Plastikowe żołnierzyki Nolana – Christopher Nolan – „Dunkierka” [recenzja]

Dunkierka

Powszechny konsensus jest następujący: Dunkierka to najlepszy film Christophera Nolana od czasu Incepcji. Najnowsze dzieło Brytyjczyka nie tylko zdobyło serca oddanych fanów, ale także spełniło wygórowane oczekiwania grymaśnych krytyków. Opowieść o zmaganiach alianckich żołnierzy z siłami niemieckiej armii wykorzystuje realia drugiej wojny światowej, po to by zaprezentować efektowne widowisko. Co ciekawe, ten zapierający dech w piersiach spektakl bardziej przypomina awangardowy eksperyment niż typowy Hollywodzki hit. Eksperymentalne podejście do narracji i funkcji poszczególnych postaci redefiniuje pojęcie kina wojennego. Problem w tym, że teoretycznie intrygujący koncept nie do końca sprawdza się na ekranie. Przeciętne zastosowanie nieszablonowych idei każe traktować tę historię w kategoriach nieangażującej osobliwości X Muzy.

No dobra, dobra. Przyznam, że kilka rzeczy mi się podobało. Na pewno należy docenić brawurę, z jaką reżyser neguje reguły narzucone przez takich gigantów takich jak Oliver Stone czy Steven Spielberg. O ile w Plutonie czy Szeregowcu Ryanie na pierwszy plan wysuwały się ludzkie dylematy moralne, tak tutaj postacią centralną jest militarny konflikt. Przewijające się przez pole bitwy sylwetki do końca seansu pozostają dla nas anonimowe. Ich rys psychologiczny ogranicza się do imienia i woli przetrwania. Nolan minimalizuje ilość dialogów niczym Nicolas Winding Refn i komunikuje się z publicznością przy pomocy wybuchów, wystrzałów i krzyków rannych. Nie interesują go również osobowości po drugiej stronie barykady. Adwersarze są pozbawionymi twarzy upiorami, żywiącymi się lękiem swych ofiar. Frapuje też zaburzona chronologia poszczególnych scen, która w nieoczywisty sposób pomaga budować napięcie i pozwala na poznanie wydarzeń widzianych z różnych perspektyw. Wszystkie te zręczne sztuczki kreują obraz wykraczający poza gatunkowe schematy.

Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że zdolniejszy brat Jonathana porwał się z motyką na słońce. Jego śmiałym, nowatorskim zapędom brakuje odrobiny wyczucia. Dunkierka rzeczywiście zachwyca audiowizualnym kunsztem, ale wieje od niej emocjonalnym chłodem. Prawie dwugodzinna batalia to techniczny majstersztyk, który traktuje protagonistów jak pionki skazane na łaskę mistrza Christophera. Nakreśleni grubą, komiksową kreską wojacy cierpią na niedobór charyzmy i temperamentu. Sceny śmierci tych kartonowych młodzieńców wywołują jedynie obojętność. Szara, bezkształtna masa humanoidalnych figur woskowych, zlewa się z szaroburym pejzażem, konstruując bezpłciowy monolit.

Irytuje także sterylność przedstawionego świata. Wojenny krajobraz jest zbyt schludny, żeby można go było traktować poważnie. Skutki lądowych i powietrznych starć są ukazane nad wyraz zachowawczo. Nolan za wszelką cenę chce nam oszczędzić smrodu spalonych ciał, zamieszkującego krwawiące rany bólu czy karmiących się desperacją łez. Namacalną grozę zastępuje umowne poczucie zagrożenia, komfortowe niczym wygodny fotel w lokalnym kinopleksie. Ot, takie średnio satysfakcjonujące doświadczenie, które nie szokuje, nie obrzydza i nie porusza. Kilka godzin po zakończonym seansie, oczarowanie zamienia się w rozczarowanie.

Dunkierka sprawdza się głównie jako pokaz technicznej kompetencji jednego z najważniejszych nazwisk współczesnej kinematografii. Cieszy fakt, że tak popularny reżyser próbuje dekonstrukcji ogranych klisz, ale martwi niedbała realizacja ambitnych planów. Podręcznikowe błędy można by było wybaczyć adeptowi, ale taka postawa w przypadku doświadczonego senseia jest bezdyskusyjnie karygodna. No cóż… Naprawdę znudziło mnie to eksperymentowanie na pół gwizdka. Pragnąłem, by Nolan zabrał mnie na wyprawę do dantejskiego piekła, a tymczasem otrzymałem zaproszenie do wzięcia udziału w obozie harcerskim.

Ocena : 6/10

Fot.: Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *