Trzy po trzy #15: Najlepsze filmy na babski wieczór

filmy na babski wieczór

Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach, kiedy nikomu jeszcze nie śniło się, że na oscarowej gali może mieć mieć miejsce taka wpadka, jak wręczenie statuetki w najważniejszej kategorii twórcom nie tego filmu, co trzeba; kiedy nikt jeszcze nie przypuszczał, że majowe noce przywitają nas przymrozkami – nasi redaktorzy podzielili się z czytelnikami najlepszymi – ich zdaniem – tytułami na męski wieczór. Ci z Was, którzy nie czytali, wciąż mogą zapoznać się z artykułem TUTAJ. Dziś natomiast damska część naszej redakcji wymienia filmy, które mogą świetnie sprawdzić się na babski wieczór – kiedy można odetchnąć od codziennych trosk, obgadać nieobecne koleżanki i facetów. No i zrelaksować się przy dobrym, babskim filmie. Paulina, Martyna i Sylwia proponują filmy bardzo różne – od typowych komedii romantycznych, przez animację, a na fantasy okraszonym czarnym humorem kończąc. Jeśli przed Wami babski wieczór i nie wiecie, jaki film obejrzeć, zachęcamy do lektury artykułu. Całą resztę oczywiście również. Być może nawet mężczyźni znajdą tu jakieś warte uwagi tytuły. A kto wie, może któraś z produkcji pozwoli im w końcu zrozumieć kobiety? Sprawdźcie, jakie filmy na babski wieczór polecamy ;).


 Paulina Leszczyńska

Dziennik Bridget Jones (2001), reż. Sharon Maguire

Gdy słyszę hasło “film na wieczór w babskim gronie”, do głowy od razu przychodzi mi historia Bridget Jones. Zakompleksiona Brytyjka uosabia wszystko to, czego my, kobiety, tak bardzo się boimy. Ma nadwagę, a wieczory spędza, obżerając się przed telewizorem. Jakby tego było mało, jest okropnie samotna. Choć trzydzieste urodziny ma już dawno za sobą, wciąż nie znalazła swojego księcia. Czyż jej codzienność nie wydaje się koszmarem? Żadna z nas nie chce przecież być gruba i samotna. Zdaje się, że pocieszna Bridget radzi sobie ze swoją sytuacją, jednak w końcu i ją dopada smutek i rozpacz. Dziennik Bridget Jones choć być może nie powinien, naprawdę bawi. Przygnębiające życie tytułowej bohaterki momentami staje się wręcz komiczne. Sytuacje prowadzące do niefortunnych wydarzeń na pewno nie pozwolą Wam się nudzić. Nieporadność tytułowej bohaterki jest jednak urocza i na swój sposób urzekająca. Kiedy wydaje się, że kobiecie w końcu coś zaczyna się w życiu układać, pasmo jej drobnych sukcesów zostaje brutalnie przerwane za sprawą zupełnie nieprzewidywalnego obrotu spraw, który po raz kolejny stawia pod znakiem zapytania jej wszystkie osiągnięcia. Z pewnością film ten doda otuchy każdej z nas. Często załamujemy się drobnostkami. Bridget udowadnia za to, że nieważne jak źle by nie było, zawsze warto walczyć o siebie i swoje marzenia. W końcu nawet ktoś o tak przeciętnej urodzie znalazł swoich przystojnych adoratorów! Nie pozostaje nam więc nic innego, jak tylko cieszyć się swoimi zaletami, podnieść głowę wysoko do góry i maszerować dumnym krokiem! Mężczyźni nie są w stanie w pełni zrozumieć przekazu całej opowieści. Produkcja Sharon Maguire to prawdziwe babskie kino.

Narzeczony mimo woli (2009), reż. Anne Fletcher

Ta pozycja rozpoczyna się raczej przeciętnie. Niesympatyczna szefowa i jej zapracowany podwładny. Typowy klasyk. Sytuacja staje się znacznie ciekawsza, gdy okazuje się, że owa szefowa jest Kanadyjką, a jej wiza wkrótce straci ważność. Jak zapobiec niechcianej deportacji? Oczywiście, znajdując sobie amerykańskiego męża! A kto nadaje się do tego lepiej niż samotny asystent, którego ostatnim życzeniem byłaby aktualnie utrata pracy? Drobny szantaż i sprawa zostaje wyjaśniona. Para musi udawać, że nagle połączyła ich wielka i dozgonna miłość. Patrząc jednak na ich charaktery, od razu widać, że są jak ogień i woda. Jak więc mają stanąć na ślubnym kobiercu?

W filmie Fletcher nie znajdziemy raczej nieoczekiwanych zwrotów akcji ani zakończenia, które wbije nas w fotel. To zwyczajna komedia romantyczna. Jest w niej jednak coś wyjątkowego. Chemia między Sandrą Bullock i Ryanem Reynoldsem jest wręcz wyczuwalna, a humorystyczne sceny niejedną z nas byłyby w stanie doprowadzić, jeżeli nie do łez, to chociaż do szczerego śmiechu. Jeżeli po ciężkim dniu potrzebujemy czegoś lekkiego, co pomoże nam oderwać się od codzienności, Narzeczony mimo woli powinien sprawdzić się idealnie. Co bowiem działa lepiej od nieskomplikowanej komedii romantycznej, której zakończenie jest oczywiste już w pierwszych minutach filmu? Tak nieskomplikowana rozrywka to niejednokrotnie wszystko, czego nam trzeba.

Jak stracić chłopaka w 10 dni (2003), reż. Donald Petrie

Film z Kate Hudson i Matthew McConaugheyem w rolach głównych to kolejna przewidywalna komedia romantyczna. O ile jednak niektóre filmy z tego gatunku są raczej mało śmieszne, a czasem nawet żenujące, o tyle Jak stracić chłopaka w 10 dni jest naprawdę komiczne. Ona ma napisać artykuł i zniechęcić go do siebie. On natomiast zakłada się, że wytrzyma z blond wiedźmą całe 10 dni. Ona uprzykrza mu życie na wszystkie możliwe sposoby, a on cierpliwie znosi jej koszmarne wybryki.

Filmowy duet również i tutaj prezentuje się nienagannie. Hudson i McCounaghey świetnie sprawdzili się w przydzielonych im rolach. Odpowiedni dobór głównych aktorów to połowa sukcesu. Skoro fabuła tak czy inaczej nie jest zbyt zachwycająca, przynajmniej aktorzy powinni przykuwać uwagę i odciągać ją od oczywistych niedociągnięć fabularnych.

Sceny zabawne przeplatają się niejednokrotnie z wątkami poważniejszymi, a chwilami nawet nieco przygnębiającymi. Wszystko jednak jakoś się układa, a my, dopingując sympatycznych głównych bohaterów zmierzamy, do (a jakże!) szczęśliwego zakończenia. Przecież inaczej być nie mogło!


Martyna Michalska

Smażone zielone pomidory (1991), reż. Jon Avnet

Moje propozycje w tym zestawieniu otwiera mój absolutnie ukochany film. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy już go widziałam, za każdym razem jednak na nowo rozczula mnie historia Idgie i Ruth. A historia ta, choć słodko-gorzka jest przeurocza. W dużym skrócie mówiąc, fabuła opiera się na opowieści, którą Ninny Threadgoode raczy Evelyn Couch (fenomenalna Kathy Bates). W opowieści tej przenosi widza do Alabamy lat 30. XX w., a konkretnie małej miejscowości Whistle Stop, gdzie w pewnej kawiarni serwuje się tytułowe pomidory. Dlaczego, moim zdaniem, jest to idealna propozycja na babski wieczór? Bo w filmie jest wszystko, co (tak, wiem, zabrzmi to bardzo stereotypowo) trafi w kobiecą wrażliwość. Jest delikatnie zarysowany wątek miłosny, jest postać wyzwolona, która nie zgadza się na męską dominację, przyjęte normy obyczajowe i kulturowe, a dla fanek intryg kryminalnych znajdzie się również zbrodnia. I choć wszystko dzieje się w czasach, kiedy Ku Klux Klan ma się świetnie, a czarnoskórzy uważani są za gorszych od białych, historia i tak jest ciepła i wzruszająca. Warto wspomnieć, że film jest ekranizacją powieści Fannie Flagg, czyli autorki książek uznawanych za typowo kobiece. Tak więc jeśli ową autorkę lubicie, film na pewno też przypadnie Wam do gustu. Jeśli nie, to i tak nie stracicie czasu.

Służące (2011), reż. Tate Taylor

Mam jakąś słabość do historii, gdzie apartheid jest wyraźnym tłem wydarzeń. W tej sytuacji nie mogłabym nie umieścić w moich propozycjach Służących. Fabułę zapewne każdy zna, jednak pro forma pozwolę sobie przypomnieć, że sugerowany przeze mnie film to opowieść o kobietach, które ze względu na kolor skóry przez lata były tłamszone i niedoceniane. Zniewolone przez system, w którym rządzą biali, tak naprawdę dla wielu pokoleń były najważniejszymi osobami na świecie. Mowa tu oczywiście o czarnoskórych gospodyniach domowych, które przez całe życie zmuszone były pracować dla swoich białych panów, gotując im obiad, sprzątając piękne domy i bawiąc ich dzieci. Historia tych bohaterek opowiedziana została przez świetny scenariusz i wyraziste charaktery (brawa należą się zwłaszcza zdobywczyni Oscara za drugoplanową rolę Minnie – Octavii Spencer) i nie można jej nic zarzucić. Nie jest naiwna w żaden sposób, jest pokazana mądrze, z pewną dozą goryczy, ale i sytuacji, w których można się uśmiechnąć od ucha do ucha, gratulując bohaterkom odwagi i cierpliwości. Jest to jeden z tych nielicznych filmów, który zarówno ja, jak i moi bliscy ocenili bardzo wysoko, co ze względu na różne gusta, nie jest tak często spotykane. Jestem więc pewna, że większość żeńskiej (i nie tylko) publiczności nie będzie żałować wyboru.

Kraina lodu (2013), reż. Chris Buck, Jennifer Lee

Długo zastanawiałam się nad trzecią propozycją i przeglądając w pamięci listę obejrzanych przeze mnie filmów, postukałam się w głowę z niedowierzaniem, że mogłam wcześniej nie pomyśleć o Krainie Lodu. W Internecie, chcąc nie chcąc, można było natknąć się na częściowe chociaż opisy fabuły, więc jestem pewna, że każdy ją zna lub choć mniej więcej kojarzy. Film jest dla mnie wyjątkowy z kilku względów. Po pierwsze, bardzo podoba mi się, jak pokazano główną bohaterkę. Od osoby, która musi ukrywać się przed światem, ze względu na strach przed samą sobą i przed tym, że może komuś wyrządzić krzywdę, do bohaterki silnej, pogodzonej ze swoją naturą, co można odnieść do własnych naszych kompleksów i lęków i dać motywację do walki z nimi. Po drugie, dialogi są napisane wspaniale, a w polskiej wersji językowej dubbing jest istną wisienką na torcie. Po trzecie, to chyba jedyna bajka, w której zdrowy rozsądek wygrywa z lekkomyślnością – mam tu na myśli scenę, w której Anna chce wziąć ślub z księciem, na co Elsa odpowiada nie możesz poślubić kogoś, kogo dopiero poznałaś. Abstrahując już od samej treści filmu, bajka jest zanimowana fenomenalnie, a jakbym miała się do czegoś doczepić, to piosenki, których było trochę za dużo. Warto jednak uważnie ich słuchać, żeby nie przegapić momentu, kiedy będzie można razem z towarzyszkami wieczoru drzeć gardło do najbardziej rozpoznawalnego i dającego ogromnego kopa utworu Mam tę moc.


Sylwia Sekret Sylwia Sekret

BrooklynBrooklyn (2015), reż. John Crowley

Nominowany w zeszłym roku do Oscara w kategori Najlepszy film Brooklyn będzie dla wielu opowieścią z pewnością nudną. Nie ma tu zwrotów akcji, nie ma szybkiego tempa, nie ma zaskoczeń. Jest jednak życie pewnej młodej kobiety, która nie tylko musi poradzić sobie z samotną wyprawą w wielki świat, w którym nikogo nie zna, ale wkrótce także będzie musiała zmierzyć się z większymi problemamu – śmiercią ukochanej siostry i decyzją z tym związaną, która zaważy na jej życiu, a także z rozdartym na dwie części sercem. Brooklyn to w zasadzie typowy melodramat, ale to, co mnie w nim urzekło chyba najbardziej, to to, że mimo miłosnej tematyki, w zasadzie główny dramat nie jest ukazany od strony stricte romantycznej. Ten film świetnie wpisuje się w kategorię filmów bardzo życiowych, w których dzięki temu, że opowiadają o życiu, bez wymyślnych fabularnych rozwiązań i poruszają prawdziwe, ludzkie poroblemy, nie będzie chwili na taką rzeczywistą nudę. No, chyba że dla kogoś realne, życiowe problemy są nudne i filmy woli oglądać o kłopotach wziętych z kosmosu – to już wtedy zupełnie inna śpiewka. Dlaczego jednak wybrałam ten film na babski wieczór? Bo w subtelny sposób ukazuje wielopłaszczyznowy dramat młodej kobiety, która często o wiele bardziej niż mężczyzna rozdarta jest pomiędzy dwoma domami, ponieważ to od kobiety wymaga się, by była przy rodzicach i pomagała im w razie potrzeby, zaniedbując własne życie. Dodatkowymi walorami filmu są piękne kostiumy, zapadająca w pamięć muzyka (świetna pisenka ze zwiastuna filmu – Gabrielle Aplin Home) i świetnie i przede wszystkim niezwykle naturalnie grający aktorzy – Saoirse Ronan i Emory Cohen. Brooklyn to pozornie spokojny film o niespokojnym sercu, idealny do kilu wzruszeń na babskim wieczorze filmowym, ale niepachnący tandetą, banałem i ckliwością. A przynajmniej nie dla mnie.

Biały oleander (2002), reż. Peter Kosminsky

Na początku miałam ogromny problem z wyborem filmów na babski wieczór. Tym bardziej że koleżanki wypowiadające się wyżej wyprzedziły mnie z niektórymi pomysłami. Oczywistymi dla mnie wyborami były bowiem produkcje: Bridget Jones, Smażone zielone pomidory i Służące. Dopiero po kilku dniach przypomniałam sobie, że jest jeszcze jedna ekranizacja powieści, która idealnie wpasowuje się w nasz dzisiejszy temat, a mianowicie Biały oleander. Film z Michelle Pfeiffer i Alison Lohman w rolach głównych powstał na podstawie świetnej książki Janet Fitch (jej późniejsza powieść, Pomaluj to na czarno, niestety nie była już tak rewelacyjna) i nie tylko porusza wiele problemów ważnych w życiu kobiet, ale także świetnie zostały w nim nakreślone kobiece postaci, nie tylko dwie najważniejsze – matki i córki, ale także kolejnych matek zastępczych. Biały oleander opowiada bowiem o życiu Astrid, która w wieku lat kilkunastu trafia do pierwszej rodziny zastępczej, ponieważ jej matka w akcie zazdrości zamordowała swojego kochanka, przez co trafiła do więzieia. Od tej pory życie dziewczyny będzie wędrówką od jednej rodziny do drugiej, a w żadnej nie będzie się czuła sobą. Główną problematyką będzie jednak toksyczna relacja z matką, która nawet z więzienia będzie próbowała sterować życiem córki. To również opowieść o pierwszych miłościach, zdradach, problemach zarówno kobiet młodszych, jak i tych już bardziej doświadczonych przez życie. Ważnym elementem historii jest również to, że widzimy, jak stopniwo dochodzi do przemiany Astrid – z nieśmiałej dziewczyny, która wykonuje rozkazy matki, przez buntowaną nastolatkę, która nie wie, co jest dla niej dobre, po kobietę, która zamierza pierwszy raz w życiu zawalczyć o swoje szczęśćie. Ten film również jest dobrze zagrany i – co ważne – klimatyczny. Na długo pozostaje w pamięci. Jak najbardziej pasuje na babski wieczór. Kiedy już wzruszymy się trochę, oglądając Brooklyn, późiej możemy przerzucić się na coś cięższego gatunkowo i zapałać trochę nienawiścią do niektórych postaci – zwłaszcza toskycznej matki.

Czarownice z Eastwick (1987), reż. George Miller

I kolejny film na podstawie książki, choć muszę się szczerze przyznać, że dopiero teraz, pisząc ten artykuł, odkryłam ów sekret. W każdym razie po wzruszeniach i prawdziwych dramatach czas na coś z nieco innej półki gatunkowej. Film przypisany jest do kategorii: fantasy, czarna komedia. I w zasadzie pasują obydwa te określenia. Produkcja w reżyserii Millera opowiada o trzech kobietach (w tych rolach: znów Michelle Pfeiffer, Cher i Susan Sarandon – obsada więc doborowa), które zostały porzucone przez mężów. Są przyjaciółkami i wiodą żywot bez mężcyzn u boku. Jednak pomimo wzajemnego wspierania się, taki stan rzeczy z czasem zaczyna im doskiwerać. Marzą o poznaniu jakiegoś idealnego faceta i wtedy, nagle, w mieście pojawia się ni stąd, ni zowąd nieznany nikomu mężczyzna (w tej roli Jack Nicholson). Daryl van Horne od razu zwraca ich uwagę, a on również nie pozostaje im dłużny. Problem w tym, że nawiązuje romans z każdą z nich. Kiedy się o sobie dowiadują, targa nimi wściekłość. Jednak i ona szybko mija… jakim cudem? No cóż, okazuje się, że Daryl van Horne wcale nie jest takim zwykłym mężczyzną, a i trzy kobiety w jego obecności zaczynają odkrywać w sobie pewne moce. Film jest zabawny, a i śmiech powinien się znaleźć na babskim wieczorze (przede wszystkim!), ale absolutnie nie jest pustą komedią romantyczną – o nie, stoi na przeciwnym biegunie. Choć film widziałam bardzo dawno temu, niektóre sceny do tej pory mam przed oczami. Jak na przykład tę, kiedy każda z kobiet musiała się zmierzyć z tym, czego się najbardziej bała – a były to kolejno: węże, starość i ból. Czarownice z Eastwick to film z 1987, więc kiedy miał swoją premierę, mnie nie było jeszcze na świecie (choć zbliżałam się już wielkimi krokami) i również w tym tkwi pewien jego urok. Mam wrażenie, że gdyby dziś powstał remake, byłby raczej żenujący niż ciekawy i momentami zabawny. Ale kto wie, może się mylę? Ta produkcja opowiada o trzech kobietach, które będa musiały sobie poradzić z samotnością, zazdrością, a później także i… nieludzkimi mocami. Warto obejrzeć go także ze względu na to, że pokazuje w ciekawy i niebanalny (bo fantastyczny) sposób nie zawsze łatwe relacje między przyjaźniącymi się kobietami – że czasami wystarczy “po prostu” mężczyzna, by zniszczyć wieloletnią przyjaźń, a czasami wystarczy złość do mężczyzny, by kobiety znów się zjednoczyły i przypomniały sobie o sile przyjaźni. Ten film to jeden z tych obrazów, który obejrzałam po raz pierwszy z moją mamą (podobnie jak Thelma i Louise, który też powinien się tu znaleźć, a także Kolor purpury czy Stalowe magnolie) i również z tego względu mam do niego sentyment i kojarzy mi się “kobieco”. Jeśli jeszcze nie widziałyście, sprawdźcie – może i dla Was okaże się interesujący i nie taki typowy.


Fot.: United International Pictures Sp z o.o., Forum Film Poland Sp. z o.o., Universal Pictures, Walt Disney Animation Studios, Monolith, Warner Bros.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *