Komiksy,Recenzje

Nigdy i nigdzie – Tim Sale – „Legendy Mrocznego Rycerza” [recenzja]

Legendy Mrocznego Rycerza
Legendy Mrocznego Rycerza

Dziecko czy dorosły, chłopiec czy dziewczynka, fan komisków czy kompletny laik w tym temacie – Batmana zna chyba każdy. Postać stworzona przez Boba Kane’a i Billa Fingera (w komiksie podano jedynie Kane’a jako twórcę, ponieważ wydanie to miało premierę w sierpniu 2015 roku, a dopiero miesiąc później Finger, po wielu latach, został oficjalnie uznany jako współtwórca tego bohatera – między innymi to on wymyślił nazwę dla rodzinnego miasta Batmana czy postać Jamesa Gordona) to bohater kultowy i choć stoi teoretycznie obok takich superbohaterów jak Superman czy Spiderman, to zawsze wyróżniało go jedno – brak supermocy. Jedni właśnie w tym widzieli jego wyjątkowość, innych ta cecha odsyłała do bohaterów, którzy w ten czy inny sposób posiedli jakieś nadnaturalne zdolności. Porzucając jednak dyskusję na temat przewagi bądź jej braku postaci Batmana nad innymi, wyrosłymi z komiksów, superbohaterami, faktem jest, że skrywający się na co dzień pod maską Bruce’a Wayne’a bohater, wyróżnia się na tle innych. To z kolei midzy innymi sprawia, że jego historia nie zamyka się w kilku częściach, ale rozrasta się do wielu wątków i przeróżnych wariantów czy adaptacji. Jedną z nich jest komiks Legendy Mrocznego Rycerza autorstwa Tima Sale’a.

Jednak Sale jest jedynie twórcą rysunków do tytułowych legend, na które składa się pięć opowieści różnych scenarzystów. Choć w przypadku tego typu dzieła słowo “jedynie” nie jest odpowiednio dobrane. W obliczu faktu, że za scenariusz do każdej historii odpowiada ktoś inny, podobnie jak za kolory, okazuje się, że to właśnie rysownik, Tim Sale, odpowiedzialny jest za jego całościowy charakter i ostateczną spójność. Nie ma więc żadnych wątpliwości, że jego nazwisko na okładce komiksu nie jest ani przypadkiem, ani zaniedbaniem ze strony wydawców. Jak wspomina sam artysta, wraz z kolejnymi historiami, czytelnik będzie mógł poznawać nie tylko fascynujące przygodu Mrocznego Rycerza, ale także obserwować drogę, jaką Tim Sale przeszedł jako rysownik. Widoczne będą postępy, jakie czynił i to, jak kształtował się jego styl. Legendy… zbierają bowiem wczesne historie o Batmanie, którym wizualny kształt nadał Sale. Mężczyzna, we wstępie do pierwszej opowieści, wspomina, że wiadomość o wydaniu takiego albumu nie tylko go ucieszyła, ale również mocno przeraziła – wiemy przecież jak zazwyczaj ludzie reagują na coś, co stworzyli wiele lat temu. Nam jednak – czytelnikom – daje to niepowtarzalną okazję nie tylko do zapoznania się z historiami Batmana, ale także historią twórczego rozwoju Tima Sale’a. Legendy Mrocznego Rycerza mają więc dodatkowy walor poznawczy, co jeszcze bardziej umila nam lekturę.

Pierwsze opowiadanie, Szaleńcy w więzieniu, to – o dziwo – historia, w której Batman nie pojawia się ani razu. To jednak opowieść bardzo ważna i świetnie, że znalazła się na samym początku zbioru, rozpoczynając go. Znajdują się w niej bowiem ludzie (choć to określenie nie do końca od nich pasuje), których losy, w którymś momencie, prędzej czy później, splatają się z losami Batmana. Mówiąc konkretniej – ze zdewastowanego Arkham Asylum przybywają do więzienia Blackgate najbardziej niebepieczni szaleńcy, których pod swoimi skrzydłami prowadzi Jeremiah Arkham. W jednym opowiadaniu, na jednym statku, a późiej na jednej stołówce i boisku spotykają się więc w zacnym towarzystwie różni wrogowie Batmana. Jest więc Harvey Dent alias Dwie-Twarze, jest Poison Ivy, czyli Pamela Lillian Isley, a w polskim tłumaczeniu po prostu Trujący Bluszcz, jest nieco mniej znany Amygdala, jest Firefly, czyli Garfield Lynns, sierota, z której wyrósł niebezpieczny piroman, Bane bliski katatonii po tym, jakz ostał pokonany, jest Jonathan Crane, czyli Scarecrow (nasz Strach na Wróble), jest Mr. Zsasz, jest – zgadnijcie kto – Riddler, czyli Człowiek-Zagadka we własnej osobie, jest Szalony Kapelusznik, jest i Cornelius Stirk. Na koniec zostawiłam ostatniego z tytułowych szaleńców, którym jest Jim Paul Sarter i jeśli nic nie mówą Wam jego imiona, to nic dziwnego – jest to bowiem stworzona przez Alana Granta postać, ktora pojawia się tyko raz – wyłącznie w tej historii. Ta opowieść jest na swój sposób wyjątkowa, bo nieczęsto mamy szansę oglądać zbiorowisko “tych złych”, którzy muszą odnaleźć się w nowej dla siebie rzeczywistości i być może nauczyć się współpracować. Trochę taki Legion samobójców tylko lepszy i w więzieniu.

Kolejna historia to wciągające od samego początku Ostrza, w których zacierają się, dość wyraźne zazwyczaj w tego typu komiksach, granice między dobrem a złem. Ta historia dzieli się na dwa wątki, które przenikają się wzajemnie w pewnych jej momentach. Batman próbuje wytropić tożsamość bezwzględnego zabójcy, który postanawia rozprawić się z problemem przeludnienia i starzejącego się społeczeństwa – zabijając starszych ludzi. Natomiast w Gotham City niespodziewanie pojawia się z nowy bohater – o wiele przystępniejszy od chłodnego, zdystansowanego od ludzi Batmana, a przez to wzbudzający sympatię i westchnienia kobiet. Oto biegły w szermierce, z uwodzicielskim wąsem – Cavalier. Wraz z tym bohaterem pojawia się analogia do postaci Zorro, która z kolei była w pewnym sensie inspiracją Boba Kane’a do stworzenia postaci Batmana. Scenariusz do tej historii napiał James Robinson i trzeba mu przyznać, że swtorzył opowieść trzymającą w napięciu i dynamiczną, a rysunki Sale’a, tak inne od tych, które oglądaliśmy w Szaleńcach w więzieniu – dojrzalsze i dokładniejsze – jak również podkreślający dynamizm i dwutorowośc tej historii sposób kadrowania, tylko wzmacniają ten efekt. Fantastyczne wrażenie robią przede wszystkim te plansze, na których wątki Batmana i Cavaliera stykają się na moment, kiedy czytelnik widzi ich razem, choć wie, że nie przebywają w tym samym miejscu. To podkreśla fakt, że tych dwóch bohaterów żyło w tym samym mieście, ale należeli do dwóch zupełnie różnych światów.

Kolejną historią jest opowieść zatytułowana Nieudacznicy, a do której scenarusz napisał Alan Grant. Tytułowi nieudacznicy to grupa czarnych charakterów do tej pory pomijanych i marginalizowanych tak przez społeczeństwo, jak i superbohaterów. Tymczasem oni marzą o tym, by siać zło na miarę tych największych zbrodniarzy. Pojawia sie tu mający nietuzinkowego farta Chancer, jest również ktoś, kto staje się niewidzialny dzięki swemu kostiumowi. Jest także Catman, Killer Moth i Calendar Man. Jak poradzi sobie  z tą nietypową grupą Batman? Tym bardziej że mają oni nietuzinkowy plan na zgarnięcie sporej ilości gotówki – zamierzają bowiem porwać dla okupu trzy wpływowe osoby Gotham – Burmistrza, komisarza Gordona, a także… pewnego multimilionera zwącego się Bruce Wayne. Ta opowieść różni się pod względem technicznym od poprzedniej – głównie ze względu na intensywne kolory, za które odpowiada Adrienne Roy. Kadry także są inne – mniejsze, przez co znajduje się ich więcej w obrębie planszy. Jeśli chodzi zaś o same rysunki, to bliżej im do tych z pierwszej histrorii – mniejszy nacisk Sale położył tu na szczegóły. Zapomniałabym – pojawia się także i Robin!

Kolejna historia przyprawiła mnie o niemały ból głowy, kiedy przeczytałam jej tytuł. Batman na randce – czego oczekiwać po tego typu mieszance? Bałam się, że scenarzysta Darwyn Cooke pójdzie o krok za daleko, ale na szczęście tak się nie stało, a samą opowieść, trudno nazwać nawet historią. Raczej jest pewnego rodzaju zabawnym przerywnikiem między jedną a drugą poważną opowieścią. Nie jest jednak żartem, a humorystycznie napisaną scenką, której akcja to ciągły ruch. Jeśli chcecie wiedzieć, jak wygląda randka Catwomen i Batmana, musicie po prostu sięgnąć po Legendy Mrocznego Rycerza, jest to bowiem opowiastka tak krótka i tak specyficzna, że cokolwiek o niej powiem – nie dość że nie odda jej klimatu, to jeszcze może go zniszczyć. Powiem jedynie, że Batman jest niemal całkowicie bezbronny, ale udaje mu się wyjść na dżentelmena. Swietne rysunki, kadrowanie i nieprzesadzona intensywność kolorów dodają tej historii smaczku, nie przerysowując jej jednak niepotrzebnie.

I w ten oto sposób docieramy do ostatniej historii zawartej w tym zbiorze. Noc po nocy (scenariusz autorstwa Kelley’a Pucketta) to również lapidarna, ale z kolei bogata w emocje… nie tyle historia, co bardziej próba zajrzenia w umysł i duszę Batmana, w jego sumienie, także przeszłość i jej demony. Czarno-białe strony dokumentują poniekąd walkę bohatera ze zbrodnią, ale i ukazują jego syzyfowa pracę, bo zło to chwast, którego nie da się wyplenić, którego korzenie sięgają tak głęboko, że zawsze zrodzi się z nich nowy plon – nowy złoczyńca gotowy zabijać i niszczyć… często nie potrzebując do tego nawet żadnego konkretnego celu. Przeszłość Bruce’a Wayne’a jest tu dość oczywistym powodem, dla ktorego z tą zbrodnią walczy, ale przedstawiona została we wzruszający, a jednocześnie mroczny sposób. Noc po nocy wyplenia on zło z ulic i zakamarków Gotham City, ale tak naprawde pragnąłby najbardziej wyplenić to jedno – to, które zabrało jego rodziców, a z małego chłopca uczyniło osobę z jednej strony pełną dobra (w końcu walczącą ze złem), ale na zawsze splamioną nieszczęściem, zbrodnią i chęcią zemsty. Noc po nocy to idealne zakończenie tego zbioru – pozostawia czytelnia z wyraźną kropką, ale jednocześnie uświadamia, że historia takich ludzi jak Batman nigdy i nigdzie nie ma swojego końca. Bo tak jak nie da się wymazać wydarzeń z przeszłości, tak nie da się całkowicie wyplenić zła. Nigdy i nigdzie.

Legendy Mrocznego Rycerza ze zmieniającymi się rysunkami Tima Sale’a to bardzo przyjemna wędrówka przez przygody Batmana i jego wrogów. Różni scenarzyści, różny dobór kolorów, ewoluujący talent rysownika, a także ogromna różnorodność poszczególnych historii sprawiają, że podczas lektury tego zbioru po prostu nie da się nudzić. Historie poważne,w których przemycone zostają moralne dylematy i mroczne karty ludzkiej psychiki, przeplatają się z tymi “lżejszymi”, pozwalającymi nam wziąć oddech, odprężyć się, a nawet zaśmiać. Dzieło Tima Sale’a jest więc idealnie wyważone, a to z kolei sprawia, że powinno znaleźć liczne grono zwolenników. Oczywiście fani Batmana nie będę zastanawiać się ani chwili, ale myślę, że również innym lektura Legend… sprawiłaby frajdę.

Fot.: Mucha Comics

Avatar

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!