Najczarniejsza z czarnych komedii – Martin McDonagh – “Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” [recenzja]

Nie oglądajcie filmu Trzy billboardy za Ebbing, Missouri. Naprawdę. Na pewno nie róbcie tego w styczniu czy lutym; nie na początku roku i raczej nie w młodym wieku. Dlaczego? Wierzcie mi lub nie, ale to będzie najlepszy film, jaki zobaczycie w przeciągu następnych dwunastu miesięcy, a może i nawet w całym swoim życiu. Po tym seansie na każdym innym będziecie kręcić nosem, powtarzając sobie “Hej, ale dlaczego to takie płytkie? Czemu nie jest nawet w połowie tak wielowymiarowe jak dzieło Martina McDonagha?”. Bo, jeśli chcemy rozmawiać o tej produkcji, właśnie na wspomnianej wielowymiarowości należy się skupić.

Sam film ma na pozór całkiem prostą i wielokrotnie, w różnych formach, wykorzystaną fabułę – samotna matka, wychowująca dwójkę dzieci, nastoletnich Robbiego  i Angelę, w wyniku gwałtu oraz podpalenia traci jedno z nich. O ile sposób śmierci córki Mildred Hayes, głównej bohaterki dramatu, wyróżnia się brutalnością, o tyle wątek cierpiącej matki to, można powiedzieć, typowy i wielokrotnie sprawdzony sposób na wywołanie łez widzów. Tylko czy właśnie o to chodzi McDonaghowi? Patrząc na jego wariację na temat bólu po stracie dziecka, zdecydowanie nie. Otóż Mildred Hayes, fenomenalnie zagrana przez Frances McDormand, jawi się odbiorcom jako ostatni sprawiedliwy. Bez aprobaty lokalnej społeczności, przy drodze, w okolicy której zginęła Angela, umieszcza trzy tytułowe bilboardy – dosadne, informujące o tragedii i… obarczające winą o brak sprawiedliwości szanowanego w małym miasteczku szeryfa, Billa Willoughby’ego. W pierwszym odruchu widz w stu procentach popiera zgorzkniałą i wyniszczoną kobietę – z łatwością osądza wspomnianego szefa policji przez pryzmat jednego z jego podopiecznych, który wyrasta na trzecią, obok Hayes i Willoughby’ego, kluczową postać filmu. 

Jason Dixon to homofob i rasista, podejrzany o znęcanie się nad czarnoskórymi, ze względu na stereotypowe poglądy mieszkańca małego miasteczka na południu. Na wskroś nietolerancyjny i brutalny mężczyzna, który, jak się wydaje, przegrał już swoje życie, jest ślepo zapatrzony w swojego zwierzchnika. Bez skrępowania zastrasza i krzywdzi właściciela firmy odpowiedzialnej za wywieszenie kontrowersyjnych billboardów, chcąc ułatwić wystarczająco skomplikowane życie swojego szefa. No właśnie… W toku filmu okazuje się, że wspomniany szeryf zmaga się z poważnymi problemami. Gdy ta informacja, już po pokazaniu Willoughby’ego jako czułego ojca i męża, uderza w widza, Mildred okazuje się być niezwykle bezwzględną osobą, czym reżyser niejako zadaje kłam pierwszym odczuciom. Nie pierwszy i nie ostatni raz McDonagh wodzi widza za nos – jak nie kibicować załamanej kobiecie, która rozpoczyna skazaną na porażkę walkę z systemem (wątpliwej) sprawiedliwości? Nawet jeśli sama podkreśla, że dla winnego chciałaby kary bardziej surowej niż sposób śmierci jej córki, czy potrafilibyśmy odmówić jej prawa do znalezienia mordercy biednego dziecka? Takie dylematy rodzą się po obejrzeniu tej produkcji. 

Trzy billboardy… to film niewątpliwie wymagający moralnie, nieustannie narażający widza na zbyt pochopną ocenę postaci, których złożoność jest wprost niesamowita. Reżyser ukazuje problem, prowokuje odbiorcę to “samosądu”, a potem mówi mu w twarz, jak nieludzko się zachował. Co ciekawe, nie robi tego w żadnym stopniu patetycznie – produkcję można uznać zarówno za dramat, jak i współczesną wariację o westernie, a może przede wszystkim naprawdę czarną komedię. Taką najczarniejszą z najczarniejszych. To jeden z tych filmów, które wywołują całą gamę emocji – z jednej strony trudno powstrzymać smutek, podczas słuchania wzruszającego listu jednego z bohaterów, z drugiej zaś, niemal nie da się powstrzymać od uśmiechu, słysząc zręczne żarty, wykorzystane dokładnie w tej scenie. Bezwzględny humor idealnie współgra z równie brutalnym i rzeczywistym ukazaniem nienawiści, która, jak się zdaje, stała się osobnym wątkiem Trzech billboardów… – eskalacja przemocy to jeden z kluczowych problemów poruszonych przez McDonagha zarówno w skali mikro, jak i makro. Wszak produkcja ukazuje nie tylko patologie systemu sprawiedliwości i problemy społeczności tytułowego Ebbing, ale również te będące bolączką pojedynczych rodzin. Całą swoją pracą reżyser stawia widzom trudne pytania – czy jest rodzaj cierpienia, który usprawiedliwia pozostanie w błędnym kole nienawiści i przemocy? I wreszcie, czy gdybyś miał możliwość i strzelbę w dłoni,  oparłbyś się pokusie samosądu? Odpowiedź na ostatnie pytanie próbują znaleźć również główni bohaterowie w końcowych scenach. Przez przemiany, które w nich zaszły, a które my mogliśmy obserwować, nie są pewni, którą drogę wybrać – zwątpili w swoją definicję sprawiedliwości, w którą po seansie (świadomy) widz również zacznie wątpić. 

Najlepszym dowodem na wielowarstwowość emocjonalną Trzech billboardów…, wybijającą się na pierwszy plan, jest sama końcówka filmu. Po zakończonym seansie poczułam… nadzieję? Sama nie rozumiem dlaczego, jednak patrząc na ostatnie ujęcia, odniosłam wrażenie, że mimo wszystkich okropności ukazanych przez tę produkcję, ta nadzieja naprawdę istnieje. Chowa się gdzieś pod biurkiem “dobrego gliny” czy w kącie sypialni pełnego współczucia i dobroduszności człowieka. Chowa się, ale naprawdę jest. McDonagh po dwugodzinnej, wyczerpującej i niezwykle wartościowej podróży zapewnia umęczonym widzom prawdziwe, ale i niemożliwe do wyjaśnienia oczyszczenie.


Wspomniałam o wielowymiarowości, zupełnie zapominając o tym, jak uniwersalny jest ten film. Zdaje się, że za całą skomplikowaną produkcją, cudownym aktorstwem, dobrymi zdjęciami i świetnym soundtrackiem, za  każdym z poruszonych wątków kryje się naprawdę proste przesłanie, o którym każdy z nas powinien pamiętać. McDonagh ukazuje, że ludzie nie dzielą się na kategorie ze względu na kolor skóry, majątek czy orientację seksualną. Ba! Nie wyodrębnia nawet kategorii tych złych. Otóż bohaterowie produkcji Trzy billboardy za Ebbing, Missouri pokazują, że ludzie dzielą się jedynie na dobrych i tych, którzy podejmują złe decyzje.

Ocena filmu: 9/10

Fot.: Twentieth Century Fox Film 

2 komentarze

  1. Artur napisał(a):

    fantastyczna recenzja – tego mi brakowało. Dziękuję!

  2. Artur napisał(a):

    Właściwie genialny film to taki, który potrafi powiedzieć ludziom najbardziej banalna prawdę. Powiedzieć ją tak, żeby do nich dotarła jako ważne przesłanie to naprawdę wielka rzecz! Film McDonagh’a nic innego nie robi. Perzcież mówi nam tylko, ze człowiek nie jest ani dobry ani zły – wbrew temu co w chwili obcowania z nim nam się wydaje. Prawda doskonale wszystkim znana. A jednak dociera do nas dopiero wtedy, kiedy – jak w życiu – szybko podejmiemy decyzję – czy przed nami dobro czy zło a potem bedziemy się wstydzić swoich szybkich wyborów i wkurzać swoją bezradnością. A jednak musimy wszystko oceniać i koniec. Tak najwyraźniej nas ulepiono. Musimy nazwać, określić, wtedy mamy grunt pod nogami. Ale billboardy przypominają nam jak bardzo bezradnie sie w tym miotamy i jak bardzo kierujemy się wrażeniem chwili. każdej chwili. nawet jak każda z nich jest inna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *