Po nitce do kłębka – Ivana i Gradimir Smudja – „Z biegiem sztuki” [recenzja]

Chyba każdy z nas marzył kiedyś o tym, żeby cofnąć się w czasie i spotkać się ze swoim idolami, rozsianymi na przestrzeni wieków. Najbardziej boli bowiem fakt, że wielu z tych, których podziwiamy, odeszło już przed laty, podczas gdy my chcielibyśmy mieć przynajmniej możliwość porozmawiać z nimi, na żywo obserwować proces twórczy, uścisnąć im dłoń. Taką szansę otrzymuje Luna, rudowłosa dziewczyna, pasjonatka malarstwa i początkująca artystka. Pewnego razu, malując portret swojego kota (również rudego), Vincenta, zbiegiem (nie)fortunnych zdarzeń, wpada wraz z pupilem do ciemnej jaskini. I kiedy mogłoby się wydawać, że to ich koniec, okazuje się, że to początek niesamowitej przygody, która rozpoczyna się w Grocie w Lascaux, a kończy spotkaniem z Pablem Picasso. Wędrując razem z Luną i Vincentem z tytułowym biegiem sztuki, mamy szansę podejrzeć najsłynniejszych malarzy, podczas ich prac nad najznamienitszymi obrazami, dowiedzieć się o nich co nieco, a także być świadkami dość surrealistycznych wydarzeń.

Kiedy Luna wraz ze swoimi kotem nie potrafią wydostać się z groty, w której z fascynacją oglądają malowidła pochodzące z Paleolitu (a jest ich tam około 600), odkrywają tajemniczą, czerwoną nić. To właśnie ona będzie prowadzić ich przez kolejne lata, przez malarskie epoki, i to dzięki niej spotkają najbardziej rozpoznawalnych twórców. Czerwona nić zaprowadzi ich bezbłędnie prosto do tworzącego właśnie Ostatnią wieczerzę Leonarda Da Vinci, ten z kolei zabierze ich w lot, który skończy się wizytą u samego Michała Anioła. To właśnie dwoje naszych przewodników po dziejach stuki pomoże przyozdobić sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej, podczas gdy artysta… będzie sobie smacznie spał. Kiedy zrobi się gorąco i trzeba będzie uciekać przed strażą, dziewczyna i kot po nitce trafią do Albrechta Dürera. Wizyta u niego będzie mroczna, niepokojąca i psychodeliczna. Zostawiając malarza sam na sam z jego króliczym widmem, wędrują do Pietera Breughela Starszego i mogą zwiedzić od środka jego słynną Wieżę Babel. W dalszej wędrówce nie zabraknie takich wielkich artystow jak: Rubens, Velasquez, El Greco, Rembrandt, Vermeer, Watteau, Goya, Jacques-Louis David, Turner, Hokusai, Delacroix, Monet, Manet, Renoir, Degas, Lautrec, Cezanne, Seurat, Van Gogh, Klimt, Schiele, Magritte, Munch i w końcu, wspomniany już Picasso.

Warto nadmienić, że ponieważ sam motyw niespodziewanej i tajemniczej wędrówki poprzez dzieje sztuki wydaje się dość magiczny i nieprawdopodobny, w takiej też konwencji zachowana jest większa część komiksu. Z biegiem sztuki nie zapomina oczywiście o faktach dotyczących malarzy, dlatego każde spotkanie z kolejnym twórcą poprzedzone jest notką biograficzną, której towarzyszy najczęściej interpretacja jego największego dzieła. Z owej notki dowiemy się daty narodzin i śmierci, najważniejszych cech twórczości i najistotniejszych faktów z życia. Jednak tak naprawdę na tym kończy się każdorazowo “sucha” lekcja z historii sztuki, bo same spotkania Luny i Vincenta z artystami to już zupełnie inna bajka. Twórcy scenariusza, Gradimir Smudja i jego córka, Ivana, popuścili wodze fantazji, do prawdziwych wydarzeń i plotek dokładając mnóstwo własnej interpretacji, na którą bardzo często składają się: romanse, stwory będące wytworem wyobraźni (choć tu upatrywać powinnśmy raczej animizacji i uosobienia lęków i psychicznych zmagań), akty zazdrości, kłótnie, nieporozumienia, mrugnięcia okiem do czytelnika. Ciekawym zabiegiem okazało się wprowadzenie wpływu, jaki Luna ma na życie i twórczość artystów, bogatsza od nich o wiedzę w ich własne dzieje i technikę. Skoro wie ona, co się wydarzy, to znaczy, że bez jej udziału również się to stało, gdyż przeszło już do historii, ale może tak się stało właśnie dzięki jej udziałowi, który wpisany jest odgórnie w losy sztuki?

Jeśli mieliście styczność z innym dziełem Smudji, to z pewnością skojarzycie kota Vincenta, gdyż miał on również swoją rolę w komiksie Vincent i Van Gogh. Ja niestety nie miałam przyjemności czytać, dlatego jest to moje pierwsze spotkanie z rudym pupilem. Jego rola może nie jest ogromna, ale wprowadza on często element komediowy, stojąc w opozycji do Luny – która ciekawa wszystkiego, nie boi się następujących po sobie wydarzeń i śmiało, a także z fascynacją, zwiedza kolejne lokacje, do których prowadzi ich czerwona nić – nudząc się, marudząc i chcąc zabrać… łapy za pas. Dzielnie jednak towarzyszy dziewczynie, nie ukrywając przy tym swojego zmartwienia, każdorazowo, kiedy jego wzrok trafi na felerny sznurek w intensywnym kolorze. Vincent oczywiście nie ma problemu z tym, by stać na dwóch łapach i jest całkowicie spersonifikowany. Luna, w przeciwieństwie do zniechęconego kota, jest z każdą kolejną podróżą wciąż tak samo zaintrygowana, radosna i ciekawa artystów.

Kolejne opowieści w pewien sposób się przenikają – albo jeden malarz zaprowadza Lunę i Vincenta do drugiego, albo po prostu uciekając od kłopotów związanych z jednym, wpadają prosto w objęcia czasoprzestrzennej otchłani, z której wyskakują w mieście i czasach innego sławnego malarza. Ponieważ wielu z nich żyło w czasach naprawdę odległych nam i autorom, musieli oni (co wiązało się zapewne z radością tworzenia i satysfakcją) wiele rzeczy sobie – i nam  – dopowiedzieć. Bazując więc na historii, tworzą oni wizerunki postaci takich jak Rembrandt czy van Gogh w pewien sposób na nowo. Wyolbrzymienie, groteska, plotka  niedomówienia, a także surrealizm i absurd mieszając się z prawdą, mogą wprowadzać chaos w głowie nieświadomego faktów z historii malarstwa czytelnika. Jeśli więc komiks Z biegiem sztuki trafi w ręce osoby, która nie zna biografii poszczególnych artystów, może w pewnym momencie przestać odróżniać to, co dopowiedzieli sobie twórcy, od prawdy. Oczywiście w wielu przypadkach jest stanowczo zaznaczone, co jest jedynie interpretacją, ponieważ jest owianę atmosferą magii i nieprawdopodobieństwa, jednak niektóre wydarzenia mogłyby mieć miejsce i tylko zagorzały fanatyk historii sztuki i życiorysów twórców będzie wiedział, co jest prawdą, a co prawem Smudji do stworzenia tych światów na nowo. Nie rozumiem natomiast, dlaczego scenarzysta i rysowniik pozwala sobie na tak ogromną rozbieżność, jaką jest ukazanie na planszy van Gogha podczas samobójstwa, kiedy to narysowany zostaje, jak strzela sobie w głowę, celując od dołu brody, podczas gdy w rozpoczynającej rozdział o tym artyście notce, wprost powiedziane zostaje, iż malarz postrzelił się w klatkę piersiową. Co więcej, w rzeczywistości rana van Gogha nie była aż tak poważna, a śmierć wywołał nie tyle sam postrzał, co infekcja. Czy taka rozbieżność miała pokazać czytelnikowi, że o tym, co działo się kiedyś, można powiedzieć wiele, ale nie zweyfikujemy już co jest prawdą? A może twócy komiksu chcieli tym oddać hołd van Goghowi i z nie do końca udanej próby samobójczej (która nie wiadomo nawet czy nią była, później pojawiły się bowiem spekulacje, że malarz został postrzelony i chronił strzelca) stworzyć pełnoprawne, tragiczne i zdecydowane samobójstwo? Nie mam pojęcia.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że komiks Z biegiem sztuki jest wspaniałą i niepowtarzalną ucztą wizualną – Smudja stworzył fantastyczne, niezwykle szczegółowe rysunki, którym bliżej do obrazów wielkich malarzy niż komiksowych plansz – nasycone kolorami, przepełnione lękiem, wypełnione mrokiem i frustracją, tętniące dworskim życiem, naznaczone śmiercią. Choć w opowieści o każdym malarzu widać talent jednego artysty, to nie da się nie zauważyć, że serbski twórca w każdej historii zawarł elementy malarstwa charakterystyczne dla bohatera danej opowieści. Niekiedy są one mniej wyraźne, innym razem rzucające się w oczy, jak choćby w przypadku Moneta czy Seurata z jego puentylizmem, który chyba najbardziej wyróżnia się stylem na kartach całego komiksu. Nawet więc, gdybyśmy – o zgrozo – sięgnęli po komiks tylko po to, by go obejrzeć, bez czytania, zanurzymy się w stylu i epoce każdego z wymienionych wcześniej artystów. Smudja w rewelacyjny sposób potrafi wyrazić klimat czasów, oddać niepokoje i lęki bohaterów, a w dodatku połączyć to wszystko tak, by powstał zapadający w pamięć, komiksowy panteon malarzy. Największe wrażenie robią na czytelniku te historie, którym towarzyszy szaleństwo, paranoja abusrd i lęk; najbardziej zapamiętamy więc strony poświęcone malarzom takim jak Goya, Dürer, van Gogh, Munch (historia z obrazem Krzyk robi naprawdę spore wrażenie), Magritte (choć to nie jest Magritte).

Z biegiem sztuki to niezwykle pomysłowy i wykonanay z ogromną pasją, precyzją i talentem komiks, w którym ojciec i córka prowadzą czytelników śladem czerwonej nici przez wieki malarstwa, przez epoki i style, które do dziś stanowią wzór dla artystów z całego świata. Obserwujemy, jak powstawały wielkie dzieła i jakie wydarzenia i stany emocjonalne temu towarzyszyły. Poznajemy malarzy jako ludzi, którymi targały wątpliwości i lęki, którzy mieli marzenia i sympatie, jak zwykli ludzie z każdej epoki. Z biegiem sztuki zdaje się również podkreślać to, co często przychodzi nam na myśl, kiedy wyobrażamy sobie życie malarza – wielu z nich żyło w nędzy, często również w zapomnieniu, bo ich dzieła doceniono dopiero po śmierci. Malarstwo to więc niewdzięczna sztuka, jak można by pomysleć, ale z lektury płynie również prawda, że choć wielu artystów tworzyło za życia coś, czego ludzie nie potrafili docenić, to dla nich i tak stanowiło to sens życia, sposób na wyrażenie emocji, czasami także na poradzenie sobie z chorobą psychiczną, na wyrażenie poglądów, na uwolnienie niepokojów.

Polskie wydanie zawiera w sobie już dwa tomy, którym towarzyszy nić chronologii – dzięki niej łatwiej połapać się w czasie i malarskiej przestrzeni. Komiks ma standardowy dla komiksu format, kredowy papier podkreśla wagę przedstawionych w nim dzieł i dziejów, a okładka stanowi świetne nawiązanie do tego, że bieg sztuki nie zostaje przerwany, że sztafeta zawsze przechodzi z rąk do rąk, że idąc po nitce, dojdziemy nie tyle do kłębka stanowiącego ostateczny koniec sztuki, jej podsumowanie czy eskalację, co właśnie do kłębką będącego początkiem i kolebką. Ten kłębek rozwijany jest od wieków przez kolejnych artystów i będzie rozwijał się dalej. Kto wie, dokąd czerwona nić zaprowadzi Lunę i Vincenta za 100 lat?

Fot.: Timof i cisi wspólnicy

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *