Przypadkowy bohater – Noah Hawley – „Przed katastrofą” [recenzja]

Ze wszystkich katastrof najbardziej przeraża mnie myśl o tych lotniczych. Podróż samolotem przyprawia mnie o dreszcze, gdy tylko ktoś o niej wspomni. Powód mojego strachu jest dość prosty i przy tym pewnie banalny – uratować się z tej katastrofy graniczy z cudem. Jeśli samolot spada, praktycznie nie ma już ratunku. I właśnie ta nieodwołalność tragedii, jej bezmiar, bo pochłania wszystkich, nie zostawiając szans, jej bezwzględność tak mnie przerażają. A jednak raz na niewyobrażalnie małą ilość przypadków, komuś z tego typu katastrofy udaje się uratować. I choć pół świata uznaje to za cud i niesamowity wyczyn, a także dowód niezwykłej siły woli, drugie pół podejrzewa całą masę niewiarygodnych rzeczy. I tak cud ocalenia staje się dla głównego bohatera powieści Przed katastrofą początkiem nagonki medialnej, chaosu i próby ucieczki przed wszędobylskimi pytajnikami wydobywającymi się z głów reporterów. Czy zwykły człowiek, który – jak twierdzi – znalazł się na pokładzie feralnego samolotu przypadkiem, w dodatku wsiadając do niego w ostatniej chwili, mógł przyczynić się do tego strasznego wypadku? Na to pytanie odpowiada scenarzysta serialu Fargo, Noah Hawley, czyli autor omawianej tu książki.

Dlaczego Scott Burroughs ledwo zdążył na tragiczny lot? Z prostego powodu – zatłoczone drogi. Ważniejszym jednak okazuje się pytanie, dlaczego mężczyzna w ogóle znalazł się na pokładzie samolotu. Kiedy przyjrzymy się pozostałym pasażerom, dotrze do nas, że Burroughs w ogóle do nich nie pasował; był zbędnym elementem w układance. Jedenastoosobowa załoga prywatnego samolotu, który 23 sierpnia 2015 roku wystartował z lotniska w Martha’s Vineyard, składała się z dziesięciu zamożnych ludzi i jednego żyjącego z dnia na dzień malarza – Scotta. I w tym przypadku jednak wyjaśnienie okazuje się do bólu banalne i stojące z dala od jakichkolwiek podejrzeń. Choć, jak wiemy, media ze wszystkiego potrafią zrobić skandal… Ale szczegóły poznacie dopiero, biorąc się za lekturę – ja nie zamierzam Wam niczego zdradzać. Najważniejsze w całej tej katastrofie jest to, że kiedy w szesnastej minucie lotu samolot odmawia posłuszeństwa i wpada do ciemnego i mrocznego oceanu – dwie osoby wychodzą z tego cało (a przynajmniej fizycznie). Scott Burroughs odzyskuje przytomność w wodzie otaczającej go ze wszystkich stron, pośród szczątków płonącego samolotu. W chwili kiedy zbiera się na odwagę, by niemal po omacku płynąć do brzegu, który – jak ma nadzieję – jest w kierunku, który obrał, słyszy krzyk dziecka. Czy to możliwe, by poza nim ocalał ktoś jeszcze? Jak widać los był tego dnia łaskawy i ofiarował nie jeden cud, lecz dwa. Choć w obliczu śmierci reszty załogi i pasażerów bluźnierstwem wydaje się wspominanie o cudzie. Scott nie jest herosem, nie jest też najbardziej empatycznym i miłosiernym człowiekiem na planecie, ale nie potrafi zostawić dzieciaka. Razem więc z czteroletnim synem bogatego biznesmena, który zresztą był zleceniodawcą tegoż lotu, podejmują walkę z naturą i własnymi słabościami, by dopłynąć do brzegu – do świata żywych.

Powinno być tak, że kiedy wreszcie okazuje się, że oto się udało, że będą jeszcze żyć, że to nie była ich ostatnia noc w życiu – koszmar dobiega końca. A przynajmniej dla Scotta, bo dzieciak stracił w katastrofie siostrę i rodziców. Jednak życie zaskakuje malarza ponownie, bo oto okazuje się, że przyczyna katastrofy nie jest jasna, a on, ocalały malarz, przypadkiem znajdujący się na pokładzie statku, bohater, który uratował chłopca – może być winny śmierci tych wszystkich ludzi. Zarówno prowadzący śledztwo, jak i dziennikarze są nieufni i podejrzliwi. Co Scott robił w samolocie? Skąd znał pasażerów? Dlaczego wsiadł w ostatniej chwili? Jakim cudem przeżył? Kim jest? Co wiązało go z żoną biznesmena? Sytuacji nie poprawia fakt, że ojciec chłopca był właścicielem ogromnej sieci telewizyjnej, a przyjaciel, który wraz z nim leciał samolotem, miał poważne problemy finansowe. Prawne problemy, dodajmy. Jak zatem doszło do katastrofy? Czy na życie biznesmena czyhał ktoś, kto chciał położyć łapę na jego majątku? A może to jego przyjaciel zadarł nie z tymi ludźmi? Celem był, zrządzeniem losu, znajdujący się na pokładzie malarz? A może to właśnie on jest odpowiedzialny za katastrofę? Czy jednak nie było innej przyczyny poza usterką techniczną? Możliwy jest także błąd pilota. Pytań jest mnóstwo, ale odpowiedzi wyławiane z dna oceanu są niejasne, a w dodatku znajdywane powoli i równie powoli odkrywane przed czytelnikiem.

Choć głównym bohaterem jest właściwie Scott Burroughs, to Nowah Hawley postanowił oddać głos każdej osobie, która zginęła w tej katastrofie. Okazało się to świetnym zabiegiem, który urozmaica powieść i stawia przed czytelnikiem jeszcze więcej pytań. Poznajemy więc życie każdego z nich – życie, jakie prowadzili właśnie przed katastrofą. Dowiadujemy się więc co nieco zarówno o żonie biznesmena, ich córce, znajomych, ale także podglądamy życie załogi samolotu. Czy jednak wgląd w życie tych osób da nam jakąkolwiek sensowną odpowiedź? Czy wydarzenia mające miejsce przed katastrofą miały jakikolwiek wpływ na to, co wydarzyło się w szesnastej minucie lotu? Spomiędzy tych wspomnień wyłania się także teraźniejszy obraz Scotta – jego walka z mediami, walka o własną prywatność, trauma po mrocznej wędrówce przez ocean, a także rodząca się niespodziewanie dla niego więź z chłopcem, któremu uratował życie. Okazuje się, że uratowanie komuś życia może być inwestycją na całe życie. Możliwe, że takiej więzi nie da się przerwać. Możliwe, że nie da się jej także w pełni zrozumieć, patrząc z boku.

Bardzo ważnym problemem poruszonym w powieści Przed katastrofą jest chaos, jaki wywołać mogą współczesne media – ich siła rażenia, ich wpływ na opinię społeczeństwa, ich wszędobylskość i „dar” przekonywania. W oczach mediów nikt nie jest bez winy i nikt nie mówi całej prawdy. Każdy jest podejrzany, a nawet jeśli nie jest, wystarczy kilka słów do kamery, by tę podejrzliwość u widzów wzbudzić. Przed mediami nie ma ucieczki i kiedy ich przedstawiciele chcą coś udowodnić – zazwyczaj im się to udaje. Nawet jeśli, na przekór znaczeniu „udowodnić”, nie ma na to wiarygodnych dowodów. Ale zasiać ziarenko wątpliwości jest niezwykle łatwo – a ludzie mają tendencję do tego, aby za prawdę brać to, co usłyszą w telewizji. Przecież ten ubrany w garnitur, tak miło uśmiechający się, wzbudzający zaufanie mężczyzna nie może kłamać. Zresztą – czemu miałby to robić? No właśnie – powody do kłamstwa znajdą się zawsze. O to akurat nie musimy się nigdy martwić. W tym wszystkim, w samym środku chaosu, nagonki i podejrzeń tkwi Scott Burroughs. Postać niezwykle, jak się okazuje, ciekawa i intrygująca. Choć z pozoru niewiele – poza nadludzkim wysiłkiem fizycznym, jakim było dopłynięcie z czterolatkiem do brzegu – na to wskazuje. Kiedy jednak Scott, nasz przypadkowy bohater, konfrontuje się w końcu z dziennikarzami, jesteśmy pod wrażeniem nie tyle jego naiwności, co ślepej wiary w ludzi, w ich dobre zamiary i łagodność. Trzymamy za niego kciuki, kiedy przemawia do reporterów i jednocześnie reagujemy na jego słowa pewną pobłażliwością. Ta scena mocno utkwiła mi w pamięci, bo przemknęło mi wtedy przez myśl, że takich osób nie ma już chyba na świecie zbyt wiele. Tak prostolinijnych w podejściu do innych ludzi, tak absolutnie niewyrachowanych, mówiących po prostu o tym, co ich gnębi, z głęboką wiarą w to, że zostaną zrozumiani. Kiedy teraz o tym myślę, zdaję sobie sprawę, że ta scena była w jakiś sposób piękna.

Przed katastrofą w formie audiobooka zrealizowanego przez Audiotekę wypada bardzo dobrze. Historii słucha się z zainteresowaniem i niezwykle przyjemnie. Głos lektora nie jest usypiający – a to się niekiedy zdarza – a wręcz absorbuje czytelnika i jeszcze bardziej angażuje go w wydarzenia rozgrywające się w powieści. Nie ukrywam, że w dużej mierze sięgnęłam akurat po tę historię ze względu na lektora, który ją czyta. Głos Roberta Jarocińskiego upodobałam sobie szczególnie po odsłuchaniu trylogii o prokuratorze Szackim autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego. W zasadzie już po przesłuchaniu pierwszego tomu wiedziałam, że będę musiała sprawdzić wszystkie książki w wersji audio, które czyta ten aktor. Jego głos idealnie wpasowuje się w mój gust – jeśli można tak powiedzieć – w kwestii lektorów powieści w formie audio. Głęboki, mocny, intensywny, ale przy tym w jakiś sposób ciepły – tego głosu po prostu chce się słuchać. Do tego Jarociński świetnie sprawuje się jako lektor – nie czyta bezbarwnym głosem, ale też nie popada w przesadę, jeśli chodzi o intonowanie. Rewelacyjnie został dobrany do tej mrocznej, bądź co bądź, powieści, do tej głębokiej i ciemnej niczym ocean, który omal nie pochłonął głównego bohatera. Co prawda miałam przez chwilę obawy, że słuchając Przed katastrofą, będę słyszała wyłącznie prokuratora Szackiego, ale Robert Jarociński nie wpadł w tę pułapkę, a dzięki temu i ja, jako czytelnik i słuchacz ją ominęłam.

Powieść Noah Hawleya wzbudza zainteresowanie na kilku poziomach i również na kilku niepokoi. Katastrofa lotnicza, od której wszystko się zaczyna i do której wszystko ostatecznie prowadzi, jest tylko jedną z katastrof, z jakimi będziemy mieli do czynienia, zapoznając się z tą historią. Ludzie, społeczeństwa, tłumy, publiczność, widzowie – nasza reakcja, nasza wiara w to, co nam się przekazuje, może mieć duże znaczenie w tym, co się odgrywa poza ramami odbiornika telewizyjnego. Niestety jesteśmy bardzo podatni na wszelkie newsy i skandale, które często wytwarzane są sztucznie, a których mechanizm został pokazany w książce Przed katastrofą. To interesująca lektura, o której nie sposób pomyśleć (nie tylko przez wzgląd na osobę autora), że świetnie spisałaby się jako serial. Jednak w formie książki jest również interesująca – sprawne skonstruowana fabularnie, a i styl pisarza nie pozwala nam na ziewanie czy zaśnięcie z książką przy twarzy lub słuchawkami w uszach.

Fot.: Audioteka

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *