Pomimo upływającego czasu i zmian, jesteśmy wciąż takimi samymi ludźmi – rozmowa z Wojciechem Powagą i Jackiem Kuderskim z Myslovitz

myslovitz

W 2012 roku zespół Myslovitz jaki znało i pokochało wielu fanów w naszym kraju, poniekąd przestał istnieć. Tak przynajmniej wydawało się tym, którzy nie wierzyli, że po odejściu Artura Rojka, którego głos kojarzyła cała Polska, formacja nadal może odnosić sukcesy. Tymczasem grupa ma się dobrze, nowy wokalista daje radę, a członkowie cieszą się na nowe wyzwania. O tym, jak zareagowali na odejście poprzedniego wokalisty, jak wyglądały poszukiwania nowego, ale także o wielu innych ciekawych rzeczach nasi redaktorzy porozmawiali z muzykami, założycielami Myslovitz, Wojtkiem Powagą i Jackiem Kuderskim, którzy okazali nam cierpliwość i wybaczyli (mamy nadzieję), nasze hiperbolizowanie :). Zapraszamy do lektury wywiadu.

Na początek pytania o historię zespołu. Pierwszy album został nietypowo, jak na warunki polskie, zrealizowany z producentem z zagranicy, Ianem Harrisem, pochodzącym zresztą z Manchesteru, który wówczas był kolebką brit rocka i siedzibą kapel takich jak chociażby Oasis. Opowiedzcie o tej kooperacji. Jak doszło do Waszej współpracy z Harrisem? Nie próbowaliście w ten sposób nawiązywać jakoś do sceny z Manchesteru?

Wojtek Powaga: Bardzo chcieliśmy brzmieć właśnie jak brytyjskie zespoły, w Polsce nie słyszeliśmy takich produkcji, nie znaliśmy ludzi i naturalne dla nas było poszukiwanie producenta z Wielkiej Brytanii. Jeden z naszych poprzednich managerów, Wojtek Słota, miał kontakty i ku naszej ogromnej radości, usiadł za sterami :). Wtedy byliśmy tak nakręceni, że wzięlibyśmy kogokolwiek, byle Anglika. Ian nie był typowym przedstawicielem manchesterskiego brzmienia, pracował z UK Subs, Joy Division. Lubił surowe, punkowe rzeczy i tak też nas wyprodukował.

Jacek Kuderski: Z Ianem poznaliśmy się w Katowicach-Ligocie w połowie lat dziewięćdziesiątych na koncercie francuskiego zespołu Sisi Ganpis, chyba jakoś tak się nazywali. Nagłaśniał ich koncert i znał się z naszym ówczesnym managerem Wojtkiem Słotą. Dogadaliśmy temat i nagrywał naszą debiutancka płytę. Nam wystarczało, że był z Manchesteru, bo wtedy byliśmy mocno zapatrzeni w rynek brytyjski.

Nie czuliście się przytłoczeni sukcesem Miłości w czasach popkultury? Wydaje się, że byliście wówczas największym zespołem rockowym w Polsce. Jak z tego tytułu pracowało się przy Korova Milky Bar?

Jacek: Raczej nie, ponieważ to była bardzo ważna płyta dla zespołu, to było być albo nie być. Wytwórnia dała nam jeszcze jedną szansę, ponieważ płyta Z rozmyślań przy śniadaniu nie odniosła sukcesu komercyjnego na  miarę  oczekiwań wytwórni.

Chcieliśmy dalej grać i nagrywać dla dużej wytwórni, więc pierwszy raz postanowiliśmy wyjechać poza Mysłowice, by tam zrobić materiał na nowa płytę. Zaszyliśmy się na kilka tygodni w górach, poświęcając się tworzeniu i muzyce oraz innym przyjemnościom.

Przy Korova Milky Bar w większości pracowaliśmy w czwórkę w wynajętej restauracji w Mysłowicach. Artur wtedy wydał Lenny Valentino i był myślami i sobą gdzieś indziej, aczkolwiek w pewnym momencie dołączył do nas, by zamknąć płytę. To był dość trudny dla nas okres.

Wojtek: Nie pamiętam żebyśmy odczuwali jakieś ciśnienie czy obciążenie, nie myśleliśmy w takich kategoriach. Parliśmy do przodu na zasadzie rozpędzonej kuli, robiliśmy swoje, to co najbardziej kochamy, swoją muzykę i nikt na szczęście nam w tym nie przeszkadzał.

Piosenka Długość dźwięku samotności uznawana jest dziś za Wasz największy przebój. Czy dziś, z perspektywy czasu, uważacie ją bardziej za swoje przekleństwo i gdybyście mogli cofnąć czas, nigdy by nie powstała, czy jednak jesteście z niej dumni i cieszy Was jej popularność?

Jacek: Jestem kompozytorem tej piosenki i uważam ją za duży sukces zespołu. To przecież między innymi dzięki niej zespół zarabia, ponieważ piosenka jest często grana w rozgłośniach radiowych. Powstała również wersja anglojęzyczna, która ukazała się w wielu krajach,  w niektórych również z dużym sukcesem.

Pamiętam, że kiedy przyniosłem ją na próbę reszta chłopaków dość sceptycznie i raczej chłodno ją potraktowała, tłumacząc że nie pasuje do zespołu itd. Jednak po nagraniu demo wytwórnia wskazała właśnie tę piosenkę jako pierwszy singiel. Zdecydowanie  bardzo dużym walorem tej piosenki jest tekst Wojtka Powagi, który pisze bardzo oryginalnie, ale potrafi doskonale trafić w gusta ludzi.

Wojtek: Bylibyśmy głupcami, uważając tą piosenkę za przekleństwo. Miedzy innymi dzięki niej jesteśmy tu gdzie jesteśmy i mamy za co lać benzynę do baku :). To bardzo przyjemna chwila koncertu, kiedy cała sala śpiewa i łechce nam ego :).

Wiele Waszych piosenek bądź tekstów nawiązuje do światowej oraz polskiej kinematografii. Często są to wręcz jednozdaniowe wtrącenia, które jednak kojarzą się tym, którzy dany obraz widzieli. Lubicie bawić się nawiązaniami?

Wojtek: Dla mnie każdy dobry film to podany na tacy, przepracowany przez reżysera, scenarzystę i aktora temat na tekst. To poniekąd z naszej/mojej strony pójście na łatwiznę, ale czemu nie korzystać z takich okazji, kiedy antenki uważności nastawione na odbiór i obserwację uczuć, zdarzeń bombardowane są emocjami. Bardzo lubię być inspirowany dobrym kinem, uwielbiam tę chwilę, kiedy wpada pomysł, głowa robi się gorąca, wszystko się w środku trzęsie, a ręce gorączkowo szukają czegoś do pisania, przyjemne uczucie… natchnienia.

Wasze teksty od zawsze były niezwykle egzystencjalne, nierzadko poruszaliście tematy związane z sensem istnienia, zagadnieniami metafizycznymi i tym wszystkim, co w ciągu dnia przechodzi człowiekowi przez głowę, ale czego dotknąć nie sposób. Czy wszyscy przykładacie rękę do tworzenia tych tekstów? Przynosicie je gotowe i niepodlegające dyskusji, czy jednak siadacie wspólnie nad takim utworem, przerzucacie się pomysłami, poprawiacie, zmieniacie?

Wojtek: Podczas pisania drugiej czy trzeciej płyty zauważyliśmy, że ludzie zwracają dużą uwagę na teksty, wcześniej nie były one dla nas takie ważne, więc pisaliśmy o rozganianiu dłonią chmur :))). Doszło do nas, że można coś mądrego w nich przekazać, opisać siebie, swoje uczucia demony. Jest to najłatwiejszy sposób na lirykę – prawda o sobie, swego rodzaju spowiedź. Na początku pisaliśmy właśnie w taki sposób, że siadaliśmy i przerzucaliśmy się pomysłami, wzajemnie się inspirując. Teraz teksty to prywatna wypowiedź autora, chyba z wiekiem wyostrzyły się charaktery albo pisanie stało się bardziej osobiste.

Padło już pytanie o kinematografię, do której niejednokrotnie nawiązywaliście, jednak sporo inspiracji – jak się wydaje – czerpiecie również z literatury, a wspomnieć tutaj można chociażby nawiązania do Myszy i ludzi czy Stu lat samotności. Choć nie jest to zjawisko pojedyncze, to na pewno nie ma na polskiej scenie muzycznej szerokiej skali. Uważacie, że przenikanie się, korespondowanie ze sobą różnych dziedzin sztuki – w tym przypadku muzyki z, chociażby, właśnie literaturą – to dobry sposób, by podzielić się z słuchaczami swoimi pasjami, godnymi polecenia tytułami?  A co, jeśli niektórzy nie wyłapią podczas słuchania tych analogii – czy wiele stracą?

Wojtek: Nie podchodzę do rzeczy, które cenię i które mi się podobają w sposób apostolski. Kiedyś traktowałem tak muzykę, chciałem wszystkim puszczać moje ulubione kawałki, zespoły, chciałem pracować w radio, żeby nawracać. Dzisiaj, kiedy piszę tekst inspirowany filmem czy literaturą, niechętnie się do tego przyznaję, mam lekkiego kaca moralnego, że zżynam, że sam nie potrafię zauważyć pewnych rzeczy. Przeczytałem kiedyś w jakimś poradniku, książce… mniej więcej takie zdanie: kiedy coś tworzysz, czytaj, oglądaj, spisuj, kradnij, inspiruj się wszystkim bez ograniczeń. No i… :).

Nieodżałowany Grzegorz Ciechowski również przemycał w swoich utworach wszelakie nawiązania do literatury, a w ten sposób  fani jego i Republiki, nawet po latach, byli mu wdzięczni za to, że dzięki niemu sięgnęli po takich autorów jak George Orwell czy Kurt Vonnegut. Będzie dla Was czymś ważnym i miłym, jeśli wywołacie podobny efekt wśród swoich fanów? Byłoby to efektem zamierzonym, założonym już przy tworzeniu utworu czy bardziej efektem ubocznym?

Wojtek: Nie jest to zamierzony efekt, a nazwanie go ubocznym… to jakoś pejoratywnie brzmi. Bardzo to miłe, kiedy ktoś przychodzi i mówi: pierwszy raz w życiu widziałem film Myszy i ludzie po przesłuchaniu waszej piosenki, piękny, to teraz jeden z moich ulubionych!

Czy po odejściu Artura Rojka los Myslovitz stał pod znakiem zapytania? Nie było gdzieś myśli, że strata charyzmatycznego lidera, może zwiastować bliski koniec zespołu?

Wojtek: Sama informacja o jego odejściu nas zszokowała. Pamiętam, że mieliśmy wtedy podpisanych dużo umów koncertowych i żeby wywiązać się z nich, bardzo szybko zabraliśmy się za poszukiwania wokalisty. Bardziej niż straty charyzmy baliśmy się tego, czy nowy da radę zaśpiewać wszystkie piosenki, ponieważ Rojas miał bardzo szeroką skalę głosu.

Głos Michała Kowalonka jest oczywiście inny od rozpoznawalnego dla całej Polski wokalu Waszego poprzedniego wokalisty, jednak można zauważyć, że obie barwy charakteryzuje jakieś ciepło, płynność w ostatecznym przekazie i pewna „gładkość”. Czy barwa Michała miała dla Was duże znaczenie przy wyborze nowego wokalisty, czy raczej kierowaliście się jego osobowością i tym, co wniesie do zespołu jako umysł i serce, a nie głos?

Wojtek: Przyjmując Michała do zespołu, nie wiedzieliśmy, jakim jest człowiekiem, jaką ma osobowość, za krótko się znaliśmy. Zależało nam na tym, aby odnalazł się w szerokiej gamie uczuć zawartych w naszych piosenkach, zarówno technicznie, jak i emocjonalnie, żeby umiał zaśpiewać Długość, Mooving, Good D.M.A. i Scenariusz dla Moich Sąsiadów. Okazało się, że to wcale nie takie proste. Jako jedyny dawał radę podczas przesłuchań.

Z informacji, które możemy znaleźć w sieci, wynika, że album 1.577 jest zaprzeczeniem procesu, w którym materiał płyty powstaje naprędce. Przykładaliście się, a każdy utwór był przemyślany i dokładnie zaplanowany. Czy teraz, kiedy minął już jakiś czas od premiery krążka, są jakieś decyzje z nim związane, których żałujecie? Coś zrobilibyście inaczej?

Wojtek: Do każdej płyty, do każdego utworu, który chcemy wydać przykładamy się bardzo mocno, jest to dokładnie przemyślana, ograna przez nas na próbach konstrukcja muzyczna a jeszcze bardziej tekstowa. Nie ma różnicy, czy to piosenki z Korovy, Nieważne Jak Wysoko Jesteśmy, czy 1.577. Mamy świadomość tego, że wypuszczamy coś w świat, do ludzi, czego już nigdy nie będziemy mogli poprawić. Inną sprawą jest to, czy w chwili w której właśnie nagrywamy, piszemy możemy coś jeszcze lepiej zrobić. Ograniczenia…?Czas i umiejętności…

Planujecie nowe nagrania na kolejną płytę? Jeśli tak, to czy będziecie kontynuować ścieżkę wytoczoną na  1.577, czy jednak zamierzacie czymś zaskoczyć swoich słuchaczy, tak jak chociażby było to przy okazji Skalary, mieczyki, neonki?

Wojtek: Nie wiem, czy 1.577 wytyczyło jakąś ścieżkę. Chyba tylko taką, w której idzie z nami Michał. Pomimo upływającego czasu i zmian, jesteśmy wciąż takimi samymi ludźmi, z określonymi cechami charakteru, odbierania świata, muzyki, dobra, zła, miłości, z tym samym kręgosłupem moralnym, i o tym wszystkim piszemy piosenki. Zawsze byliśmy eklektyczni; podczas tego samego koncertu graliśmy Peggy Brown i Mickey’a 1000 razy i nic tego nie zmieni. Bardzo byśmy chcieli samych siebie zaskoczyć, zadowolić artystycznie, i o tym myślimy, a cała reszta, mam nadzieję, przyjdzie sama.

Próbowaliście sił na Zachodzie, z różnym skutkiem. Nie ma dziś w Was żalu, że nie udało się zrobić większej kariery na Zachodzie?

Wojtek: Jest żal, że nie kontynuowaliśmy dalej normalnej już pracy zawodowej i artystycznej na Zachodzie. Słowo „kariera” w tym przypadku brzmi pretensjonalnie.

Czy jest jakiś artysta z krajowego podwórka, z którym chcielibyście nagrać wspólną piosenkę?

Wojtek: Właśnie jesteśmy po dwóch jubileuszowych koncertach, w których udział brali nasi wspaniali goście. Tak nam się dobrze z nimi grało, tak dobrze czuliśmy się razem na scenie, że śmiało mogę powiedzieć, że w przyszłym roku zrobimy płytę z każdym z nich :)). Były rozmowy, mamy plany, duże plany i jesteśmy tym bardzo podekscytowani.

Trasę z okazji 20-lecia gracie w nietypowych miejscach. Filharmonia Białostocka, Teatr Muzyczny ROMA. Dlaczego gracie koncerty w miejscach, gdzie zgiełk gitar słyszany jest rzadko?

Wojtek: Zależało nam na tym, aby te wyjątkowe dla nas koncerty odbyły się w wyjątkowych i nietypowych, ciekawych miejscach. Aby już sama sala mówiła: będzie niesamowicie, inaczej, odświętnie.

Ponad dwadzieścia lat. Miliony sprzedanych płyt. Masa przebojów. Pozycja jednego z polskich zespołów wszechczasów. Czujecie się zespołem spełnionym?

Wojtek: Miliony płyt?! :)). [przesadziliśmy :) – red.] Czy ja o czymś nie wiem? W zasadzie, można tak powiedzieć, że jesteśmy zespołem spełnionym… w Polsce. Ale teraz przecież przed nami nowa historia, nowe , niezwykle ekscytujące i… odmładzające otwarcie. Znowu musimy sobie i ludziom udowodnić, pokazać ile jesteśmy warci i jak bardzo kochamy to, co robimy.

Dziękujemy za rozmowę!

Fot.: R. Skłodowski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *