Stary Rosomak i może – James Mangold – „Logan: Wolverine” [recenzja]

Logan

Jak godnie pożegnać się z fanami oraz z postacią, z którą jest się utożsamianym od siedemnastu lat? Wie to na pewno Hugh Jackman, który pazury z adamantium odkłada w końcu na półkę, jednocześnie dając nam piękny prezent pożegnalny w postaci filmu Logan: Wolverine. James Mangold, reżyser tego widowiska (a także twórca poprzedniej produkcji z Rosomakiem w roli głównej, która nawiasem mówiąc, była całkiem udana), serwuje nam obraz pełen melancholii, brudu i krwi, w samym środku którego znajduje się dwóch starych ludzi i jedna mała dziewczynka stanowiąca ich doskonały kontrapunkt. Logan w pewnym momencie traci nieco ze swojego rozpędu i gdyby nie trochę odstający od reszty trzeci akt, byłby to film doskonały. A tak, jest „zaledwie” świetny.

Jest rok 2029. Od wielu lat nie rodzą się już nowi mutanci, a tych, którzy pozostali, można zliczyć na palcach jednej ręki. Brudny, zakurzony i wysuszony na wiór Teksas stał się azylem dla trójki zmęczonych życiem superbohaterów. Logan dorabia sobie jako kierowca limuzyny do wynajęcia, starając się zarobić na utrzymanie i leki dla dziewięćdziesięcioletniego Profesora Xaviera (Patrick Stewart), dotkniętego demencją i alzheimerem. Tej dwójce pomaga Caliban (Stephen Merchant), mutant, którego zdolnością jest tropienie innych mutantów i swego czasu przyczynił się do schwytania i zgładzenia wielu swoich pobratymców. Teraz, niejako w ramach pokuty, Caliban zajmuje się stetryczałym telepatą, którego ataki telekinetycznej padaczki potrafią narobić sporo problemów. Cała trójka zachowuje się jak swego rodzaju dysfunkcyjna, patologiczna rodzina, w której zajmujący się „domem” Caliban, ma do Logana pretensje, że ten przynosi za mało pieniędzy i leków. W odpowiedzi Rosomak miewa ataki agresji, tęgo popijając z butelki. Na nim czas także odcisnął swoje piętno. Do tej pory znaliśmy go jako niemal niezniszczalnego bohatera, który ze względu na swoje zdolności regeneracyjne żył o wiele dłużej niż inni ludzie (w związku z czym tak naprawdę jest o wiele starszy od Xaviera). Lecz w końcu i niepokonanego Wolverine’a dopadła starość, jego moce nie są już tak silne jak niegdyś, rany goją się o wiele dłużej, nawet pazury niekiedy nie wysuwają się na pełną długość i trzeba im pomóc ręcznie. Między wierszami wyczytać można, że prawdopodobnie od środka zżera go także rak, wywołany wszczepionym w szkielet adamantium.

Niemal z każdego kadru tych pierwszych minut emanuje straszny smutek i tęsknota za minionymi czasami. Żal ściska serce, kiedy patrzymy na niegdysiejszego Profesora X, najpotężniejszego telepatę na Ziemi, który nie wie, co się z nim dzieje, trzeba mu pomagać w toalecie i mieszka w przewróconym, pustym zbiorniku wodnym, izolującym jego niekontrolowaną moc. Równie smutno robi się na widok Logana, przewożącego rozwydrzonych idiotów na imprezy i głupkowate, pijane babki na wieczory panieńskie. Wszystko zmienia się jednak w momencie, kiedy pewna kobieta zwraca się do niego o pomoc, wołając go jego dawnym przydomkiem. Logan oczywiście z początku jest agresywny i niechętny do jakiegokolwiek działania, lecz jego los tak czy inaczej musi spleść się z losem Laury (debiutująca na ekranie Dafne Keen), małej dziewczynki, która – jak się szybko okazuje – jest do niego bardzo podobna pod wieloma względami. Niestety ich tropem podążają najemnicy, którym bardzo zależy na odzyskaniu Laury, zbiegłej z ośrodka badawczego, gdzie przeprowadzano eksperymenty na dzieciach.

Schyłkowy, westernowy klimat towarzyszy Loganowi niemal na każdym kroku, zarówno pod względem stylistycznym i muzycznym, jak i fabularnym. To taki Jeździec znikąd (nie przypadkiem fragmenty tego filmu oglądają Xavier i Laura) i Bez przebaczenia w realiach superbohaterskich. Stary rewolwerowiec musi jeszcze raz poderwać swoje pistolety i po raz ostatni rozprawić się ze złoczyńcami, jednocześnie ratując dziewczynę. Choć w tym przypadku zamiast rewolwerów mamy adamantowe pazury, formuła pozostaje ta sama i mimo faktu, że sama w sobie stanowi filmową kliszę, to jest to bardzo chwytliwa klisza, która chwyta za serce i gardło. Produkcji na pewno pomogło też zwiększenie kategorii wiekowej, dzięki czemu Logan staje się bezkompromisowy, brutalny i mroczny. Ten film nie bierze jeńców, pazury przeszywają czaszki, odcięte głowy latają w powietrzu, a krew leje się strumieniami (najwyraźniej wytwórnia Fox wyciągnęła odpowiednie wnioski z Deadpoola). W końcu w pełni możemy zaobserwować, jak brutalną i morderczą maszyną do zabijania jest Wolverine, nawet kiedy jest na emeryturze.

Jak już wspominałem we wstępie, film byłby doskonały, gdyby nie pewne motywy z ostatnich (około) trzydziestu minut. Cała oś fabuły opiera się na dostarczeniu Laury z Teksasu do Północnej Dakoty, gdzie rzekomo znajduje się azyl dla mutantów. Kiedy docieramy już mniej więcej do tego momentu w scenariuszu, film traci trochę swój westernowy urok ostatniego rewolwerowca, na rzecz klimatów bardziej X-Menowych. Niemniej jednak zakończenie (którego nie zdradzę, nie obawiajcie się) jest idealne i jedyne, jakie mogło być, a Logan zdecydowanie jest najlepszym filmem z całej serii spod znaku X. Czapki z głów – to było naprawdę piękne pożegnanie panowie Jackman i Stewart, będę za Wami tęsknił.

Fot.: Imperial – Cinepix, Twentieth Century Fox Film Corporation, Marvel Entertainment

Michał Bębenek

Zamieszkały w Gdańsku planszówkowy zapaleniec. Miłośnik klimatów grozy w każdej formie. Właściciel pluszowego Cthulhu. Odpowiedzialny między innymi za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *