Kij w mrowisko – Tarik Saleh – “Morderstwo w hotelu Hilton” [recenzja]

Morderstwo w hotelu Hilton

Lubię, gdy filmowcy potrafią mnie czymś zaskoczyć. Lubię te momenty, gdy jestem święcie przekonany, że nic mnie w danej produkcji nie zdziwi, a nagle okazuje się, że twórcy wykraczają poza ogólnie przyjęte ramy gatunku i dają nam coś więcej niż kolejną historię o tym samym, ale dziejącą się w innej scenerii niż dotychczas. Zarówno zwiastun, opis dystrybutora, plakat jak i tytuł filmu Tarika Saleha niejako nasuwają widzowi myśl, że prezentowana historia raczej w żaden sposób nie będzie w stanie zaoferować nam nic nowego i na bazie tych szczątkowych informacji na seans wybiorą się tylko najbardziej zagorzali fani gatunku oraz entuzjaści kina bliskowschodniego. Nic bardziej mylnego – Morderstwo w hotelu Hilton nie wiedzieć kiedy wybiega daleko poza ramy sztampowego kryminału oblanego stylistyką noir, oferując widzowi przeżycie znacznie bardziej złożone i głębsze emocjonalnie, dlatego nie powinno dziwić, że film ten stał się rewelacją tegorocznego Festiwalu Sundance. Dystrybutorem Morderstwa w hotelu Hilton jest Aurora Films, natomiast Głos Kultury objął produkcję patronatem medialnym.

Skąpany w brudnej, wręcz gęstej od mroku emocjonalnego stylistyce film Saleha nabiera mocy z czasem; jest niczym maratończyk, który potrzebuje chwili na złapanie odpowiedniego rytmu, dlatego pierwsze minuty – choć niezwykle istotne i napędzające całą dalszą akcję – są dość ospałe i niekoniecznie przystępne dla odbiorcy, który nastawia się na kryminał z krwi i kości. Nie bez powodu zagraniczni krytycy z lubością nadużywają w odniesieniu do Morderstwa w hotelu Hilton określenia noir – dzieło urodzonego w Szwecji Egipcjanina garściami czerpie z tej stylistyki, dopisując swój rozdział do gatunku, który lata świetności ma niestety za sobą, ale może dzięki takim projektom jak omawiany tu film oraz takim ludziom, jak Tarik Saleh zacznie przebijać się do głównego nurtu, bądź przynajmniej zagości na ekranach częściej niż dotychczas. Mamy więc genialnie skomponowaną, niepokojącą, stonowaną muzykę Krister Linder, atmosfera jest pozornie senna, a wszystkie wydarzenia dzieją się jakby podskórnie, główny bohater to człowiek, któremu z pewnością nie powierzylibyśmy naszego życia, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że w ciemnej alejce na jego widok przyśpieszylibyśmy kroku, a otoczenie, w którym przyszło pracować policjantowi Noredinowi, to brudne, skorumpowane siedlisko karierowiczów, w którym największą zbrodnią jest własne, wypowiedziane na głos zdanie. Do pełni szczęścia brakuje jedynie femme fatale, ale w początkowej fazie filmu drobną część jej zadania spełnia zamordowana w hotelu Hilton kobieta, której śmierć jest narzędziem do ukazania moralnego zepsucia oraz upadku systemu.

Dramat polityczno-społeczny początkowo ukazany niejako w tle tytułowego morderstwa idealnie przenika przez istotniejsze dla głównego bohatera wydarzenia, by finalnie stać się epicentrum wszystkich wydarzeń, co z pewnością od samego początku było głównym zamierzeniem twórców. Rewolucja w Egipcie zebrała krwawe żniwo i przyszło za nią zapłacić bardzo wysoką cenę, aby obywatelom żyło się lepiej, a postrzegany jako główny winowajca prezydent Mumbarak poddał się do dymisji. Mimo iż od tego wydarzenia minęło już 6 lat, temat wciąż jest dla Egipcjan niczym jątrząca się rana, co widać po sposobie, w jakim rewolucja została sportretowana w filmie Saleha. W środku tego chaosu stoi Noredin, któremu przyjdzie podjąć niezwykle trudną decyzję, co podkreśla bardzo wymowny finał.

Morderstwo w hotelu Hilton nie uderza w moralizatorskie tony – scenariusz bardziej chyli się ku nakreśleniu problemu oraz jego możliwie najwierniejszym ukazaniu i całą tę złożoność udało się uchwycić za sprawą głównego bohatera. Policjant jest człowiekiem raczej zdystansowanym, na swój sposób chłodnym i wypranym z emocji, dla którego żadną zbrodnią nie jest ograbienie zwłok zamordowanej w hotelu Hilton kobiety lub przyjęcie hojnych podziękowań ze strony władz hotelu. Gdy niedługo po całym zajściu mężczyzna dowiaduje się, że śledztwo zostało umorzone, a ofiara została uznana za samobójczynię, Noredin – wbrew nakazom wpływowego wuja – postanawia dotrzeć za kulisy tej sprawy, a pomóc w tym może mu tylko sprzątaczka, która widziała mordercę. W filmie nie uzyskujemy co prawda jednoznacznej odpowiedzi na temat motywacji głównego bohatera, ja jednak tłumaczę sobie to w ten sposób, że znający od podszewki skorumpowany system Noredin chciał wbrew wszystkiemu zaryzykować i zobaczyć, jak bardzo wbity w mrowisko kij poruszy znajdujące się w nim mrówki. Odgrywający tę rolę Fares Fares, będący obecnie na fali za sprawą nowych Gwiezdnych Wojen odpowiednio wczuł się w swojego bohatera, dzięki czemu przyjemnie ogląda się tego dość odpychającego policjanta. 

Najnowsza propozycja od Aurora Films to dzieło klimatyczne, uderzające w zmysły wszechobecnym brudem i zepsuciem, wywołujące przy tym spore wrażenia estetyczne. Mamy bowiem do czynienia z niezwykle udanym wymieszaniem stylistyki noir z próbą przedstawienia istotnych i bolesnych zmian społeczno-politycznych. Wynikiem tego eksperymentu jest smakowite, pełne drobnych smaczków kino gatunkowe, które nagrodzi widzów za spędzony przy nim czas.

Ocena: 7/10

Fot.: Aurora Films 

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel serwisu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych “Wielogłos”.

Specjalizuje się w literaturze (poza tradycyjną formą słucha audiobooków), kinematografii oraz w serialach telewizyjnych. Nie pogardzi dobrą muzyką, grami komputerowymi oraz wszelkiego rodzaju grami planszowymi.

Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *