Wielkie emocje – Hanya Yanagihara – „Małe życie” [recenzja]

Małe życie

Najgłośniejsza amerykańska powieść roku – takie hasło krzyczało do mnie z okładki Małego życia, zaledwie drugiej powieści w dorobku Hanyi Yanagihary. Kusiło mnie, aby sprawdzić rzeczywistą siłę tego sloganu, postanowiłem więc zmierzyć się z twórczością amerykańskiej pisarki hawajskiego pochodzenia. Małe życie okazało się wcale nie takie małe, zarówno w sensie dosłownym, bo to licząca ponad osiemset stron poręczna „cegłówka”, jak i pod kątem samej historii, opowiadającej o losach czterech bliskich przyjaciół, znających się od czasów uczelnianych. Choć tak naprawdę to przede wszystkim opowieść o jednym z nich. Opowieść o bólu, wstydzie i niewyobrażalnej traumie z lat dziecięcych, lecz także o próbie ułożenia sobie swojego „małego życia” oraz walce z własną naturą i dramatycznymi wspomnieniami. To również opowieść o dojrzewaniu, życiowych rozterkach i przyjaźni zdolnej zburzyć nawet największy mur.

Na początku Małego życia poznajemy czwórkę bohaterów, którzy właśnie sprowadzili się do Nowego Jorku – Malcolma, JB, Willema i Jude’a, lecz to właśnie ten ostatni jest prawdziwą główną postacią, wokół której kręci się cała fabuła. Zaczynamy od wspólnych lat spędzonych w college’u, na imprezach i w czasie wszelkiego rodzaju prac dorywczych. Malcolm chce zostać architektem, JB malarzem, którego prace wystawiać będą najlepsze galerie, Willem próbuje swych sił jako aktor na deskach miejscowego teatru, a Jude kształci się do zawodu adwokata. I w gruncie rzeczy wszystkie ich ambicje powoli się spełniają, nie to jest jednak najważniejsze w tej powieści. Pierwsze rozdziały przedstawiają po trochu historię z perspektywy każdego z przyjaciół, z biegiem czasu jednak Malcolm i JB idą trochę w odstawkę, oddając pole Willemowi i przede wszystkim Jude’owi, którego opowieść jest po prostu najciekawsza, a jednocześnie najbardziej dramatyczna i pełna tajemnic. Jude jest strasznie zalęknionym chłopakiem, który praktycznie nikomu nie pozwala się do siebie zbliżyć, paniką reaguje na kontakt fizyczny, zawsze lekko kuleje i nosi koszule z długimi rękawami, aby nie było widać blizn po cięciach, które sam sobie robi. Yanagihara bardzo powoli odkrywa karty i przeszłość Jude’a poznajemy stopniowo, zaczynając od klasztoru, do którego trafił jako porzucone na ulicy niemowlę, poprzez dom dziecka, aż po tajemniczy „incydent”, wskutek którego chłopak stał się kaleką. Jest to przeszłość pełna bólu, cierpienia, wykorzystywania i podłości ludzkiej, a czytając, łapałem się na tym, że domyślam się, co właściwie przytrafiło się Jude’owi. Jednak kiedy autorka dochodziła do tego momentu jego historii, okazywała się ona jeszcze straszniejsza, niż sobie wyobrażałem. Retrospekcje Jude’a przeplatane są jednak jego teraźniejszością, która jakby za wszelką cenę stara się wynagrodzić mu lata cierpień, w co tak naprawdę do końca ciężko mu uwierzyć. Jude toczy prawdziwie zaciekły bój z własną psychiką, która usilnie nie pozwala mu znowu zaufać komukolwiek, a we własnych oczach widzi się jako groteskowy potwór, mimo że wszyscy dookoła temu zaprzeczają.

Prawdę mówiąc, kiedy zaczynałem lekturę, nic nie zapowiadało rewelacji. Po około dwudziestu pierwszych stronach autentycznie rozważałem odłożenie książki z powrotem na półkę. Przytłoczyła mnie trochę ilość bohaterów i z początku ciężko było mi połapać się, kto jest kim i jakie właściwie są między nimi zależności i relacje. Ale kiedy już złapałem wątek snuty przez autorkę, wsiąkłem na dobre. Okazało się, że Małe życie posiada tę cechę najlepszych powieści, polegającą na permanentnym przyklejeniu do siebie czytelnika. Kiedy czytałem, bardzo ciężko było mi po prostu odłożyć książkę i iść w końcu spać. Z kolei kiedy nie czytałem, myślałem o wydarzeniach z powieści i jej bohaterach. Teraz, kiedy Małe życie zostało już odłożone na półkę, wiem, że na pewno będę tęsknił za Judem, Willemem i całą resztą postaci. Wiem też, że na pewno jeszcze kiedyś wrócę do tej powieści. Zdaję sobie sprawę, że Yanagihara w dużej mierze gra na emocjach, które czasem mogą przesłonić rzeczywistą wartość literacką, lecz jednak, aby wywołać emocje tak silne, jakie targały mną w trakcie lektury, autorka musiała stworzyć naprawdę wiarygodne postacie, a to jej się udało znakomicie. Bywały nawet momenty, szczególnie pod koniec, kiedy szczerze jej nienawidziłem, za to co nawymyślała, bo po wszystkim co do tej pory przeczytałem, pragnąłem zobaczyć prawdziwie szczęśliwe zakończenie, jakkolwiek byłoby ono przaśne i zmieniało wydźwięk książki.

Po przewróceniu ostatniej strony, kiedy po raz kolejny spojrzałem na okładkę i przeczytałem hasło, o którym wspomniałem na samym początku, dotarło do mnie, że to coś więcej niż zwykły reklamowy slogan, jakich pełno na niemal każdej książce. Zrozumiałem, że Małe życie rzeczywiście musiało wywołać niemałą burzę wśród zarówno czytelników, jak i krytyków. Jest to na pewno najlepsza książka, z jaką miałem do czynienia w tym roku, i nie sądzę, żeby znalazło się coś, co byłoby w stanie ją strącić z podium. Naprawdę warto dać się ponieść Małemu życiu.

Fot.: Wydawnictwo W.A.B.

Michał Bębenek

Zamieszkały w Gdańsku planszówkowy zapaleniec. Miłośnik klimatów grozy w każdej formie. Właściciel pluszowego Cthulhu. Odpowiedzialny między innymi za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

4 komentarze

  1. Tomasz napisał(a):

    Panie Michale – doskonale skreślona recenzja, czuć, że jakiś czas po odłożeniu ksiażki na półkę, bo jest bardzo wyśrodkowana. Ja po przeczytaniu „Małego życia” czułem się jak na odwyku i również podzielam zdanie, że autorka bestialsko gra na emocjach, za co powieść tą się kocha i nienawidzi jednocześnie. Mam pytanie do Pana – czy podobnie jak ja ostatnie dwa rozdziały przyprawiły Pana o mało męski syndrom spoconych oczu? Pozdrawiam

  2. Waldek napisał(a):

    Panie Michale,
    Przed chwilą skończyłem czytać „Małe życie” i zastanawiałem się, czy tylko na mnie ta powieść tak oddziaływała, że pod koniec lektury co i rusz „pociły mi się oczy”, jak to trafnie określił w swoim komentarzu pan Tomasz. Najpierw przeczytałem kilka recenzji amerykańskich, które tylko częściowo pokrywały się z moimi odczuciami. Potem trafiłem na sporą liczbę recenzji polskich czytelniczek. Piszę czytelniczek, ponieważ wszystkie napisane były przez kobiety. Po ich lekturze doszedłem do wniosku, że owszem, wiele z nich trafia w swoich opiniach w sedno, ale żadna w całości nie pokrywa się z tym, co sam czuję. Dopiero czytając Pana recenzję stwierdziłem, że ubrał Pan w słowa emocje, które przeżywałem czytając powieść. Ba, muszę się przyznać, że czytając ostatnie dwieście stron też poczułem głęboką niechęć do autorki, że nie pozwoliła Jude’owi i Willemowi na dalsze „szczęśliwe lata”, że unicestwiła ich szczęście w tak brutalny sposób. Z drugiej strony, obawiam się, że gdyby tego nie zrobiła, książka najpewniej przeszłaby bez echa jako kolejny romans z trochę nietypowymi bohaterami, który kończy się typowym „…i żyli długo i szczęśliwie”. To tragiczne zakończenie przypomina mi „Brokeback Mountain”, tyle tylko, że (według mnie) „Małe życie” nie jest powieścią o związku gejowskim, mimo że jest o związku dwóch mężczyzn.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *