych sezonów. Jasne, miał on swoje wady i potrafił drażnić dziurami czasoprzestrzennymi, ale obfitował w tyle rewelacyjnych scen, że spokojnie można przymknąć oko na pewne nieścisłości. Wielka szkoda, że tak wspaniałe widowisko właśnie się skończyło i teraz przyjdzie nam bardzo długie oczekiwanie na to, co przyniesie Zima.

Sylwia: Ja jak zwykle muszę jeszcze słówko wtrącić. Jeśli chodzi o śmierć i upadek (raczej w odwrotnej kolejności) Littlefingera, to kłóciłabym się co do tego, czy zasłużył (scenariuszowo, rzecz jasna) na lepszą śmierć. Wydaje mi się, że po pierwsze: sam był już swoimi intrygami zmęczony i sam zapędził się w kozi róg, a po drugie: na pewno jego talent do knucia i przewidywania ruchów przeciwników był nieco przytłumiony przez uczucia, jakie żywił do Sansy, a w które (jakkolwiek dziwne i dziwnie okazywane by nie były) mimo wszystkie wierzę. Po trzecie dał się złapać w pułapkę pewności siebie i tego, że zawsze wyjdzie obronna ręką z wywołanego przez siebie chaosu. Po czwarte wreszcie, myślę, że Baelish dużo większe pole do popisu i manewru miał na królewskim dworze i ogólnie tam gdzie działo się więcej i było więcej ludzi. Na mroźnej Północy miał tak naprawdę dwie kukiełki do poprowadzenia, ale zapomniał, że one nie tylko dorosły, ale także za dobrze się na nim poznały. No i miały przewagę w postaci wszystkowiedzącego Brana, o czym on nie miał pojęcia. Był bez szans i było to moim zdaniem uzasadnione.

Zastanawia mnie także, czy Arya w 8 sezonie wykorzysta to, że zamordowała Littlefingera i przywdzieje jego twarz w jakimś celu. Zagadką jest dla mnie również, dlaczego przez tyle lat armia Nocnego Króla nie forsowała Muru, a robią to teraz?

Petyr Baelish | ur. 1 sezon – zm. 7 sezon | Miał intrygę w małym palcu | Spoczywaj w pokoju

Natomiast co do Norkowych wątpliwości, że Cersei i jej ludzie od razu uwierzyli, że takich jak jeden pokazowy umarlak jest cała ogromna armia… Wydaje mi się, że można to wytłumaczyć w ten sposób, iż – jeśli się nie mylę – nieumarli stanowili pewnego rodzaju przestrogę, legendę. Mówiło się o nich, ale nie wierzyło się w niebezpieczeństwo za Murem, bo nie było dowodów. Gdyby Cersei nigdy nie słyszała o białej hordzie, pewnie by miała wątpliwości co do zademonstrowanego okazu, jego pochodzenia i… liczby krewnych. Ale myślę, że ten pokazowy egzemplarz był raczej potwierdzeniem najgorszych koszmarów, którym od dawna straszono dzieci w Westeros. Poprawcie mnie, jeśli się mylę. Zgadzam się z kolei co do tego, że ani Jon, ani Daenerys, ani Tyrion, ani nikt inny nie wspomnieli o Białych Wędrowcach i Nocnym królu, którzy są prawdziwym zagrożeniem, a raczej zgadzam się co do tego, że było to dziwne ;). Natomiast zwróćmy uwagę, że nasz Bękart z Północy, który wcale nie jest Bękartem, od razu podał Cersei na tacy dwa sposoby na rozprawienie się z nieumarłymi – smocze szkło i ogień. Jednak najpotężniejszą bronią w tej walce może okazać się pozbycie Białych, o czym Cersei nie wie, a Jon tak. Kto wie, może o to chodziło? Żeby mieć mimo wszystko jakąkolwiek przewagę?

A już kompletnie na koniec – zgadzam się, co do tego, że aż żal… serce ściska, że tak długo przyjdzie nam czekać na rozwianie wszystkich wątpliwości.


Grę o Tron obejrzycie na kanałach HBO oraz w HBO GO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *