Trzy po trzy #17 – Dowody na to, że polska muzyka ma się dobrze

Mówimy: polska muzyka, myślimy: komercyjne hity puszczane do znudzenia w radiu. Ale czy musi tak być i, co najważniejsze, czy w ogóle tak jest? Rzecz w tym, że nie, tyle że często nie mamy nawet pojęcia o tym, jak wiele jest świetnych wykonawców w naszym kraju, tworzących naprawdę dobrą muzykę. Niektórych trzeba po prostu odkryć, innym dać szansę. Bywa też tak, że wolimy szukać wyjątkowych artystów poza granicami Polski. Dlaczego? Trudno powiedzieć, ale na szczęście mimo wszystko nie brakuje ani świetnych polskich artystów, ani fanów, którzy znajdą ich zawsze i wszędzie [oczywiście nie za zasadzie prześladowania, ale raczej odkrycia – przyp. red.]. Dziś w kolejnym artykule z cyklu Trzy po trzy, Małgosia, Martyna i Sylwia postanowiły podzielić się z Wami swoimi typami – wykonawcami lub konkretnymi albumami, które mogą śmiało służyć za dowód na to, że polska muzyka naprawdę ma się dobrze. Być może niektóre zespoły czy artyści nic Wam nie powiedzą, być może nie znajdziecie tu żadnego zaskoczenia… O tym jednak przekonacie się, czytając poniższy tekst, do czego zachęcamy!


Małgosia Kilijanek

Za każdym razem, gdy słyszę krytykę dotyczącą muzyki ogólnie określanej jako polska, proszę o niegeneralizowanie i od razu podaję nieco przykładów, które mają przekonać mojego rozmówcę, iż wystarczy jedynie wiedzieć, gdzie szukać, by przestać wygłaszać takie opinie. Cykl Trzy po trzy ma to do siebie, że redaktorzy wymieniają po… trzy pozycje, przez co doświadczam trudności, uważając, iż trzy to za mało. Postaram się jednak trzymać szablonu i jako pierwszą zasługującą na miano tworzącej piękne dźwięki prosto z Polski, wymienię:

Oly.

Pod tym pseudonimem kryje się wyjątkowo utalentowana Aleksandra Komsta, którą po raz pierwszy usłyszałam podczas radiowego koncertu związanego z premierą jej debiutanckiej płyty Home. W minimalistycznych i nastrojowych kompozycjach umieszczonych w albumie wybrzmiewa delikatny, nieco nostalgiczny, a jednocześnie ciepły wokal. Twórczość ta staje się propozycją podróży do krainy dźwięków przepełnionych wrażliwością, gdzieś pomiędzy melancholię (From The Past), ambient (Cemeteries of Lights), ale i dynamiczność (Afterlife). Warto zwrócić uwagę na zaaranżowany impresyjnie utwór The Loneliest Whale On Earth, opowiadający historię wieloryba, który nie mógł nawiązać bliskiego kontaktu z innymi przedstawicielami morskich ssaków, ponieważ nadawał na innej częstotliwości niż one. Cała płyta koncepcyjnie nawiązuje do wspomnień i przeżyć młodej kompozytorki, a większość tekstów napisanych zostało przez nią w jej domu rodzinnym (stąd tytuł). Home to dawka muzycznej alternatywy, pełna autentyczności i niewymuszonej swobody. Kolejność utworów nie jest przypadkowa, gdyż stopniowo budują one napięcie, między innymi poprzez użycie odpowiednich instrumentów – od kalimby (My Dear Friends), po perkusyjne uderzenia, mocniejsze pociągnięcia gitarowych strun i syntezatory.

Ola, z kalimbą czy ukulele w ręku, swym głosem potrafi wyczarować niesamowite opowieści, przyprawiające o ciarki na całym ciele, o czym przekonałam się już kilkukrotnie na jej koncertach. Wkrótce ukazać się powinien jej drugi krążek, którego fragmenty od jakiegoś czasu można usłyszeć podczas występów Oly. na żywo. To artystka, której twórczość zdecydowanie znać wypada. W debiutanckim albumie zasłuchuję się od premiery i choć minęły już dwa lata, a towarzyszy mi on dość często, wcale się nie nudzi…

Oly. feat. Low Roar – The Loneliest Whale On Earth:

Oly. feat. Low Roar – The Loneliest Whale On Earth (Official Video)

Oly. – Afterlife:

Oly. – Afterlife (Official Video)

 

Youth Novels

Moje wielkie odkrycie. Pamiętam, że po raz pierwszy natknęłam się na Anię Babrakowską i Emila Nowaka przy okazji ich coveru Shattered Mirrors śląskiego duet Coals. Chociaż wtedy nie prezentowali jeszcze własnej twórczości, bacznie śledziłam ich aktywność i spodziewałam się udostępnienia czegoś więcej. Warto było czekać, ponieważ EP-ka I used to wreck it all okazała się pięknym początkiem współpracy pod szyldem Youth Novels. Pierwsze próby z autorskim materiałem Ania i Emil odbyli podczas wakacji 2015 roku i jeszcze w sierpniu umieścili w sieci pierwszy utwór, zatytułowany Marionette, do którego tekst napisał ich znajomy, Sebastian Romanowski. Później nadszedł czas na debiutancki koncert – support dla grupy Sister Wood w Estradzie Poznańskiej, 15 listopada 2015 roku. Co wydarzyło się następnie? Występ na Open’erze, Spring Break’u, support Oh Wonder i mniejsze koncerty, jak chociażby w krakowskim Magazynie Kultury, po którym miałam okazję zadać kilka pytań tym niesamowicie utalentowanym młodym artystom (wywiad tutaj). Cytując notkę prasową, Youth Novels prezentują oszczędne, quasi-akustyczne kompozycje spod szyldu szeroko pojętej alternatywy, łączące w sobie elementy z pogranicza post-rocka i surowego, chłodnego folku. Dodam, że klimaty oniryczno-melancholijne towarzyszą ich twórczości od początku i kontynuowane zostają na drugiej EP-ce, Chaos I Create, która premierę miała 17 listopada. Materiał stworzony w całości przez Anię i Emila to nieco bardziej mroczne brzmienia, stanowiące połączenie chóralnego patosu z shoegaze’owymi akcentami. Muzyka Youth Novels to wyraz czystych oraz szczerych emocji, potrafiących w zupełności oczarować. Zasłuchuję się w tych kompozycjach równie intensywnie, prezentując je wszystkim wokół. Wydaje mi się również, iż ich ciekawe aranżacyjnie wykonanie coveru Ściąć wysokie drzewa grupy Myslovitz (jeszcze z Arturem Rojkiem), może konkurować z oryginałem.

Youth Novels – Bloody Wrecker:

Youth Novels – Bloody Wrecker // Vintage Sessions 4K @ Szkoła Muzyki Nowoczesnej

Youth Novels – Ściąć Wysokie Drzewa:

Youth Novels – Ściąć Wysokie Drzewa

 

Artur Rojek

Jak wspomniałam na początku, niesamowicie problematycznym okazało się dla mnie wybranie jedynie trzech polskich twórców do zestawienia tych, których muzyką możemy się szczycić. Czy zaprezentować artystów mniej znanych, by mogli zostać odkryci przez nowych słuchaczy, czy może postawić na tych, których zna większość? Początkowym założeniem była pierwsza opcja, jednak po premierowym odsłuchu Koncertu w NOSPR, nie mogłam powstrzymać się od umieszczenia tutaj postaci, która zapisała się już na kartach historii polskiej muzyki dość wyraźnie. Najnowsza płyta Artura Rojka to nagrany dwa lata temu zapis koncertu w ramach trasy promującej Składam się z ciągłych powtórzeń. Występ zarejestrowany został w sali katowickiego NOSPR-u, o wspaniałej akustyce, z udziałem nie tylko zespołu, ale również Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. W repertuarze natomiast zagościły utwory nie tylko z albumu solowego. Nie zabrakło brzmień Lenny’ego Valentino i Myslovitz, które przestrzenna aranżacja pozwoliła odkryć na nowo. Utwory, takie jak chociażby Syreny, Chciałbym umrzeć z miłości, Beksa, Długość dźwięku samotności – połączone z odzewem widowni (na przykład wyśpiewany przez zasiadających pod sceną refren: I nawet kiedy będę sam / Nie zmienię się, to nie mój świat / Przede mną droga, którą znam, / Którą ja wybrałem sam), brzmią wyjątkowo. Wydaje mi się niełatwym znalezienie osoby, która nie słyszała choćby jednej piosenki wykonanej przez Rojka. To właśnie jego teksty uznać można za ponadczasowe, wciąż aktualne i poruszające, a utwory za odtwarzane, słuchane w dalszym ciągu. To wyjątkowo skromny, wrażliwy, opanowany człowiek. Organizator niepowtarzalnego i cenionego OFF Festivalu (tutaj znajdziecie relację z tego wydarzenia). Człowiek, którego biografia to nie tylko wywiad-rzeka Aleksandry Klich umieszczony w okładkach Inaczej, ale również wiele wersów pisanych przez niego tekstów. Artysta przez wielkie A. I choć podkreśla, jak bardzo angażuje go organizacja festiwalu oraz ile wymaga od niego proces twórczy, obiecuje kolejną solową płytę w drugiej połowie roku 2018. Słuchaczom nie pozostaje więc nic innego, jak niecierpliwe oczekiwania wypełnione ponownym odtwarzaniem tego, co trwa, dopóki sam, tego chcesz.

Artur Rojek – Syreny:

Artur Rojek – Syreny (Live)

Artur Rojek – Chciałbym umrzeć z miłości – Live:


 

Sylwia Sekret

Również nie lubię takiego generalizowania, ale jeszcze bardziej denerwuje mnie coś innego, jeśli chodzi o niechęć Polaków do polskiej muzyki. Szlag mnie trafia, kiedy ktoś ze zblazowana miną potrafi powiedzieć, że polscy muzycy nie dorastają tym zagraniczym do pięt, a kiedy spytamy tego szanownego kogoś, z czego tak wnioskuje i jaką muzykę konkretnie ma na myśli, zazwyczaj pada odpowiedź, że… no z radia. Jednak większy szlag trafia mnie wtedy, kiedy okazuje się, że ten sam jegomość słucha zagranicznych utworów, których tekst w luźnym tłumaczeniu brzmi mniej więcej tak: kochanie, kocham cię, kochanie, nie odchodź, zabawmy się, oł je. No cóż, ja słucham głównie polskiej muzyki i zazwyczaj kiedy ktoś się o tym dowie – szybko traci zainteresowanie ulubionymi przeze mnie artystami czy piosenkami, chyba od razu zakładając, że słucham piskliwych pań z radia wyśpiewywujących kolejny utwór o kolejnej nieszczęśliwej miłości. Tymczasem jest cała masa polskich wykonawców, zespołów, które zasługują na uznanie, szacunek i przede wszystkim danie szansy – zarówno ze względu na muzykę, jak i na tekst, który jej towarzyszy, a do którego ja sama przykładam ogromną wagę. Przyłączam się więc dziś do Gosi i Martyny z wielka chęcią, by spróbować chociaż udowodnić, że polska muzyka naprawdę ma się dobrze. Gusta oczywiście są różne, dlatego mam nadzieję, że fakt, iż jesteśmy tu dziś w trójkę, pomoże nam dotrzeć do najróżniejszych gatunków muzycznych.

PM2 Collective – Bob z miasta Dylan

Na ten zespół trafiłam kompletnym przypadkiem, kiedy mój redakcyjny kolega (a prywatnie moja lepsza połowa) otrzymał album Bob z miasta Dylan do recenzji. Żadne z nas nie słyszało wtedy o tym projekcie, który w moment nas zauroczył. Szybko nabrałam ochoty, by również zrecenzować odsłuchiwany w kółko i w kółko krążek, dlatego recenzja przekształciła się w Wielogłos (który znajdziecie TUTAJ). Wyróżniające płytę Bob z miasta Dylan jest niemal wszystko. To nie jest po prostu zwykły sobie album – to cały projekt, wokół którego rozrosła się świetna historia. Już tłumaczę, o co chodzi – debiutancka płyta PM2 Collective to koncept album, dlatego od razu mówię, że warto – przynajmniej za pierwszym razem – wysłuchać go od początku do końca. Twórcy jednak nie poprzestali na historii zbudowanej z samych tylko utworów, które znajdziemy na płycie – na ich stronie internetowej znajdziemy rozbudowaną wersję tej mrocznej, ale w jakiś sposób pięknej opowieści, bowiem każdemu utworowi towarzyszy opowiadanie, rozwijające tę historię. Czy to jednak wystarcza, by wyróżnić PM2 Collective w tym zestawieniu? Nie wystarczyłoby, gdyby panowie z zespołu stworzyli świetny koncept, ale nie podołali mu muzycznie – tak się jednak na szczęście nie stało. Bob z miasta Dylan to absolutnie rewelacyjna płyta – jedna z lepszych (moim zdaniem), jakie ma do zaoferowania polski rynek muzyczny. Jest wyjątkowa zarówno, jeśli chodzi o gatunek – stworzona bowiem na pograniczu alternatywnego rocka i americany – jak i o ogólny klimat, który jej towarzyszy. Na tym jednak nie koniec, bo teksty to również rewelacyjny element – oniryczne, wyjątkowe, liryczne i zbijające się w zamkniętą, a jednak pozostawiającą słuchaczowi pole do interpretacji, historię. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji przesłuchać tej płyty – naprawdę zachęcam. Przynajmniej spróbujcie. Dość szybko wczujecie się w ten klimat i zaintryguje Was Historia chłopca, który pomylił życie ze śmiercią. Już brzmi intrygująco, prawda? I bardzo dobrze! Mnie płyta nie znudziła się do tej pory, choć trochę już od jej premiery wody upłynęło. A czwóreczka na krążku, czyli rewelacyjna i niepodrabialna Dzika banda do tej pory pozostaje jedną z tych piosenek, które nucę sobie niemal codziennie. Jeśli interesuje Was, jak może wyglądać rozmowa z ludźmi, którzy stworzyli tak interesujący koncept, wywiad z artystami znajdziecie tutaj.

PM2 Collective – Dzika banda

PM2 Collective – Dzika Banda

 

Jacek Stęszewski – Peweksówka

Jeśli mówiłam, że płyta Bob z miasta Dylan kręciła się w moim odtwarzaczu w kółko i w kółko, to nie wiem, co mam napisać o Peweksówce. Chyba tyle, że moi sąsiedzi najprawdopodobniej znają już wszystkie teksty z niej na pamięć. Naprawdę – jest to jedna z nielicznych płyt, która nie znudziła mi się już od dobrych kilku miesięcy, a kiedy jej nie słucham, to bardzo często wtedy nucę poszczególne utwory. To również album koncepcyjny, choć z nieco innegoPeweksówka powodu niż w przypadku krążka od PM2 Collective. Stęszewski nie tworzy bowiem spójnej historii w aspekcie fabularnym, ale opiera swoje utwory na tym samym fundamencie sentymentalnym i czasowym. Sam tytuł już zdradza, do jakich mniej więcej czasów cofa się wraz ze swoimi słuchaczami lider zespołu Koniec Świata. Mamy tu więc kawałki, których wielu dorosłych już ludzi będzie słuchało z rozrzewnieniem, a być może nawet łezką w oku, przypominając sobie czasy dzieciństwa i młodości – kiedy zaczynał się szał na kasety VHS, a wypożyczalnie rosły w siłę, kiedy odkrywało się nieskończone godziny rozrywki, dzięki Commodore 64, a później dzięki Amidze. Jest tu kawałek o wujku z Niemiec, który przyjeżdżał z prezentami; o firmowej wodzie zaspokajającej pragnienie w upały; o chechłaczu pomagającym przy płaczu; o CPN-ach; o Jojo Oponiarzu (chyba najlepszy kawałek na płycie); a także tekst, który jest poniekąd centonem sklejonym z cytatów z filmu Miś. Na Peweksówce znajdziemy również kilka utworów spoza tej tematyki, a wśród nich znajduje się rewelacyjny utwór Końca Świata – 1980, a także W kieszeniach duszy – także jeden z moich faworytów. Pięknie prezentuje się również utwór będący ukłonem w stronę Amy Winehouse. Tę płytę uważam za jedno z lepszych kulturalnych odkryć 2017 roku i nie mogła się nie znaleźć w naszym zestawieniu – teksty na niej zawarte potwierdzają, że Stęszewski świetnie wykorzystuje ojczysty język do tego, by tworzyć kawałki ważne, ponadczasowe, a czasem także i humorystyczne. Operuje metaforą i porównaniami tak, że nie powstydziłby się tego znany poeta. Muzyka jest podobnie jak w przypadku Końca Świata niezwykle wpadająca w ucho i rytmiczna. Peweksówka zapewnia więc miłe przeżycie zarówno jeśli chodzi o aspekt muzyczny, jak i tekstowy, poza tym jest pewnym wehikułem czasu. Czego chcieć więcej. To naprawdę rewelacyjna płyta, która potwierdza, że polska muzyka może być świetna. Zainteresowanych odsyłam do całej recenzji płyty, którą znajdziecie TUTAJ.

Jacek Stęszewski – Jojo Oponiarz

Jacek Stęszewski – W kieszeniach duszy

Jacek Stęszewski – W kieszeniach duszy (official video)

Muchy

W przypadku tego zespołu nie wymienię konkretnej płyty, ponieważ myślę, że w każdej z nich można znaleźć coś dla siebie. Ja osobiście wolę chyba te starsze – Terroromans i Notorycnych debiutantów – ale możliwe, że wpływ na to ma sentyment do studenckich czasów, kiedy sporo tego zespołu słuchałam. Tym bardziej, że muzycy z płyty na płytę dojrzewają, co słychać zarówno w wartswie muzycznej, jak i tekstowej. Twórczość Much poznałam w zasadzie przez przypadek, kiedy grali koncert w moim rodzinnym mieście, a ja szukałam akurat miejsca, w którym mogłabym spędzić czas w walentynkowy wieczór. Znalazłam informację o koncercie, sprawdziłam wykonawcę, przesłuchałam kilka piosenek “na próbę” i uznałam, że może to być całkiem miły wieczór. Teraz w domu mam trzy albumy Much i byłam na kilku koncertach, a każdy występ na żywo był naprawdę świetną zabawą. I choć czas studiów minął bezpowrotnie, to wiele utworów, takich jak chociażby tytułowi Notoryczni debiutanci, Fototapeta, Miasto doznań czy 15 minut później do tej pory słucham z wielką przyjemnością, znam na pamięć i podśpiewuję  – bez talentu, ale z satysfakcją.  Teksty są błyskotliwe, a co ważne – słuchacz bez problemu może się w wielu piosenkach odnaleźć, poczuć ich klimat nie tylko muzyczny, ale również fabularny czy jeśli chodzi o problematykę. Głos wokalisty jest przyjemny w odbiorze – ciepły, z interesująca barwą, a jednocześnie w jakiś sposób znajomy, jakbyśmy słuchali śpiewu dobrego znajomego. Muchy tworzą kawał naprawdę porządnej polskiej muzyki. Może nie zawsze są to utwory ambitne czy skłaniające do refleksji (choć i takie się znajdą), ale na pewno są przyjemne muzycznie, a teksty każdorazowo ciekawe i intrygujące. Ja już od kilku lat, rokrocznie, w sylwestrowy wieczór, kiedy Nowy Rok zbliża się wielkimi krokami nucę sobie: To będzie dobry rok, bez rocznic i postanowień, bez wspomnień i rozczarowań…

Muchy – Notoryczni debiutanci

Muchy – Miasto doznań

muchy – miasto doznan

 


Martyna Michalska

O tak, też nie mogę słuchać osób, które polską muzykę uważają za największe zło świata i sądzą, że powinna mieć kompleksy wobec muzyki zagranicznej. Takie podejście zresztą nie dotyczy tylko muzyki – wielokrotnie spotykałam się z hejtowaniem czegoś tylko dlatego, że jest polskie. Dziwi to bardzo, bo w ostatnich czasach Polacy udowadniają, że naprawdę potrafią. Tworzyć muzykę, dobre kino, świetne gry. Tematem tego odcinka 3 po 3 jest właśnie muzyka, dlatego postaram się dorzucić do kartoteki dowodów moje trzy propozycje.

L.U.C

Na pierwszym roku studiów ktoś pokazał mi album Homoxymoronomatura, który wymieniony przeze mnie artysta nagrał razem z byłym członkiem legendarnej Paktofoniki – Rahimem. I zachłysnęłam się. Mistrzowskim i zaskakującym sposobem, w jaki L.U.C plecie ze sobą słowa, mówiąc o sprawach ważnych, całą warstwą instrumentalną i przemyślaną koncepcją albumu. Przez długi czas album gościł w moim odtwarzaczu, aż większość tekstów poznałam na pamięć. Do tej pory zresztą wracam do niego z przyjemnością. Zdaję sobie sprawę, że płyta ta powstała dawno (to już 10 lat!), jednak przez ten czas L.U.C nie osiadł na laurach, nagrywając kilka dobrych albumów i nie dając o sobie zapomnieć słuchaczom. Jego muzyka, mimo że kategoryzowana jako hip-hop, jest zupełnie inna od twórczości większości muzyków tego gatunku, jakich znam, i nie można jej pomylić z czymkolwiek innym. Na ostatniej płycie, na przykład, chętnie skorzystał z dorobku znanych polskich artystów, którzy, jak mogłoby się wydawać, nie do końca pasują do konwencji rapowanego utworu – Haliny Frąckowiak, Ireny Jarockiej, Magdy Umer. Widoczne jest, że w każdym utworze niezwykłą wagę przykłada do warstwy tekstowej, jednocześnie niezwykle sprawnie poruszając się po bicie.  Ostatnio udowodnił również, że dobrze radzi sobie z adaptowaniem tekstów innych artystów, aranżując na swój charakterystyczny sposób wiersz Agnieszki Osieckiej pt. Rajski deser (projekt nowOsiecka).

L.U.C & Motion Trio feat. Ania Rusowicz – Iluzji łąka

 

Julia Marcell

Nie pamiętam nawet, kiedy poznałam tę artystkę. Jednak na pewno wiem, od czego zaczęła się nasza “znajomość”. Krążąc gdzieś w odmętach internetu o bardzo późnej (a może bardzo wczesnej?) porze, natknęłam się na Andrew. To doświadczenie muzyczne rozłożyło mnie na łopatki. Nigdy wcześniej (ani nigdy później) nie było mi dane przesłuchać utworu, który tak doskonale i w tak intymny sposób opisuje pragnienia, słabostki i obawy wielu samotnych młodych kobiet. Całości utworu dopełnia teledysk, w którym niby nic się nie dzieje, jednak jest tak niezwykle autentyczny, że znakomicie pogłębia odbiór całości. Dla mnie to utwór absolutnie genialny w swojej prostocie i śmiało mogę powiedzieć, że jeden z najlepszych polskich, jakie miałam okazję kiedykolwiek słyszeć. Jest na płycie jeszcze jeden ważny, może nie tak, ale jednak, kawałek. Mam tu na myśli Tarantino. Samo przesłuchanie może nie trzepnie Wami w żaden sposób, ale przesłuchane razem z teledyskiem to już zupełnie co innego. W bardzo przerysowany sposób Julia pokazuje w nim beznadzieję programów telewizyjnych, tzw. talent show, gdzie, mówiąc krótko, każdego uczestnika wtłacza się w określone, spełniające wizję twórców, ramy.

Słuchacze mieli okazję poznać twórczość Julii już wcześniej, kiedy śpiewała po angielsku, jednak szczerze przyznam, że mnie bardziej przekonuje twórczość Julii w polskim wydaniu.

Julia Marcell – Andrew (official video)

 

LeniwiecLeniwiec – Raj

Zanim nie posłuchałam najnowszej płyty tego zespołu, wiedziałam o nich tylko tyle, że grają rocka, mają wokalistę i całkiem fajną nazwę. Po przesłuchaniu u przyjaciół Raju dowiedziałam się, że grają bardzo wpadającego w ucha rocka, wokalistka świetnie pasuje do reszty zespołu i że ich teksty będę podśpiewywać bardzo często. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim ich muzyka przypadnie do gustu, jednak albumowi jako całości nie można nic zarzucić. Muzyka idealnie pasuje do charakteru tekstów, zaś same teksty dotyczą spraw istotnych zwłaszcza w obecnym czasach. Nie wszystkie jednak są pisane na super poważnie, można znaleźć też bardziej żartobliwe utwory, jak na przykład pełną odniesień do popkultury Miłość jak z horroru czy opowiadających o pewnym poborowym imieniem Shane McCain 22 kolejkach wódki. Bardzo odpowiada mi wokal “głównej bohaterki”, który sprawdza się zarówno w bardziej dynamicznych utworach, jak wspomniane przed chwilą 22 kolejki wódki, jak i spokojniejszym Mandeli. Krążek kręcił się w moim odtwarzaczu dziesiątki razy i zakręci się pewnie jeszcze niejeden raz. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji przesłuchać płyty, zachęcam bardzo serdecznie. A potem (lub przedtem, kolejność dowolna), przeczytajcie recenzję Sylwii, którą znajdziecie TUTAJ.

Leniwiec – Moje miasto (official video) 2016

Fot.: Warner Music Poland, Independent Digital, Agora S.A., Sonic Records, Lou & Rocked Boys, Sony Music, Kayax, Mystic Production

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *