Boska utopia – Alan Moore – “Miracleman” [recenzja]

Miracleman

Najważniejsza historia o superbohaterach, której fani nigdy nie przeczytali – tymi słowami rozpoczyna się wstęp wprowadzający polskich czytelników w niezwykły świat Miraclemana. Jest w tym zdaniu wiele prawdy, ja bowiem, mimo że nie uważam się za całkowitego komiksowego laika, nigdy o tej serii nie słyszałem, a po skończeniu lektury jeszcze długo siedziałem z otwartą gębą, myśląc o tym, jak genialna i wizjonerska była ta historia. Tym bardziej zaskakuje fakt, że tzw. „pierwotny scenarzysta” zdecydował się całkowicie usunąć z niej swoje nazwisko (nie do końca jasne są powody, najprawdopodobniej poszło jednak o honorarium i prawa autorskie). Scenarzystą tym bowiem jest człowiek, którego fanom komiksów nie trzeba specjalnie przedstawiać – Alan Moore. Tym, którzy jakimś cudem nie kojarzą tego nazwiska, wspomnę tylko, że jest to autor wielu kamieni milowych w historii komiksu, odpowiedzialny za chociażby takie kultowe tytuły jak Strażnicy, V jak Vendetta czy Batman: Zabójczy żart. Miracleman był jedną z jego pierwszych historii, lecz nawet debiutujący Moore potrafił pokazać swój kunszt i opowiedzieć historię robiącą wrażenie na czytelniku do dzisiaj.

Miracleman nie był postacią oryginalną, pojawił się na kartach magazynów komiksowych już w latach 50. Stworzony przez Micka Anglo superbohater, który wtedy jeszcze nazywał się Marvelmanem, przeżywał swoje dość naiwne i kolorowe przygody na ówczesną modłę, podobną do wielu innych obrazkowych historyjek pokroju wczesnego Supermana. Postać ta zostałaby zapomniana, gdyby nie Dez Skinn, redaktor magazynu komiksowego Warrior, który na początku lat 80., wraz ze stawiającym pierwsze kroki scenarzystą, Alanem Moorem, postanowili wskrzesić Marvelmana, nadając mu jednocześnie nieco bardziej mroczne i realistyczne cechy. A kiedy za coś takiego bierze się człowiek pokroju Moore’a, należy spodziewać się czegoś genialnego. Niestety, wkrótce nieporozumienia między oboma panami oraz pogróżki prawne ze strony wydawnictwa Marvel Comics (które nie życzyło sobie wykorzystywania swojej nazwy w pseudonimie superbohatera, szczególnie że mieli już swojego własnego Kapitana Marvela) sprawiły, że Marvelman, którego pospiesznie przemianowano na Miraclemana zniknął z rynku. Dopiero w drugiej połowie lat 80. prawa do postaci odkupiło amerykańskie wydawnictwo Eclipse Comics, które dogadało się z Moorem i dokończyło historię bohatera. Moore dostał możliwość zamknięcia tej opowieści na swoich własnych warunkach, a schedę po nim przejął inny, wtedy również początkujący w branży autor, niejaki Neil Gaiman (późniejszy twórca Sandmana i wielu znakomitych powieści). Wróćmy jednak do Alana Moore’a, bowiem to jego wersja Miraclemana znalazła się w wydanym u nas przez Mucha Comics zbiorczym albumie.

Miracleman rozpoczyna się prologiem osadzonym w szczęśliwych i naiwnych latach 50., przedstawiając jedną z przygód niepokonanego, tytułowego superbohatera oraz jego niezwykłej „rodziny” – Young Miraclemana i Kid Miraclemana. Cała trójka ściera się z przybywającymi z przyszłości członkami Naukowego Gestapo, których celem jest standardowe przejęcie władzy nad światem. Miraclemani bez problemu spuszczają im tęgi łomot, jednocześnie, bez żadnych konsekwencji, przenosząc się w czasie. Ta z założenia prosta historyjka, narysowana w charakterystycznym dla tego okresu stylu, doskonale wprowadza czytelnika w klimat, który zaraz po tym wstępie jest konsekwentnie dekonstruowany; zostajemy rzuceni w lata 80. (czyli współczesne dla momentu, kiedy komiks po raz pierwszy się ukazał), a opowieść z każdą stroną staje się coraz cięższa i mroczniejsza. Poznajemy Mike’a Morana, ponadczterdziestoletniego reportera, który zarabia na chleb, przyjmując dorywcze zlecenia. Morana od jakiegoś czasu męczą koszmary senne, w których ginie w eksplozji nuklearnej, a tuż przed przebudzeniem wypowiada jakieś słowo, którego nie jest w stanie sobie przypomnieć na jawie. Niedługo później splot wydarzeń doprowadza Morana do sytuacji, w której owo słowo pojawia się w jego umyśle (Kimota!) i wypowiedziane na głos okazuje się czynnikiem wyzwalającym przemianę w Miraclemana, który triumfalnie powraca po trzydziestu latach nieobecności.

To, co później Moore wyprawia z postacią Miraclemana, zakrawa na przejaw czystego geniuszu. Twórca bowiem stawia zarówno bohatera, jak i jego bliskich, a także czytelników, wobec bardzo realistycznych problemów, ścierając ze sobą z pozoru beztroskie życie superbohatera, z brutalną rzeczywistością. Należy przy tym pamiętać, że był to początek lat 80. Strażnicy dopiero mieli nadejść, a tak popularna teraz dekonstrukcja superbohaterów oraz osadzanie ich w mrocznych i realistycznych historiach było odległe jeszcze o wiele lat. Moore stawia tutaj niezwykłe pytania, jak chociażby kwestia bohatera w kolorowym trykocie, posiadającego niemal boskie moce, który w pewnym momencie stawia się właśnie w roli boga, zmieniając świat według własnego przekonania i tworząc na Ziemi utopię. Równie nowatorskie podejście zastosowane zostało w przypadku stereotypu superzłoczyńczy – arcywroga naszego bohatera, który zawsze dostaje sprawiedliwy łomot, a jego plan opanowania planety spala na panewce, do czasu kolejnego spotkania. W Miraclemanie superzłoczyńca nie jest postacią jednoznaczną, jest to bowiem bohater niegdyś dobry, który w wyniku okoliczności stał się prawdziwym psychopatą, owładniętym żądzą krwi. Jego pierwszy pojedynek z Miraclemanem jest bardzo brutalny i nie brakuje przypadkowych ofiar, jednak nadal jest tylko igraszką w porównaniu z kolejnym starciem, które zmiata z powierzchni ziemi niemal cały Londyn, zostawiając po sobie zgliszcza, krew i części ciał. Kadry przedstawiające konsekwencje ich pojedynku, wywołują szok nawet dziś, pokazując dantejskie sceny stanowiące upiorne połączenie holocaustu z najgorszymi koszmarami prosto z piekła. W Miraclemanie zobaczymy też zdecydowanie najbardziej realistyczną i obrazową scenę porodu, kiedy na świat przychodzi córeczka naszego bohatera. Jakby tego było mało, Alan Moore był prawdziwym wizjonerem, bezbłędnie przewidującym przyszłość. Spójrzmy chociażby na taki cytat, będący częścią boskiej utopii Miraclemana:

Komputery i sieci telekomunikacyjne sprawiły, że ziemia stała się miejscem, w którym odległość przestaje mieć znaczenie. (…) Nie ma już miast pojmowanych jako skupiska miejsc pracy i rojowiska ludzi żyjących w ścisku. Ekrany mogą przenieść biuro do każdego domu. W elektronicznym państwie nie ma granic – z żartu opowiedzianego w Aberdeen śmieją się mieszkańcy Japonii. Informacje i pieniądze stają się impulsami, niematerialnymi strumieniami okrążającymi ziemię, przepływającymi z prędkością myśli – z prędkością, przy której poprzedni bogowie zdają się stać w miejscu.

Przypominam, że tekst ten Moore napisał w latach 80., na długo przed upowszechnieniem się Internetu (obecnie znajdującego się w niemal każdym domu), bankowości elektronicznej czy pracy zdalnej.

Innym cytatem, który warto tutaj przytoczyć i który zrobił na mnie osobiście niesamowite wrażenie jest:

Przyszłość dokonuje inwazji na teraźniejszość, wznosząc przyczółki w naszym języku, w naszej architekturze, aż w końcu znajdujemy się pod okupacją jutra, które detronizuje historię.

Wszystko to pokazuje, jak niezwykłym komiksem jest Miracleman,  który udowadnia, że historie o superbohaterach to nie tylko naiwne bajeczki dla dzieci; dzieło Moore’a zdecydowanie przeznaczone jest bowiem dla dojrzałego czytelnika. Jest to na pewno pozycja, która zasługuje na większy rozgłos i którą powinien poznać każdy szanujący się miłośnik komiksów, aczkolwiek uważam, że jest to historia, która trafi nie tylko do odbiorców tego obrazkowego medium. Miracleman to bardzo mocna i bezkompromisowa opowieść, którą warto poznać.

Pod przykrywką kolorowego trykotu znaleźć można o wiele głębsze warstwy i momenty, które zrobią wrażenie nawet na największych wyjadaczach. W moim przypadku, Miracleman od razu wskoczył na bardzo wysoką pozycję w osobistym rankingu najlepszych komiksów wszechczasów i mogę polecić go z całego serca. Teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że Mucha Comics uraczy czytelników kolejnym tomem przygód Miraclemana, tym razem tych autorstwa Neila Gaimana.

Fot.: Mucha Comics; Wszystkie cytaty w przekładzie Tomasza Sidorkiewicza

Michał Bębenek

Zamieszkały w Gdańsku planszówkowy zapaleniec. Miłośnik klimatów grozy w każdej formie. Właściciel pluszowego Cthulhu. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *