Jeśli rzeczywiście jesteśmy ludźmi – Gianfranco Rosi – “Fuocoammare. Ogień na morzu” [recenzja]

fuocoammare

W niektóre rzeczy niełatwo uwierzyć. Siedząc w ciepłych domach ze świadomością, że oto żyjemy w XXI wieku, jesteśmy bezpieczni, niestraszne nam średniowieczne choroby i toczone niegdyś straszne wojny, które pogrążały cały świat w chaosie, nie możemy dać wiary temu, że gdzieś tam, u wybrzeży malutkiej włoskiej wyspy toczy się prawdziwa walka o życie, rozpoczęta o wiele wcześniej, w Afryce, która nie pozostawiła swoim mieszkańcom wyboru. Ale tak się dzieje. Z wód, które okalają Lampedusę, co rusz wyławiane są zwłoki imigrantów, którym nie udało się spełnić marzenia o ucieczce z piekła; ucieczce, która zakończyłaby się stałym schronieniem i nowym, szczęśliwym życiem. Dokument Fuocoammare. Ogień na morzu, który w Polsce ukazał się pod patronatem medialnym Głosu Kultury, to cicha, niemal milcząca opowieść o tych ludziach i o mieszkańcach wyspy. O dwóch różnych światach, istniejących na wspólnej, tak niewielkiej powierzchni.

Długość Lampedusy to około 9 kilometrów, szerokość – mniej więcej 3. To naprawdę niewielka wyspa, na której według szacunków żyje nieco ponad 6 tysięcy mieszkańców. Jednak liczba nielegalnych imigrantów z Afryki stale rośnie. Uciekają, szukając lepszego życia; uciekają, bo często nie mają innego wyjścia. Uciekają, bo – jak śpiewa jeden z tych, którym się udało – czasami nie podjęcie ryzyka jest największym ryzykiem. Na wyspie, do której przybijają wycieńczeni i schorowani uciekinierzy, żyje Samuel – chłopak, który stawia właśnie swoje pierwsze kroki w połowach. Wciąż uczy się tego, jak przetrwać wiele godzin na kołyszącej łodzi targanej niepogodą i wciąż pracuje nad tym, aby jego żołądek traktował takie kołysanie jako coś normalnego i nie reagował torsjami. Widz towarzyszy chłopakowi w różnych, zwyczajnych wydarzeniach z jego życia. Obserwujemy jego wizytę u okulisty, który stwierdza “leniwe oko”, podglądamy, jak razem z przyjacielem, strzelają z ręcznie robionych proc do sukulentów, którym najpierw wycięte zostają oczy i usta. Jesteśmy świadkami jego nauki angielskiego w szkole, towarzyszymy podczas rodzinnego obiadu. To zwykłe życie mieszkańca Lampedusy skontrastowane zostaje ze zdjęciami, które pokazują łodzie po brzegi wypełnione imigrantami. Niektóre zdjęcia są jedynie straszne, inne – wręcz drastyczne. Warunki, w jakich przybywają na wyspę, która jest przystankiem w drodze do lepszego życia, są nieopisywalne. Wielu z nich umiera podczas podróży – z odwodnienia, z głodu, w wyniku poparzeń, które tworzą się poprzez wylewającą się ropę wsiąkającą w ich ubrania i przedostającą się w ten sposób do skóry. Tracą nadzieję, bliskich, zdrowie. Tracą wszystko, by zyskać jedno – normalne życie.

ogien-na-morzu-dwa

A normalne życie prowadzi właśnie Samuel – tak jak jego ojciec i babcia. Tak jak starsza kobieta, która za sprawą audycji radiowej dedykuje swojemu synowi utwór zatytułowany Fuocoammare. Te dwie różne sytuacje zostają postawione naprzeciw siebie, dzięki czemu widz jest w stanie zrozumieć przepaść, jaka je dzieli. Na początku jednak takie postawienie sprawy przez Gianfranco Rosiego wydaje się niezrozumiałe. Bo jak to – tuż obok rozgrywa się dramat, rokroczne do wybrzeży Lampedusy dociera 150 tysięcy uchodźców, często w krytycznym stanie, a my przez większość filmu oglądamy spokojne życie pewnego chłopca? Ale tak to właśnie wygląda – na maleńkiej wyspie rozgrywa się dramat, a kilka kroków dalej ktoś prowadzi zupełnie zwyczajne życie, jakby nic się nie działo. No, może niekiedy odczuwa dziwny, niesprecyzowany niepokój. Tak właśnie działa świat i reżyser bardzo sprawnie i dosadnie pokazuje to swoim filmem. Rosi dochodzi zresztą do słusznego wniosku, że tragedia, jaka rozgrywa się na morzu, rozpoczęta w Afryce, a kończąca się dla niektórych po drodze, dla innych na Lampedusie, a dla szczęśliwców w różnych miastach Europy, jest na tyle wymowna, że staje się dokumentalnie samodzielna. Niepotrzebny jej żaden komentarz, nie wymaga żadnych pytań i żadnych odpowiedzi. Wystarczy się rozejrzeć, zobaczyć zapłakane twarze, wychudzone ciała, zwłoki, które zabiera lub oddaje woda, drżące kończyny, wystające żebra, nierozumiejący, błędny wzrok, poszarpane, przemoczone ubrania.

Dlatego Rosi nagrywa swój film w ciszy. Niektórym może nie odpowiadać taka forma dokumentu, ale bywają sytuacje, kiedy wydaje się ona jedyną właściwą. Długie ujęcia, niemal niezmieniające się przez kilkanaście sekund kadry, podpatrywanie zwykłych czynności – to wszystko tworzy prawdę, niemy reportaż z tego, co widać jak na dłoni. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie patrzeć. A kiedy już wiemy – nie chcemy uwierzyć. Bo to, czego dostarcza nam film Fuocoammare. Ogień na morzu to prawda, na jaką chyba nie jesteśmy gotowi. Nie żyjemy w bezpiecznym świecie, a życie ludzkie nie jest wiele warte. Podczas gdy jedni zajadają się parującym spaghetti, inni walczą o życie na zatłoczonej łodzi, na której brakuje zarówno wody, jak i powietrza. Ci, którzy zapłacili najmniej, płyną “trzecią klasą”, a więc pod pokładem. To oni podczas podróży giną najczęściej. Giną zgnieceni, przytłoczeni – zarówno dosłownie, jak i w przenośni.

ogien-na-morzu-trzy

W filmie niewiele się mówi, bo obraz jest wystarczająco wymowny, ale są momenty, kiedy pewni ludzie dochodzą do głosu. Poza Samuelem i jego ojcem, jest to miejscowy lekarz, który ze względu na przybywających na wyspę uchodźców widział już wiele. Zbyt wiele. Jednak jak sam przyznaje, ludzka tragedia, śmierć i okrucieństwo losu to nie jest widok, do którego można przywyknąć. I choć nierzadko zajmuje się ciałami ciężarnych kobiet, malutkich dzieci, wychudzonych mężczyzn – za każdym razem ten widok go szokuje i sprawia ból. To właśnie ten lekarz wypowiada zdanie, które najbardziej zapada w pamięć i które koresponduje z rozpoczynającymi film wołaniami o pomoc, wyłaniającymi się gdzieś z ciemnej nocy na morzu. Doktor mówi, nie patrząc w kamerę – Jest naszym obowiązkiem, jeśli rzeczywiście jesteśmy ludźmi, pomóc im. Jeśli rzeczywiście jesteśmy ludźmi… Poddanie w wątpliwość naszego człowieczeństwa jest tu całkowicie na miejscu. Duma z bycia człowiekiem pryska gdzieś w obliczu takich widoków, takich informacji i tragedii. Może nie ja, nie Ty osobiście przyczyniliśmy się do dramatu tych ludzi, ale jednak człowiek. I tylko człowiek może to naprawić, tylko on może pomóc. Jeśli rzeczywiście jesteśmy ludźmi. Wypadałoby słowu “człowiek” ponownie nadać pozytywnego znaczenia.

Żaden człowiek w tym filmie nie patrzy prosto w kamerę. To istotne, bo podkreśla, że Gianfranco Rosi nie próbuje w jakikolwiek sposób ingerować w tę historię, nie próbuje jej zmieniać, ani nawet ustawiać dla niej najlepszego do wybrzmienia miejsca. On jedynie rejestruje to, co się dzieje. Pozwala patrzeć nam na twarze ludzi, widzieć je w pełni, ale niemal nigdy ci ludzie nie patrzą na nas. Nawet kiedy Samuel rozmawia z ojcem na łodzi, twarz starszego mężczyzny widzimy odbitą w lustrze. Obserwujemy, ale to wszystko. Obserwujemy, ale właśnie dzięki temu mamy możliwość przynajmniej spróbować zrozumieć, co się dzieje na tym malutkim świecie, gdzie jedni żyją tak, jak od lat żyli ich przodkowie – łowiąc ryby, słuchając radia i ścieląc łóżka, a drudzy z każdym oddechem walczą o to, by te proste i zwykłe czynności były im jeszcze kiedykolwiek dane.

ogien-na-morzu-cztery

Fuocoammare. Ogień na morzu to cichy, niemal niemy dokument, ale wyostrza to każdy płacz, każdy jęk i każde błagalne spojrzenie kolejnego imigranta. Ten brak komentarza, brak oceny i zestawienie ze zwykłym życiem mieszkańców, które toczy się wciąż swoim rytmem niczym na obrazie Bruegla przedstawiającym upadek mitycznego Ikara, potęguje wszystko, co ów film miał pokazać. I znów, kolejny raz, znajdują potwierdzenie w rzeczywistości słowa, które kiedyś spisał Wystan Hugh Auden:

W sprawach cierpienia nigdy się nie pomylili

Starzy Mistrzowie: jak dobrze rozumieli jego człowiecze

Miejsce w świecie; to, że się zdarza w tej samej chwili,

Gdy ktoś inny je, wietrzy izbę albo gdzieś się ospale wlecze;

(…)

Mistrzowie nigdy nie tracili z oczu

Faktu, że najstraszniejsze męczeństwo spełnia się zawsze

Gdzieś w zapuszczonym kącie najdalszego planu,

Gdzie psy są wciąż zajęte psim życiem, a koń oprawcy

Ociera swój niewinny zad o pień platanu.

ogien-na-morzu-jeden

Fot.: Aurora Films

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: “Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: ‘towar drugiej klasy’ na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *