Głos Kultury #7 Największe rozczarowanie 2017 roku

rozczarowaie 2017

Rok 2017? A cóż to takiego? Wielu z nas już dawno o nim zapomniała, inni pewnie do tej pory się mylą w momencie, kiedy trzeba wpisać gdzieś datę… Tak czy owak wspominany tu rok przeminął i nie ma co do tego wątpliwości. Po podzieleniu się z Wami najlepszymi tytułami, z jakimi zetknęliśmy się właśnie w nim (tekst ten znajdziecie tutaj), czas na nieco mniej przyjemne podsumowanie. Dziś rozmawiamy o tych dziełach, na których się zawiedliśmy, które były dla nas sporym rozczarowaniem. Nie ma co ukrywać, że wśród naszych redaktorów w tej kategorii zdecydowanie “zwyciężyły” albumy muzyczne. Co jeszcze znalazło się w naszym podsumowaniu? Nie zabrakło miejsca dla niezwykle popularnego filmu, którego obecność tutaj zdziwi zapewne niejedną osobę – o tym tytule było bowiem głośno i to w pozytywnym aspekcie. Znalazła się również powieść bardzo popularnego pisarza, a także album muzyczny cholernie popularnego, kultowego w zasadzie zespołu. Zaciekawieni? Niektórymi wyborami z pewnością będziedzie zdziwieni, ale pamiętajcie – jest to od początku do końca subiektywne zestawienie. Wiemy, że wielu z Was lubi i ceni dzieła, które znalazły się poniżej – i bardzo dobrze! Im bardziej różne rzeczy nas cieszą i trafiają w nasz gust, tym ciekawszy i bardziej kolorowy staje się świat – zwłaszcza ten kulturalny. Zapraszamy więc do lektury i kłótni ;).


Mateusz Cyra

Tak, wiem – ten film za granicą miał premierę w 2016 roku. Przy wyborze brałem jednak pod uwagę moment, w którym ten film ukazał się w Polsce, czyli prawie równo rok temu. Już widzę te fale oburzenia – “no jak to?! hejtuje tak wybitny film?!”. Niestety, ale dla mnie ten film to okrutne rozczarowanie. Spodziewałem się po tej produkcji naprawdę wiele. Twórca naprawdę mocnego i świeżego Whiplasha zaserwował nam kąsek, który co prawda większość przełknęła ze smakiem, ale ja niestety nie wliczam się do tego zacnego grona. Obejrzałem w swoim życiu kilkanaście, jeśli nie więcej musicali i nie wiem – prawdopodobnie za dużo chciałem? Teoretycznie ten film nie mógł nie spełnić oczekiwań – młody, ambitny, pełen pomysłów reżyser, genialny i w sumie sprawdzony (Kocha, lubi, szanuje, Gangster Squad. Pogromcy mafii) duet Emma Stone i Ryan Gosling. Do tego konwencja musicalu, za którą przepadam, w dodatku z wielkim ukłonem w stronę jazzu, do którego czuję pociąg… Pierwsze zgrzyty jednak wystąpiły, gdy zobaczyłem zwiastun. Cała otoczka zdała mi się strasznie kiczowata i bezsensownie przetandetyzowana. Wybralem się jednak do kina – tym bardziej że za oceanem film doceniono i w większości przyjęto pozytywnie, a worek z nominacjami do najważniejszych filmowych nagród dosłownie pękał w szwach. No i już pierwsza sekwencja wzbudziła mój niesmak. Skakanie po samochodach? Naprawdę nie chciałem, ale autentycznie parsknąłem śmiechem na sali kinowej, a założę się, że nie taki był zamysł twórców. Niestety dalej nie było lepiej – romans dwójki bohaterów zamiast wzruszenia powodował wzruszenie ramion, a zamiast uniesienia, jedynie uniesienie brwi. Nie zrozumcie mnie źle – ja bardzo lubię oglądać filmy o miłości i czasem wzruszam się jak diabli, ale związek Mii i Sebastiana jest miałki i miał może ze dwa godne uwagi widza momenty, a całą resztę twórcy próbowali zamaskować piosenkami, fikuśnymi układami tanecznymi, uderzającymi zewsząd kolorami i wciśniętym jakby na siłę poczuciem humoru. Aktorsko też wybitnie nie jest – dla równowagi dodam, że źle też nie, ale bez mrugnięcia okiem wskażę po trzy lepsze role Stone oraz Goslinga, za które nie otrzymali nawet nominacji. Drugi plan praktycznie nie istnieje, dlatego nie warto o nim mówić. Myślałem, że po roku mi przeszło i nieco łagodniej potraktuję La La Land, ale ja nadal jestem zły i mam pretensje, że potencjalnie tak dobry film okazał się tak strasznie nijaki i przeciętny.  I wiem, że to wredne, ale cieszę się z Oscarowej wpadki, bo rozczarowanie na twarzach całej obsady oraz twórców tego filmu, gdy jednak okazało się, że to Moonlight otrzymało nagrodę jest porównywalne z tym moim.


Jakub Pożarowszczyk

Rok temu i dwa lata temu pisałem, że nie lubię wszelakich podsumowań. No ale trzeba coś wybrać… W tym roku wybór rozczarowania był bardzo prosty, bo okazało się nim najnowsze dzieło Bono i spółki. Zasadniczo nie wiem, na co liczyłem, nastawiając płytę w odtwarzaczu. Czy zmyliły mnie dobre recenzje i oceny poważanych krytyków? Być może. Przyznam się, że zawsze wierzę w U2, że jeszcze nawiążą do swojej wielkiej przeszłości, ale od albumu Pop nijak im to się udaje. No i cóż. Wspomnę tylko, że podczas pierwszego kontaktu z płytą dotrwałem zaledwie do tracku numer 6 i powodowany nudą, płytę… wyłączyłem. Recenzencki etos zmusił mnie jednak jeszcze do kilku kolejnych przesłuchań i nic z tego. Nowe U2 jest miałkie, nijakie, po prostu nudne. Momentami przegadane, wyprane z dobrych melodii i momentów, które zapadną w pamięci na lata. Nic, dosłownie nic nie zapamiętałem z tego krążka. Sytuacji nie ratuje nawet całkiem interesujący koncept, który ginie w słabiutkiej oprawie muzycznej. Szkoda.


Małgosia Kilijanek

Dość niechlubny tytuł rozczarowania roku jest mi zdecydowanie trudniej przydzielić niż ten dla “odkrycia”. Chyba nic nie rozczarowało mnie w minionym roku tak bardzo, by od razu przyszło na myśl. Może nowa płyta Taco? Szprycer z pewnością początkowo mnie zawiódł, a głównym tego sprawcą był… auto-tune. Szcześniak przyzwyczaił słuchaczy do nieco innego brzmienia i jako mająca do czynienia z jego twórczością od roku 2014, dość sceptycznie podeszłam do nowego materiału i sporo czasu zajęło mi przekonanie się do tej wydawniczej pozycji. Choć dwukrotnie odsłuchana Nostalgia wcale z uszu wypaść nie chciała. Spodziewałam się jednak czegoś więcej, szczególnie jeśli chodzi o warstwę tekstową, licząc na bardziej ambitne, wieloznaczne i jednocześnie chwytliwe wersy. Już nawet nie na spójną opowieść na płycie, która okazała się jakby wyrywkowym pamiętnikiem fana ciągłych alkoholowych libacji. Ostatecznie kres wątpliwościom położył warszawski koncert artysty, ukazujący fakt, iż materiał ze Szprycera nie odbiega aż tak boleśnie od reszty (co prawda występ live wypadł świetnie i obył się bez auto-tune’a, co wydaje się w kwestii kształtowania tej opinii znaczące). Nie jest to w takim razie rozczarowanie zupełne, ale album z różową okładką z Fifim sączącym colę (uznajmy, że colę) uważam bardziej za głupi byt niż château.


Michał Bębenek

Rok 2017 był rokiem wielkich powrotów kultowych dzieł i franczyz. W tym aż dwie z nich to “dziedzictwo” Ridley’a Scotta. Mowa tu oczywiście o filmach Blade Runner 2049 – długo wyczekiwanej kontynuacji ikony filmowego science-fiction, Łowcy androidów z 1982 roku, oraz o filmie Obcy: Przymierze – kolejnej części serii, w której po raz pierwszy od 1997 roku (czyli premiery Obcego: Przebudzenia) pojawiają się zabójcze ksenomorfy (nie liczę tutaj Prometeusza, z oczywistych względów). I o ile Blade Runner 2049 okazał się obrazem rewelacyjnym i w pełni spełniającym oczekiwania (obsadzenie na stanowisku reżysera Denisa Villeneuve było strzałem w dziesiątkę), tak Obcy: Przymierze zawiódł niemal na wszystkich polach. A miało być tak pięknie, przecież seria wróciła w ręce swojego oryginalnego twórcy! Ridley Scott mógł stworzyć godnego następcę Obcego: Ósmego pasażera Nostromo, kolejny kamień milowy w horrorze SF. Co więc poszło nie tak? Scott chyba za bardzo już zdziadział, a do tego zafiksował się na niezbyt udanych pomysłach i koncepcjach, zapoczątkowanych w Prometeuszu. I o ile jeszcze tam miało to jakiś sens (nie było tego sensu bardzo dużo, ale był), tak w Przymierzu wątki te ewoluują w kierunku kompletnego nonsensu. Aż niemal trudno uwierzyć, że w dwóch godzinach filmu udało się zmieścić tyle głupot – rozpoczynając od zupełnie nieprawdopodobnych rozwiązań fabularnych (przygotowywana dziesiątki lat misja kolonizacyjna, statek pełen tysięcy kolonistów, a tymczasem kapitan tak po prostu decyduje się na zmianę planów i skolonizowanie przypadkowo znalezionej planety, skąd akurat odebrał sygnał SOS – i to tylko wierzchołek góry lodowej fabularnych głupot!), po ocierającą się wręcz o herezję koncepcję genezy ksenomorfów (nie będę tutaj spoilerował, chociaż może powinienem – w ramach przestrogi). Oglądając Przymierze, można odnieść wrażenie, że Ridley Scott chciał jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko. Zadowolić wiernych fanów (w końcu pojawiają się klasyczni Obcy!) i przemycić dalszą część swoich Prometeuszowych pomysłów. Niestety, taka mieszanka nie wyszła serii na dobre i ucierpiała na tym tylko cała franczyza. A trzeba było oddać tę kontynuację w ręce Neilla Blomkampa, tak jak było to w pierwotnych planach.


Paulina Markowska

Na każdą kolejną książkę Nicholasa Sparksa czekam z ogromną niecierpliwością, aby w dniu premiery pobiec do księgarni, kupić ją i natychmiast przeczytać. We dwoje przedstawia nieco inną historię, nie taką typową, do których przyzwyczaił nas pisarz. Żona odchodzi od męża, on opiekuje się dzieckiem. W tej historii nie ma zbytnio porywających zwrotów akcji. Główni bohaterowie się nie kłócą o prawo do opieki, wszystko ze sobą uzgadniają, a sama powieść jest raczej zapisem zwyczajnej codzienności bohaterów, których i tak nie ma tutaj za dużo. Czy pisarz się wypalił artystycznie? Jego wcześniejsza powieść Spójrz na mnie była bardziej kryminałem niż romansem. A teraz mamy We dwoje. Czy pisarzowi zabrakło pomysłów na kolejne powieści? A może poszukuje czegoś nowego, bo znudziły mu się historie dwójki zakochanych? Nawet nie wiem, o czym mam tu jeszcze napisać. Rozczarowanie. Po prostu. Pamiętnik wszedł już do klasyki. “]Spójrz na mnie”] – jedna z nowszych książek – również jest niesamowita. Natomiast We dwoje to moje największe rozczarowanie 2017 roku. W ogóle 2017 nie zaskoczył mnie w kategorii literatury. Zdecydowanie więcej udało mi się odkryć muzycznie niż literacko. Po Sparksie spodziewałabym się czegoś więcej. Niestety. Nie tym razem. Mam nadzieję, że pisarz wróci na właściwą drogę. Albo znajdzie nową, jeszcze lepszą.


Przemek Kowalski

Z wielką, ogromną wręcz przykrością największym Rozczarowaniem ubiegłego Roku zmuszony jestem nazwać ostatni album Eminema – Revival. I nie jest tak, że to najgorszy krążek ostatnich dwunastu miesięcy czy najsłabsza rzecz powiązana z szeroko pojętą kulturą, z jaką zetknąłem się w 2017. Problem polega na tym, iż po czterech latach oczekiwania na wymienioną tu płytę apetyty fanów były ogromne. Liczyłem na album, który rozbije bank, pozamiata konkurencję, a mnie samego wbije w fotel. Nic takiego nie miało jednak miejsca, a powrót na scenę najlepszego obecnie rapera na naszej planecie trudno nazwać inaczej niż… rozczarowaniem właśnie.

Na składającym się z dziewiętnastu utworów Revival coś nie zagrało, choć niełatwo wymienić jedną konkretną przyczynę. Z całą pewnością ktoś nie popisał się przy wyborze podkładów, ponieważ te, po pierwsze – często nie współgrają z tekstem, po drugie – nie są absolutnie chwytliwe. Dość powiedzieć, że najlepszy podkład to ten z kawałka In your head, czyli dosłownie kopia kultowego Zombie The Cranberries.

Nie da się ukryć, że liczba zaproszonych do współtworzenia Revival gości również nie pomogła. Znanych nazwisk nie brakuje, mamy m.in. Eda Sheerana,  Beyoncé, Alicię Keys, Pink czy Skylar Grey. I wszystko pewnie byłoby super, gdyby nie fakt, że w większości featuringów to Slim Shady brzmi jak zaproszony do utworu gość, nie gospodarz. Kawałki solowe natomiast pozbawione są płynności i pazura.

Nie jest oczywiście tak (i proszę o wybaczenie, jeśli wynika to z powyższych słów), że Revival to dno. Zdarzają się numery, przy których można się zatrzymać, jak chociażby wspomniane wcześniej In your head, Castle czy Nowhere Fast. Całość nie powala jednak na kolana.

Uwielbiam Eminema, dlatego wiązałem z Revival naprawdę ogromne nadzieje, tymczasem otrzymałem krążek przeciętny, który choć broni się tekstowo, w odsłuchu bywa ciężkostrawny. Może następnym razem, Marshall, wierzę, że się uda.


Martyna Michalska

Bardzo czekałam na tę płytę. Wszak SNL to jeden z tych zespołów, do których mam ogromny sentyment i do którego bardzo często powracam; mogę napisać wręcz, że to jeden z moich ulubionych polskich wykonawców. Po przesłuchaniu pierwszego singla pt. Twoje motylki byłam bardzo pozytywnie nastawiona do nowej płyty, nawet pomimo tego, że utwór nie był ani bardzo dobry, ani dobry, przynajmniej w porównaniu do wcześniejszych dokonań zespołu. Jednak to, co usłyszałam na longplayu, było dla mnie bardzo niemiłym rozczarowaniem. Grabaż nigdy nie był wybitnym wokalistą, jednak na wspomnianym przeze mnie albumie przeszedł samego siebie. Sposób jego śpiewania nijak ma się do podkładu muzycznego. Muzycy swoje, a Grabaż swoje, jakby nagrywali materiał całkowicie osobno. To jednak jeszcze nie byłoby najgorsze, gdyby chociaż teksty były dobre. Grabaż słynie ze świetnych, wręcz poetyckich tekstów okraszonych bardzo ciekawymi zbitkami słownym. Na Przechodniu o wschodzie kompletnie tego zabrakło. Zamiast tego dostaliśmy miałkie, w bólach wyśpiewane utwory, których nijak nie można nawet porównać do wcześniejszych nagrań zespołu. Jedynie dwa utwory są w miarę “zjadliwe” (Twoje motylki i Co się z nami stało?). Krążek odsłuchałam w wielkich męczarniach tylko jeden raz i nie sądzę, żebym jeszcze kiedyś do niego powróciła. Możliwe, że ktoś mi zarzuci, iż jestem jednym z zoilów, o których Grabaż śpiewał w kawałku I Can Get No Gratisfacion, jednak, cóż, inaczej nie mogę. Wielka szkoda, że tak to wyszło, naprawdę wielka.


Sylwia Sekret

Niestety – w zeszłym roku do rozczarowań roku wrzuciłam album muzyczny polskiego zespołu i tym razem sytuacja się powtarza – co prawda wykonawca jest inny, ale kolejny raz największy zawód sprawiła mi polska muzyka – a raczej jeden jej przedstawiciel, czyli (dokładnie tak samo jak w przypadku Martyny) Przechodzień o wschodzie. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego musiało do tego dojść? Gdzie się podziały utwory takie jak Piła Tango czy Dodekafonia? Gdzie przyjemna muzyka i świetne słowa? Zawiodłam się na tym krążku tym bardziej, że nie jest on przeciętny ani nawet niezły – ja go po prostu nie daję rady słuchać. Przesłuchałam go trzy razy (AŻ trzy razy) – przy czym dwa ostatnie na potrzeby tego tekstu, a za pierwszym razem nie udało mi się wysłuchać go do końca. Przyznam się szczerze, że do tej pory nie jestem w stu procentach pewna, czy przesłuchałam wszystkie utwory, które znalazły się na płycie, bo tak bardzo zlewają mi się one w jedno, do tego stopnia nie potrafię ich odróznić, że nie do końca wiedziałam, kiedy kończył się jeden kawałek, a zaczynał drugi. Tak, jak powiedziała Martyna – muzyka gra sobie, a Grabaż śpiewa sobie – może to tylko wrażenie, ale skoro już dwie osoby tak to odczuwają, to chyba coś w tym musi być. Dźwięki, które zamieszkują ten album, są zazwyczaj irytujące, nie wpadają w ucho, nie są dla niego przyjemne. Słowa… o słowach czasami aż trudno mi mówić. Może niektóre teksty nie są tragiczne, ale kiedy usłyszałam fragment: Madzia, Madzia, Madzia… tak chciałbym znów cię nadziać… na mój ruszt – kompletnie się zniesmaczyłam i zasmuciłam jednocześnie, bo to po prostu nie jest poziom Strachów. A przynajmniej nie był. Przynajmniej nie w moim mniemaniu. W zasadzie jedynym utworem, którego mogłam słuchać bez zgrzytu w organizmie, jest kawałek Katastrofa szczęścia – nie jest to nic wybitnego, ale przynajmniej nie razi. Niestety jeden utwór nie wystarczy, by zapomnieć o całej reszcie. Mam nadzieję, że to nie jest ostatni album SNL, bo szkoda by było, aby zeszli ze sceny w takiej muzycznej niesławie. Przechodzień o wschodzie wbrew fajnie skonstruowanemu, ciekawemu i intrygującemu tytułowi nie jest nawet nijaki – odstrasza i bardzo, ale to bardzo źle wpływa na słuchacza. Aż chciałoby się zapytać muzyków, parafrazując ich własny utwór: Co się z Wami stało?


Fot.: Monolith Films, Interscope Records, Asfalt Records, Imperial – Cinepix, Wydawnictwo Albatros, Shady Records, S.P. Records

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *