Suma wszystkich błędów – Sabine Durrant – „Skłam ze mną” [recenzja]

Skłam ze mną

Mówi się, że kłamstwo ma krótkie nogi, że prędzej czy później wychodzi na jaw, wyrządzając przy tym więcej szkód niż – z pozoru bardziej szkodliwa – prawda. Każdy chce znać prawdę, ludzkość przywłaszczyła sobie prawo do niej i żąda jej na każdym kroku. Czy jednak słusznie? Kto powiedział, jakie niepisane prawo twierdzi, że zawsze powinniśmy mieć dostęp do prawdy i mówić prawdę? To oczywiście dyskusja na inną niż recenzja powieści okazję, ale temat kłamstwa jest właśnie czymś, z czego utkana jest fabuła powieści Sabine Durrant. Skłam ze mną to historia człowieka, który wstydząc się własnego ja, z niewielkich kłamstewek zaczyna tworzyć nowy obraz siebie, nierealny, ale jakże atrakcyjny. Dokąd go to zaprowadzi? Co zrobi z nim prawda, kiedy w końcu domino ułożone z fałszu runie, kostka, po kostce, a on zostanie wystawiony na lincz tych, wobec których nie był szczery?

Paul Morris ma czterdzieści dwa lata, jest sławnym pisarzem, który właśnie tworzy nową powieść, o którą już teraz zabiegają wydawcy. Ma piękne mieszkanie, kupę forsy, na wakacjach nie oszczędza, podróżując do egzotycznych krajów, a kobiety rzucają mu się na szyję, oczarowane jego niesfornym urokiem. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe? Owszem, dlatego też tylko pierwsze stwierdzenie jest prawdą. Paul Morris ma czterdzieści dwa lata, jest mało znanym pisarzem, który wydał tylko jedną książkę, teraz już niewznawianą; jego najnowsze dzieło nie zostało przyjęte przez wydawcę. Pomieszkuje u kolegi w zamian za pilnowanie kota, jednak kiedy znajomy wraca, Paul jest w zasadzie bezdomny – chyba że wróci do matki. Nie ma pieniędzy ani planów na wakacje. Ma jeszcze resztki powodzenia, bo w miarę przystojny z niego facet, ale to nie to, co było kiedyś. Mężczyzna wciąż żyje strzępkiem sławy, który został mu z dni, kiedy jego Notatki z życia zostały dobrze przyjęte przez krytyków. Paul Morris jednak nie gardzi sobą – życiowe niepowodzenia zwala raczej na karb niefortunnych okoliczności, niesprzyjającego losu, pecha… sam nie obwinia się o obecny standard życia. Na ludzi bogatszych od siebie i ustatkowanych patrzy z pewną wyższością podszytą złością i zawiścią. Paul Morris nie jest typem bohatera, którego łatwo polubić czy mu współczuć.

Pewnego dnia wchodzi do jednej z księgarń, chowając się przed deszczem (chyba we wszystkich wspomnieniach Paula obecny jest deszcz – prawdziwy czy będący jedynie wytworem jego literackiej fantazji podpowiadającej, że ulewa dodaje wspomnieniom nostalgii?) i pragnąc nawiązać kontakt z atrakcyjną kobietą siedzącą za ladą. Wtedy wszystko się zaczyna, choć rudowłosa ekspedientka zbywa go znudzonym wzrokiem. Jednak Paul spotyka w księgarni jeszcze kogoś, starego znajomego z czasów studiów, z którego siostrą, Florrie, niegdyś się spotykał. Andrew Hopkins to w zasadzie przeciwieństwo naszego pisarza – ustatkowany, piękna żona, dorastająca córka, nieskazitelny garnitur, praca w firmie prawniczej, dobre zarobki, dom na przedmieściach. Choć Paul nie przypomina sobie, by ich ostatnie spotkanie było nazbyt serdeczne, Andrew zapisuje jego numer telefonu i wkrótce zaprasza pisarza do siebie na kolację. Morris nie miał oczywiście ochoty uczestniczyć w snobistycznym obiadku, oglądać idealnego życia dawnego znajomego, ale… od tak dawna nie miał w ustach posiłku, który nie byłby tanim fast foodem, że po prostu nie mógł się oprzeć. Na miejscu okazuje się, że jest tam jeszcze jedna znajoma Paula z dawnych czasów – Alice. Zupełnie wbrew sobie (Alice jest dla niego za stara – ma troje dzieci, w tym dwoje to nastolatkowie, poza tym jest wdową) zaczyna z nią flirtować, a kiedy sprawy przybierają nieco poważniejszy obrót, robi wszystko, by wprosić się na ich tradycyjny wakacyjny wyjazd do Grecji, gdzie zresztą spotkali się już kiedyś w dość niefortunnych okolicznościach, 10 lat temu.

Paul Morris nie może znieść tego, jak bardzo różni się od towarzystwa, w jakim obraca się, będąc u boku Alice. Drogie posiłki, luksusowe samochody, wakacje, podczas których nie trzeba martwić się o pieniądze… Jak by wyglądał, gdyby jego nowi (nowi-starzy) znajomi odkryli, że tak właściwie jest spłukany, że nie ma stałego adresu zamieszkania i nie stać go nawet na bezpośredni lot do Grecji? Od kłamstwa do kłamstwa buduje więc swój wizerunek na nowo. Jeden fałsz więcej nie zrobi nikomu różnicy, prawda? Otóż nie, Paul, zrobi wielką różnicę, ale Tobie przyjdzie się o tym przekonać, kiedy będzie już za późno, kiedy Twoje życie zmieni się nieodwracalnie. Tylko że wtedy przy pisarzu nie było nikogo, kto by mu o tym powiedział. Pytanie tylko, czy musiał? Czterdzieści dwa lata to chyba odpowiedni wiek na to, by uświadomić sobie, że czym innym jest drobne kłamstwo, którym posłużymy się raz na jakiś czas, a czym innym bańka fałszu, w której się zamkniemy, głusi i ślepi na fakt, że kiedy ta bańka pęknie, nie będzie ani powrotu do krainy prawdy, ani nikogo, kto by nam pomógł wytrzeć mydliny własnych bzdur i bajań.

Kłamstwo obraca się przeciwko niemu, kiedy udaje mu się w końcu wprosić na greckie wakacje. Powoli i systematycznie, choć nieświadomie, Paul Moris kopie ogromną, głęboką przepaść, podczas gdy jest przekonany, że wykuwa własny pomnik. A kiedy czeluść jest dostatecznie mroczna i bezdenna, nie musi nawet skakać, popchnięty siłą sumy wszystkich kłamstw i błędów, jakie popełniał przez ostatnie dwadzieścia lat. Zdziwicie się jednak, bo choć Skłam ze mną skategoryzowane jest jako thriler, tak naprawdę przez większość lektury niewiele na to wskazuje. Choć może wypadałoby powiedzieć inaczej – nie jest to typowy thriller. Trzeba bowiem przyznać autorce, że napięcie wyczuwalne jest od niemal pierwszych stron powieści. Nawet, kiedy nie znamy jeszcze zakończenia, kiedy nieświadomi niczego, poznajemy historię człowieka, który nie umie mówić prawdy, w obawie o opinię innych ludzi, czujemy podskórnie (i nie chodzi tu o zapowiedzi wydawcy), że ścieżka, którą kroczy, wiedzie do naprawdę mrocznego lasu.

Nie miałam w zasadzie żadnych oczekiwań, sięgając po powieść Sabine Durrant, była ona bowiem dla mnie całkowitą nowością, czymś, po co sięgnęłam, nie znając żadnych opinii, nie czytając żadnych recenzji. I choć okładka wygląda bardzo niepozornie, a opis nie jest zbyt intrygujący, to sama lektura, niemal do końca, zaskakiwała mnie pozytywnie. Skłam ze mną czyta się błyskawicznie, choć nie pomaga w tym główny bohater, którego prawie cały czas po prostu znosimy czy raczej tolerujemy, ze względu na to, że jest głównym bohaterem powieści, więc w złym guście byłoby go wypraszać z jego własnej historii. Jednak wbrew całej antypatii, jaką do niego czujemy, trzeba przyznać, że zarówno Paul, jak i reszta postaci, została bardzo sprawnie nakreślona. Otrzymujemy bohaterów charakterystycznych i wiarygodnych, nie mamy problemu z wyobrażeniem sobie ich ani z odczuwaniem wobec nich różnych emocji. Dość wysoką ocenę, jaką zamierzałam wystawić książce, zaniżył jednak finał. Nagromadzone napięcie sprawiło, że oczekiwałam czegoś, co po pierwsze, bardziej wbije mnie w fotel, a po drugie – będzie dla mnie większym zaskoczeniem. Zakończenie można przewidzeć dość wcześnie, ale być może taki był też zamiar autorki, która bardziej postanowiła skupić się na ukazaniu siły autodestrukcji, jaką człowiek w sobie posiada, niż snuciu zawiłej intrygi. Poza tym, możliwe, że my, czytelnicy, jesteśmy bardziej wymagający co do lektury, z każdą przeczytaną książką. Skoro mamy za sobą już tyle kryminałów, tyle thrillerów, literackich zniknięć i morderstw, sekretów i zagadek, jesteśmy bardziej wyczuleni na niuanse i wszelkie drobne znaki, rozsiewane przez pisarzy na stronach książek – być może nie powinniśmy winić twórców? Być może nasze wymagania są zwyczajnie zbyt duże? Ale czy wielcy twórcy nie biorą się właśnie stąd, że w przeciwieństwie do tłumu tych mniejszych, potrafią sprostać nawet największym wymaganiom? Wydaje mi się, że to również temat na nieco inną dyskusję…

Skłam ze mną to naprawdę niezła książka, której nie można odmówić tego, że podczas lektury sprawia czytelnikowi przyjemność. Sabine Durrant ma lekkie pióro, które sprawnie prowadzi nas przez kolejne rozdziały, kolejne kłamstwa i kolejne poziomy czeluści, w jaką pcha się nieświadomy jej mroku Paul Morris. Nie jest to może thriller, którego zakończenie zwali nas z nóg, ale sama koncepcja i formuła powieści – która trzyma w napięciu i utrzymuje się cały czas w klimacie thrillera, podczas gdy przez dłuższy czas fabuła stoi w opozycji do tego gatunku – zasługuje na czytelniczą uwagę. Warto też poznać samego Morrisa – którego w końcu udaje nam się może nie polubić, ale obdarzyć współczuciem – w ramach przestrogi przed budowaniem fałszywego wizerunku. Czasami bywa tak, że gigantyczne kłamstwo ujdzie komuś na sucho, ale lawiny drobnych nieprawd świat nam już nie wybaczy.

Fot.: Wydawnictwo Zysk i S-ka

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

1 odpowiedź

  1. Aneta Maciejewska napisał(a):

    Ja dopiero planuję recenzję tej książki. Nastawiłam się na wielkie wow, ale jak wynika z Twojej recenzji, zbyt dużo oczekuję. Zobaczymy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *