Pomożecie? Pomożemy! – Jan Hřebejk – „Nauczycielka” [recenzja]

Nauczycielka

Przez wiele lat swojego istnienia kino światowe zaoferowało nam kilka lub kilkanaście takich postaci, które mamy ochotę udusić gołymi rękami. Nie chodzi mi bynajmniej o pierwsze lepsze czarne charaktery. Mam na myśli postaci, które po pierwsze: swoją zgniłą do szczętu naturę potrafią obudować tak pięknie, że nie tylko można się pomylić w początkowej ocenie takiej osoby, ale także wytrącają nam wszelkie argumenty z rąk i obracają wszystko na swoją korzyść; po drugie: wzbudzają w nas gniew tak dojmujący, że sprawiający niemal fizyczny ból i podchodzący do gardła. Dla mnie taką najbardziej sztandarową, bo i pochodzącą z kultowego filmu, postacią jest siostra Mildred Ratched z Lotu nad kukułczym gniazdem. Dziś do tego niechlubnego spisu, tuż obok niej, dołącza Mária Drazdechová, czyli tytułowa postać z filmu Nauczycielka. Czesko-słowacka produkcja trafia na ekrany polskich kin dzięki Aurora Films, a Głos Kultury objął ją patronatem medialnym. Czym skromna nauczycielka zasłużyła sobie na miano czechosłowackiej Ratched? Tego dowiecie się z poniższej recenzji, do lektury której serdecznie zapraszam.

Na początku nic nie zwiastuje tragedii i koszmaru, jakie dzień po dniu będą rozgrywać się w jednej z bratysławskich szkół. Mamy rok szkolny 1983/84 i do placówki przybywa nowa nauczycielka. Z uśmiechem na ustach wkracza do klasy i informuje uczniów, że od dziś będzie ich uczyć języka rosyjskiego, słowackiego, a także historii. Pierwsze wrażenie jest niezwykle pozytywne – nauczycielka jest miła, uśmiecha się, mówi ciepłym, wzbudzającym zaufanie głosem. Kiedy już dotrze do swojego biurka, wyjmuje dziennik i zaczyna wyczytywać imiona i nazwiska uczniów z prośbą, aby ich właściciele wstali i dali się poznać. Nie pyta ich, o ich ulubiony przedmiot, pasję czy poziom wiedzy. Wraz z nazwiskiem pragnie poznać dokładnie, czym zajmują się ich rodzice. Informacje te skrzętnie notuje w swoim niewielkim notesie. Nie wzbudza to jednak podejrzeń uczniów ani nie wprawia ich w niepokój z dwóch prostych przyczyn. Pierwsza jest taka, że nauczycielka robi to nadal z uśmiechem na ustach i sprawia wrażenie, jakby robiła coś najnormalniejszego na świecie. Druga przyczyna jest jednak ważniejsza – kobieta jest nauczycielką i choć nie musi być lubiana przez uczniów, to dzieci, zwłaszcza te nieco młodsze, ufają jej ze względu na zawód, jaki wykonuje. Bo jeśli w domu i szkole nie będą bezpieczne, to gdzie indziej mogłyby na to liczyć? To zresztą również część problemu, który dopiero później wypełza na wierzch fabuły. Do sedna jednak – nazwisko, rodzic, zawód. A cóż takiego ważnego jest w fachu rodziców, by z takim zainteresowaniem zapisywać go już pierwszego dnia w nowej szkole? Czyżby chodziło o lepsze poznanie uczniów? Ależ skąd, chodzi o ułatwienie sobie życia i utrudnienie go innym.

Nauczycielka świetnie radzi sobie z dwiema liniami czasowymi, które w bardzo przemyślany sposób się ze sobą przeplatają. Główna akcja filmu, czyli wyjątkowe zebranie rodziców, które zwołuje dyrektorka szkoły, dzieje się w zasadzie w ciągu jednego wieczoru. Jednak ogólna akcja filmu rozciąga się na kilka miesięcy – od pierwszego dnia szkoły, do okresu mniej więcej po Nowym Roku, być może nawet trochę dalej. Widz ani przez chwilę nie czuje się jednak skonfundowany ani zmieszany, ponieważ już pierwsze sceny informują go o tym, że akcja biec będzie dwutorowo. Swoją drogą scena w szatni, która zaraz po początkowym zdjęciu budynku szkoły, jest jedną ze scen otwierających film, została świetnie skonstruowana. Wchodzące do szatni dzieci, zostawiające i zabierające swoje rzeczy, płynnie zmieniają się w dorosłych – ich rodziców – którzy robią dokładnie to samo. Scena ta pełni dwie funkcje – z jednej strony jest bowiem uświadomieniem widza, że oto mamy do czynienia z teraźniejszymi wydarzeniami i z czasem przeszłym, który do tej teraźniejszości doprowadzi, a z drugiej strony mamy niby dosadnie, a jednocześnie nienachalnie zobrazowany cykl życia – dorastanie, które niekiedy wiąże się z tym, że popełniamy te same błędy, co nasi rodzice, kręcąc się w kółko. To podkreśla również fakt, jak wielkim przykładem i wzorem ojciec i matka są dla swoich pociech – nawet jeśli wydaje im się, że jest zupełnie inaczej. A to również nie jest bez znaczenia w filmie Hřebejka.

Terror, jaki Mária Drazdechová wprowadziła wśród uczniów swojej klasy, a w zasadzie wśród ich rodziców, jest nie do pomyślenia. Niekiedy sprawia to, że w filmie zdarzają się sytuacje komiczne, ale przez ten komizm przebija niezwykła gorycz, która potęgowana jest tym, że film oparty został na prawdziwej historii. Nauczycielka nieraz podkreśla, że zależy jej na dobru dzieci, że stara się być dobrym człowiekiem, stara się wybaczać i rozumieć. I być może nawet udaje jej się przekonać samą siebie, ale na oszukanie widza jest już za późno. Drazdechová uzyskawszy informacje na temat zawodu rodziców swoich podopiecznych, wykorzystuje tę wiedzę z ogromną ochotą i bez jakiegokolwiek skrępowania. Zepsuje jej się w domu lampa lub pralka? Trzeba zadzwonić do rodzica, który się tym zajmie. Przydałoby się świeże mięso i mleko? Trzeba poprosić matkę, która prowadzi sklep. Po co płacić za fryzjera, skoro jedna z kobiet wykonuje właśnie ten zawód? A jeśli jeszcze można poflirtować z jednym z ojców – to kto nauczycielce zabroni?! No właśnie – nie zabroni nikt. I choć powyższe przysługi nie brzmią może tak strasznie, a problem może wydawać się rozdmuchany, to wierzcie mi, że nie były to ani zwykłe przysługi, ani zwykły problem. Prośby nauczycielki tak naprawdę były przepięknie zawoalowanymi groźbami, z czego każdy rodzic doskonale zdawał sobie sprawę, pomimo warstw pięknego ozdobnego papieru, w jakie były zapakowane. Dzieci pochodzące z biedniejszych domów, których matka i ojciec nie mieli wiele do zaoferowania nauczycielce, nie mogli liczyć na zbyt dobre oceny. A jeśli któryś rodzic odmówił prośby? Jego dziecko było albo przepytywane na lekcji tak, by nie miało żadnych szans się wybronić, albo nie było wywoływane do tablicy wcale. Było również szykanowane i będące pod ciągłą, nieustanną presją i stresem, utrzymywane w przeświadczeniu, że cokolwiek zrobi i ile wysiłku i czasu włoży w naukę – i tak będzie głupie i do niczego. A to doprowadza w końcu do sytuacji o wiele poważniejszej niż płacz i złe oceny.

Dlaczego nikt nie sprzeciwi się nauczycielce? Dlaczego manipuluje rodzicami jak marionetkami, pozwalając sobie dosłownie na wszystko, w tym na wykorzystywanie uczniów do sprzątania u siebie w mieszkaniu i robienia zakupów? Ponieważ rzecz dzieje się w Czechosłowacji lat 80., a pani Drazdechová jest w szkole przewodniczącą Partii Komunistycznej. W dodatku jej mąż był oficerem, a ona sama ma wiele znajomości, które niejednemu rodzicowi mogłyby utrudnić życie w ogromnym stopniu. Nie myślcie jednak, że już po kilkunastu minutach filmów z głównej bohaterki wychodzi demon, który szaleje po Bratysławie, rozkazując rodzicom robić to, co zażyczy sobie jej chory umysł. Ależ skąd. Nauczycielka zawsze ładnie prosi, czasem tak stawiając sprawę, że rodzic, nie wiedzieć kiedy, sam wychodzi z propozycją “pomocy”. Kobieta tak niewinnie wypowiada zdanie, że ludzie powinni sobie nawzajem pomagać, że bez znajomości tej historii, naprawdę nie byłoby powodu, żeby jej nie wierzyć. Wszyscy więc pomagają wstrętnemu babsztylowi, nie wyłamując się z zaklętego kręgu milczenia i hańby. W końcu jednak dochodzi do czegoś, co sprawia, że rodzice jednego z dzieci nie są w stanie dłużej znosić tego, co dzieje się w szkole. I tu dochodzimy do zebrania, podczas którego reżyser świetnie pokazuje tendencje społeczne, wytyka palcem hipokryzje i obłudę, wskazuje na tchórzostwo i wygodnictwo, ale jednocześnie nie zapomina podszyć tego zwykłym ludzkim strachem, pragnieniem stabilności i – co najważniejsze – troską o najbliższych.

Demoniczna nauczycielka, nasza Mildred Ratched w szkolnych murach, bodaj tylko dwa razy daje się ponieść emocjom. A jednak przez cały film czujemy do niej czystą, pierwotną, bulgoczącą nienawiść, która potęgowana zostaje poprzez bezradność rodziców, których w zasadzie nawet nie sposób winić za to, że nie potrafią lub nie chcą się sprzeciwić panującym porządkom. Ogromna w tym zasługa zarówno świetnie rozpisanej postaci, jak i aktorce, która rewelacyjnie spisała się w tej niełatwej i wymagającej roli. Zuzana Mauréry po mistrzowsku odgrywa kolejne sceny, grając tak, że przesądza ona o finalnej, bardzo wysokiej ocenie filmu. W tym, co zrobiła dla tej produkcji, najistotniejsze, ale i najpiękniejsze jest to, że cała jej zgnilizna, cała ta degrengolada, ten syf, podłość i jadowitość ujawniają się nie w scenach autentycznego gniewu i wybuchu, lecz w momentach, kiedy z pełnym spokojem i słodkim uśmiechem prosi o coś, coś tłumaczy, opowiada jakąś historyjkę lub wręcz wyraża współczucie i chęć niesienia pomocy. A my mamy ochotę ją udusić i jeszcze odczuwać z tego powodu satysfakcję. Za te biedne dzieci, za terroryzowanych rodziców, za piekło, jakie ze szkoły przeniosło się do ich domów, za tragedię, której była bezpośrednią przyczyną. Za wyobrażenie o tym, że może bezkarnie ustawiać innych ludzi według własnego kaprysu.

Nauczycielka to film świetny zarówno fabularnie, jak i bardzo dobry technicznie. Tutaj nie ma się absolutnie do czego przyczepić – muzyka podbija nastrój konkretnych scen, aktorstwo (nie tylko genialnej Zuzany Mauréry) stoi na wysokim poziomie (także w przypadku młodszych aktorów), zwłaszcza pod względem autentyczności i tego, jak mocno współczujemy niektórym bohaterom. Również cała scenografia świetnie oddaje klimat tamtej epoki. W tym aspekcie ważna okazała się także szarawa, przygaszona kolorystyka potęgująca wrażenie beznadziei i wspomnianej już bezradności, która okazuje się uczuciem chyba najbardziej uwypuklonym. Jan Hřebejk stworzył film, który trzyma emocje widza w zaciśniętej pięści i nie wypuszcza ich do samego końca seansu. Kiedy w końcu z niej wypadają, są wymiętoszone, pogniecione i mocno zużyte, ale nadal wybija się wśród nich nieustający gniew na nauczycielkę. Chciałabym jeszcze wspomnieć o niezwykłej ironii, jaka wkradła się (rzecz jasna celowo) do ostatniej sceny, ale nie będę Wam przecież zdradzać fabuły… Koniecznie obejrzyjcie ten film, bo wzbudza autentyczne, pulsujące emocje i do tego został świetnie zrealizowany. A kiedy ktoś niewinnie zapyta Was kiedyś: “Pomożecie?”, zastanówcie się dwa razy, zanim odpowiecie: “Pomożemy!”. Taka mała rada, towarzysze.

Fot.: Aurora Films

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *