Katharsis – Legumina – “Something Pasty and Probably Yellow” [recenzja]

legumina

Słuchając debiutanckiego krążka duetu Legumina, przez cały czas czuję pewny niepokój, że wchodzę nieco z buciorami w czyjeś prywatne życie. Skąd to uczucie, które mi towarzyszy podczas odsłuchu udanego debiutu tej formacji zatytułowanego Something Pasty and Probably Yellow? Zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Zacznę tajemniczo, mówiąc, że teksty zawarte na albumie, oscylują wokół tematyki damsko-męskiej. A na Leguminę składa się duet złożony z wokalistki oraz autorki tekstów, Mon Sadowskiej, i instrumentalisty, Marcina Grędy. Więc w czym tkwi w haczyk? Mon i Marcin byli przez lata w związku, po czym się rozstali i… postanowili nagrać płytę, w której zamkną swoje kilkuletnie doświadczenia oraz przy okazji dokonają swoistego rozliczenia z przeszłością, który ma się tym samym przełożyć na lepszą przyszłość. Ciekawe, prawda? Niecodzienny pomysł na tematykę tekstów oraz na oczyszczenie atmosfery po zakończeniu związku.

Pierwsza moja myśl, gdy pozałem z notki prasowej tematykę albumu, była taka, że może być on pełen mroku, gniewu, złości, a ciepłych dźwięków uświadczymy jak na lekarstwo. No cóż, byłem w błędzie i chyba nie doceniłem dojrzałości muzyków tworzących Leguminę. Trudno ocenić, na ile to zasługa ciepłego, matowego głosu wokalistki, a na ile zasługa świetnie zaaranżowanych kompozycji wypełnionych przyjemną, ciepłą, absolutnie nienachalną elektroniką. Słucha się tego fantastycznie, już od rozpoczynającego płytę (Not That) Yellow, szczególnie wpasowującego się w te zimne, jesienno-zimowe dni. Nawet jeśli są delikatne zgrzyty, jak Happiness Isn’t Happiness Without A Violin-Playing Goat, to kolejny track przenosi nas w niebiańskie rejony (Elementary).

Mówię dużo o cieple, niebiańskich klimatach, a mając na uwadze tematykę albumu, może być to zaskakujące. No cóż, z tekstów wyziewa smutek, żal, wiele tutaj jeszcze niezagojonych ran i tych raczej złych emocji. No właśnie, w historii muzyki możemy wyliczyć mnóstwo przykładów albumów, stworzonych po tym, jak artysta się z kimś rozstał i przeważnie mamy na nim płacz, krzyk, rozdzieranie szat; często wręcz jest to przesadzone, teatralne, zagrane pod publiczkę, która łatwo kupuje tego typu łzawe historyjki. Więc kiedy słucham takiego Phila Collinsa, który jęczy, że przechodzi przez trzeci rozwód, to już tego nie kupuję, bo wiem, że liczy na “łatwy hajs”. A Legumina to ludzie tacy jak my, chcący podzielić się swoją historią, przy okazji pomagając sobie nawzajem. Stąd nie dziwi właśnie taki dobór materiału i stylistyki, która krąży wokół avant-popu, dźwięków rodem z wytwórni 4LD, lo-fi i filmów Lyncha (podejrzewam, że nieprzypadkowo pojawiły się sowy w książeczce dołączonej do albumu). Owszem, nastrój płyty, gdy człowiek niekoniecznie skupi się na tekstach, zwodzi, prowadzi na manowce, może wręcz nas oszukać, dlatego to jest płyta, która niekoniecznie sprawdzi się w drodze do pracy, ale idealnie zagra nam w domowym zaciszu i najlepiej z tekstami w ręku. Wtedy docenimy ten szczery kawałek, nie bójmy się powiedzieć, sztuki.

Fot.: Legumina

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Gustuje w każdym gatunku oprócz rapu, jednak im większy gitarowy hałas, tym lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *