Początek desperacji – Joe Bonamassa – “Blues of Desperation” [recenzja]

bonamassa

Słuchając nowego albumu Joe Bonamassy, mam wrażenie, że ten muzyk trochę się pogubił w swojej w sumie niedługiej, lecz cholernie bogatej karierze. Bonamassa nagrał tyle dobrych, a kilka wybitnych płyt, że jego najnowsze dziecko – Blues of Desperation przy krążkach takich jak Sloe Gin czy Driving Towards the Daylight wypada dosyć ubogo. Niestety, dwunasty album amerykańskiego gitarzysty to jedyne porcja poprawnego, sprawnie zaaranżowanego i nagranego bluesa. Nic więcej, a może tylko aż tyle.

Blues of Desperation to drugi z kolei – po poprzedniku, czyli Diffrent Shades of Blue – album z czysto autorskim materiałem Bonamassy. I nie wiem, czy w tym właśnie nie tkwi diabeł całej tej sytuacji. Gitarzysta dał się na swoich albumach poznać jako doskonały interpretator bluesowej klasyki, lecz doskonale również wypadał, gdy brał się za niekoniecznie bluesowe standardy, czego wybitnym przykładem jest fenomenalna, chwytająca za serce ballada Sloe Gin, która oryginalnie została wykonana przez niejakiego Tima Curry’ego (aktora znanego z The Rocky Horror Picture Show i Opowieści z Krypty). Curry doskonale poradził sobie z kompozycją napisaną przez Boba Ezrina i Michaela Kamena, ale to Bonamassa uczynił z tego arcydzieło.

Niestety, muzyk zarzucił tego typu rozwiązania na swoich dwóch ostatnich płytach. Prawdę mówiąc, w ogóle bym nie zwrócił na to uwagi, gdyby nie to, że autorskie kompozycje Bonamassy na Blues of Desperation, są, najdelikatniej mówiąc, średnio udane. Niestety nie jest to poziom kawałków takich jak Discolated Boy czy tytułowego tracku z Driving Towards the Daylight. Jakby gdzieś z muzyka uszła para, natchnienie, talent do tworzenia nośnych, chwytających za serce melodii.

Nieźle się zaczyna, bowiem energetyczne boogie w postaci This Train z fajnymi przełamaniami gitar daje radę. Natomiast toporne riffowanie w Moutain Climbing już nie. Ja rozumiem, że Bonamassa lubi zatęsknić za czasami Black Country Communion, ale gospelowe chórki w refrenie sprawiają wrażenie, że sam muzyk nie wie, w którą stronę pójść. Natomiast singlowy Drive jest po prostu nudny. Owszem może się podobać smętna partia gitary, ale na litość boską, robić z tego aż sześciominutowy kawałek? Distant Lonesome Train wyróżnia jedynie potężna partia perkusji, natomiast szybki You Left Me Nothin’ But The Bill And The Blues przelatuje przez ucho tak sprawnie, że nic po nim nie zostaje w głowie.

Uspokajam, Bonammasa nie nagrał płyty beznadziejnej, bo podobać się mogą tradycyjne bluesiory, które muzyk tradycyjnie zamieścił na swojej płycie. Szczególnie kończący płytę dwunastotaktowiec What I’ve Know For A Very Long Time. Powiem szczerze, że nic specjalnego, ale po wynalazkach z przekroju całej płyty, naprawdę dobrze posłuchać czystego, nieskażonego niczym bluesa. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Bonamassa dalej doskonale wysmaża solówki na swojej gitarze, co dobitnie słychać w No Good Place For The Lonely. Szkoda, że z akustycznego grania Bonamassa umieścił na płycie tylko przyjemną, lekką, zwiewną, nieco beatlesowską The Valley Runs Low.

Joe Bonamassa – Drive (Official Video)

Obraz płyty ratują strzały ocierające się o geniusz. Z pewnością jest nim kompozycja tytułowa. Z głębokim, klawiszowym, mrocznym wstępem i fenomenalnym, nieco zeppelinowym riffem, powiedzmy z okolic albumu Physical Graffiti. Orientalne wstawki dodają kolorytu całości. Z kolei funkujący, z bogatym udziałem wokalistek How Deep This River Runs, to dowód, że nieskomplikowana piosenka posiadająca doskonałą melodię, w moment potrafi zawładnąć sercem słuchacza, szczególnie że drugą mocną stroną, obok tej wokalno-melodyjnej jest część instrumentalna ze środka, gdzie dwójka panów perkusistów obkłada swoje perkusje niczym John Bonham w When The Leeve Brakes

Szczerze mówiąc, nie rozumiem zachwytów co niektórych krytyków nad Blues of Desperation. Bonamassa zaproponował płytę najsłabszą od lat – pełną bałaganu stylistycznego, niezdecydowania muzyka, w którą stronę pójść, co spowodowało chaos i brak spójności, co z kolei odbija się negatywnie na ocenie całości. Są kompozycje wybitne, są i takie, o których nie chce się pamiętać. Co najgorsze, Blues of Desperation to kolejny w mojej ocenie album, po Diffrent Shades of Blue, który jedynie potwierdza, że Bonamassa ma problem z tworzeniem równych, czysto autorskich płyt. Muzyk zapowiadał, że jego nowe dzieło jest świadectwem rozwoju i progresu jako muzyka i jako artysty. Niestety, ja zaczynam widzieć muzyka pogubionego i chyba trochę już wypalonego.

Fot.: Provogue

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Gustuje w każdym gatunku oprócz rapu, jednak im większy gitarowy hałas, tym lepiej. Z każdą kolejną recenzją coraz bardziej złośliwy, krytyczny i cyniczny. Jeśli boisz się krytyki albo jej nie lubisz - odpuść sobie. W sprawie kontaktu proszę pisać na: redakcja@gloskultury.pl lub pozar.j@gmail.com. Zachęcam do kontaktu szczególnie młode, debiutujące zespoły, kontaktujcie się z nami i podsyłajcie mp3 - z pewnością napiszę parę słów o Was!

2 komentarze

  1. Tamal napisał(a):

    Przeczytałem recenzję, przesłuchałem płytę i mam wrażenie, że pan “recenzent” pisząc o niej tak a nie inaczej chciał zwyczajnie zwrócić na siebie uwagę, bo nie posądzam go o aż tak daleko posunięty muzyczny analfabetyzm. No ale pisać każdy może itd

  2. waldek januszczyk napisał(a):

    Brawo Tamal .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *