Poczuj to! – Archive – “Restriction” [recenzja]

Nigdy nie rozumiałem fenomenu Archive, jakim jest niewątpliwie ten zespół w Polsce. Szanuje i cenię ich dokonania, dorobek czy konkretne płyty, ale to, że na świecie jest on znacznie mniej  popularny niż w kraju nad Wisłą (no może z wyjątkiem Francji) jest bardzo symptomatyczne. No cóż, takie już są kręte ścieżki kariery muzycznej. W każdym razie, jak po raz 49503. słyszę w radiowej Trójce utwór Again, to mam ochotę zrobić sobie coś niedobrego, bo jak dla mnie postrzeganie tego zespołu przez pryzmat tej monumentalnej kompozycji czy nawet LP You All Look the Same to Me, jest niestety bardzo krzywdzące. Szczególnie, że potrafili nas Brytyjczycy zachwycić takimi dziełami jak Controlling Crowds czy Axiom. Jaki jest nowy krążek Archive zatytułowany Restriction? Jak dla mnie śmiało można go postawić obok najwybitniejszych dzieł zespołu.

Szczególnie, że With Us Until You’re Dead z 2012 roku nie zachwycił. Mnie osobiście ta płyta szybko znudziła, i od momentu premiery  już do niej nie wróciłem. Na szczęście zrehabilitowali się szybko muzyką do filmu Axiom, która okazała się wręcz fenomenalna, stając się z miejsca jednym z mocnych punktów w dyskografii Archive. Na Restriction zespół podąża ścieżką wytoczoną przez poprzednie krążki; muzyka jest intrygującym mariażem elektroniki, trip – hopu z elementami rocka progresywnego, którego odnajdziemy prędzej w sposobie komponowania niż brzmienia jako takiego.

Restriction to zbiór piosenek – dwunastu zgrabnie zaaranżowanych kompozycji posiadających wiele dobrych, zapamiętywalnych melodii. Dodatkowo Danny Griffiths i spółka umiejętnie operują klimatem na całej płycie, czego dowodem jest otwierający krążek Feel It, w którym piękny, stonowany męski głos miesza się gitarowym hałasem o wręcz punkowej motoryce. Podobnie ułożony jest kolejny kawałek, tym razem tytułowy. Monotonne, hipnotyzujące i wielokrotne powtarzanie pojedynczych słów tekstu do elektronicznego loopu jest jedynie podstawą do budowania napięcia, które w pełni ujawnia się pod koniec piosenki, gdzie hałas wybrzmiewa solidnie z głośników.

Zapętlony Kid Corner przynosi pierwszy damski głos na płycie, czyli Holly Martin. W elektronicznym podkładzie kompozycji słyszymy dalekie echa Controlling Crowds. Wokalistka daje popis w kolejnej kompozycji: End Of Our Days, gdzie w nastrojowym, eterycznym wręcz klimacie czaruje nas swoim głosem. Środek płyty ogólnie jest bardzo spokojny, wyważony. Kolejna wokalistka, tym razem Marie Q w Half Built Houses pokazuje po raz kolejny fanom Archive, że atmosfera smutku i zadumy jest doskonałym polem do jej wokalnych popisów.

Ride In Squares to powrót do mocniejszego, elektronicznego grania, w którym wspaniale śpiewa Pollard Berrier. Wokalista na Restriction wyśpiewuje doskonałe partie, popisując się interpretacjami i barwą głosu. Trend hałasu kontynuują Ruination i zapętlony, hipnotyzujący, niestroniący od gitarowych brzmień Crushed.

Końcówka płyty jest po prostu wspaniała. Wracamy do czarowania głosem przez Holly Martin w Black and Blue. Ale po kolejnym na trackliście Greater Goodbye słuchacz szuka swojej szczęki na podłodze, bo ten narastający, niepokojący już od pierwszej nuty, wciągający kawałek jest chyba najlepszym na Restriction. Szczególnie zaśpiewy, te „lalalala”, które ni stąd ni zowąd się pojawiają, i zostawiają nas zupełnie skołowanych i zdezorientowanych. Ostatni track Ladders przynosi połączenie „symfonicznej” elektroniki z mantrowymi wręcz śpiewami, aby przywalić energetycznym graniem, które znamy chociażby z kawałka Bullets.

Restriction nie przynosi zmian czy rewolty stylistycznej. Ale spójność materiału, niesamowicie równy zestaw piosenek, które są naprawdę świetną robotą aranżerską powoduje, że albumu się słucha momentami z wypiekami na twarzy. Do tego dodajmy umiejętne operowanie klimatem, zwodzenie słuchacza, niepozwolenie mu na to, aby się domyślił, co czai się za rogiem. Dodajmy czystą, potężną produkcję Jerome’a Devoise’a, głosy ulubionych wokalistek Archive – i mamy przepis na bardzo dobrą płytę tego zespołu, który mam nadzieje, że w końcu stanie się tak popularny, jak zasługuje od wielu, wielu lat.

Label: Dangervisit/PIAS/Mystic.

Foto: mystic.pl

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Gustuje w każdym gatunku oprócz rapu, jednak im większy gitarowy hałas, tym lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *