Prozaiczne umieranie – Philip Roth – “Everyman” [recenzja]

Everyman

Gdy zapoznałem się z informacją prasową towarzyszącą premierze powieści Everyman, ogarnęły mnie dreszcze. Można nawet powiedzieć, że ja się tej książki bałem. Pomimo że Philip Roth nie jest twórcą literatury grozy, niniejsza zapowiedź stanowiła apogeum wszelkich lęków i nocnych koszmarów. Każdy z nas motyw śmierci odbiera inaczej – tu przede wszystkim królują wszelkie ideologie i religie głoszące swoje wersje wydarzeń po tym, gdy nasze ciała wydają ostatnie tchnienie. Ludzkość od dawna starała się wytłumaczyć sens ludzkiego istnienia, nadając mu nadnaturalny charakter. Nie będę żadnym Kolumbem, twierdząc, że wielu ludzi najzwyczajniej w świecie boi się śmierci, a ja od małego również do tego grona mogę się zaliczyć. A skoro powieść o przemijaniu, o nieodwracalnym końcu napisał nie kto inny jak Philip Roth – człowiek, który był w stanie stłamsić mnie takimi historiami jak Amerykańska sielanka czy Konające zwierzę – to czułem, że będzie to mieszanka wybuchowa. Długo się zbierałem do tej książki, aż w końcu zebrałem się na odwagę.

To, na czym Philip Roth skupia się w Everymanie, to czysto fizyczny aspekt śmierci. Nie wdaje się w filozoficzne rozważania nad duchową egzystencją człowieka, nie przedstawia głównego bohatera jako osoby, która po zgonie może odnaleźć ukojenie w innym wymiarze życia. Naszego everymana (w książce, z tego co pamiętam, nie pada ani razu jego imię i nazwisko) poznajemy podczas jego pogrzebu, ale powieść nagle przechodzi z dialogu nad grobem na narratywną historię jego życia. Nawiasem mówiąc, sam sposób płynnego przejścia narracji jest jednym z najbardziej plastycznych zabiegów literackich, na który ostatnio się natknąłem – nawet nie wiem, jak autor to zrobił, ale wyszło perfekcyjnie.

Poznajemy więc lata młodości, kiedy następuje pierwsze zetknięcie ze śmiercią. I jak u każdego z nas, są to sytuacje szokujące – pierwsza śmierć starszego członka rodziny, odejście ukochanego zwierzęcia. I w ten sposób Philip Roth steruje opowieścią – przedstawia żywot everymana z ukierunkowaniem na wszelkie bodźce, które prędzej czy później kończą się powstrzymaniem życia. Na niecałych 170 stronach niby mimochodem opowiada o prozaicznym codziennym funkcjonowaniu: dorastanie, pierwsza miłość, rodzina, zawodowe wzloty i upadki – ale my przecież doskonale wiemy, jak to wszystko się skończy. A mianowicie skończy się nieodwracalnie.

Istotnym aspektem życia w kontekście śmierci są wszelkiego rodzaju choroby – które oczywiście mogą znienacka dopaść każdego z nas. Tutaj mam zastrzeżenia do powieści, bowiem Everyman w pewnym momencie staje się litanią utyskiwań nad faktem fizycznej niedoskonałości. Owszem, główny bohater przez swoją wrażliwość na wszelkie choroby jest tym bardziej narażony na to, że nagle odejdzie w paroksyzmach bólu szybciej, niż przewiduje to średnia długość życia. Jednak dla mnie jego utyskiwania nad licznymi chorobami zdominowały połowę książki w sposób raczej irytujący aniżeli dający do myślenia. Jechaliście kiedyś autobusem i, chcąc nie chcąc, usłyszeliście rozmowę starszych osób, które licytują się na przebyte choroby i ilość bieżących zgonów w ich rodzinie? Czytając Everymana, w pewnym momencie poczułem się właśnie jak taki pasażer, który musi słuchać tego typu historii. Czułem się zanudzony przez narratora, bo paradoksalnie nie poczułem związku między chorobą a śmiercią, a jedynie anty-Hioba, który ma za złe, że dopadło go więcej nieszczęść niż innych.

Everyman tak naprawdę nabiera rumieńców i robi się Rothowsko melancholijny wraz z momentem, kiedy nieuchronny koniec jest coraz bliżej. Tytułowy bohater zaczyna prowadzić rozliczenie swojego życia i widzieć je z szerszej perspektywy – żal z powodu rozluźnienia więzi rodzinnych, utrata zaufania własnych dzieci, a przede wszystkim świadomość, ze nie na wszystko już starczy czasu. Odkładanie wszystkiego na później potrafi nagle zaskoczyć, bo nikt tak naprawdę nie chce przyjąć do wiadomości, że czegoś nie zdąży zrobić. Everyman jednak to sobie uzmysławia, rodzi się w nim desperacka chęć jakiejkolwiek zmiany. Im częściej otrzymuje zaproszenie na pogrzeb swych rówieśników i znajomych, tym bardziej dopada go myśl o własnej śmierci.

Everyman przez długi czas nie była książką, która wydawała mi się aż tak mocnym ciosem w stosunku do egzystencjalnych lęków. Uczucia wobec niej mam mieszane, bo pomimo niewielkiej objętości (dobrze że Philip Roth nie rozciągnął jej do granic Amerykańskiej sielanki!) potrafiła mnie niestety zanudzić, jako jedna z nielicznych książek amerykańskiego mistrza prozy. Niedosyt rekompensuje emocjonalna końcówka, która z mało interesującego marudzenia staje się brutalnym rachunkiem sumienia i samoświadomością własnej śmiertelności. Kończy się natomiast jak za ucięciem noża, co również jest sprytnym literackim zabiegiem, dającym do myślenia i świetnie nawiązującym do tego ostatniego etapu życia, o którym jak najrzadziej chcielibyśmy myśleć.

Fot.: Wydawnictwo Literackie

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *