Ulubieńcy miesiąca: marzec 2018

Już coraz śmielej poczyna sobie słońce, a wiosna jawi nam się jako coś realnego, a nie tylko mrzonka. Kwiecień trwa w najlepsze, dlatego najwyższy czas podsumować marzec pod kątem kulturalnych ulubieńców. Co tym razem upodobali sobie nasi redaktorzy? Muzyka, serial, gra, audiobook, utwór muzyczny, wystawa sztuki… Jest tego całkiem sporo i przede wszystkim – wciąż rządzi u nas różnorodność. Dlatego jeśli jesteście ciekawi, czym w marcu zachwycali się, kolejno: Mateusz, Patryk, Martyna, Michał, Małgosia, Kuba, drugi Mateusz, Magda, Iwona, Marla Magdalena, Sylwia i Przemek, to koniecznie poświęćcie chwilę czasu na lekturę poniższego tekstu. Ulubieńcy miesiąca to dla nas idealna okazja, by podzielić się z Wami naszymi wrażeniami i towarzyszącymi nam emocjami dotyczącymi jakiegoś wytworu kultury, bez konieczności recenzowania go i analizowania. Czy ten miesiąc był obfity, jeśli chodzi o ilość tytułów, które zawładnęły naszymi sercami? Koniecznie sprawdźcie, czego słuchaliśmy w marcu, co oglądaliśmy, co czytaliśmy, w co graliśmy, co nam chodziło po głowie i co nie chciało się od nas odczepić. Zapraszamy do lektury i życzymy sobie    i Wam, aby kwietniowi ulubieńcy okazali się jeszcze lepsi i okraszeni jeszcze większą dawką słońca    i wiosennej pogody!


 

cyra-marzecMateusz Cyra

Marzec skondensuję chyba do dwóch godzin i dwunastu minut, bo tyle właśnie trwa słuchowisko wydane przez Sound Tropez, a dostępne do posłuchania w Storytel. W marcu niewiele rzeczy tak naprawdę mnie zachwyciło, bądź pozytywnie zaskoczyło, dlatego bardzo długo miałem problem, czy cokolwiek trafi do tego zestawienia. Muzycznie ograniczyłem się do osłuchiwania kilku ulubionych płyt, w związku z czym raczej nie mam o czym wspominać.  Podobnie wygląda kwestia filmów – obejrzałem ich tylko pięć i z przykrością muszę stwierdzić, że tylko jedna produkcja (Dziennik maszynisty) zasługiwała na wysoką ocenę, ale mimo tego, że był to film dobry – na miano ulubieńca nie zasługuje. Na szczęście w minionym miesiącu uratowało mnie słuchowisko wydane przez Storytel, do którego scenariusz napisał sam Łukasz Orbitowski. Jest to opowieść utrzymana w stylistyce znanej z gry This War of Mine studia 11 bit studios. Kto zna rewelacyjny tytuł tego wydawcy, ten wie, że należy spodziewać się absolutnej bomby emocjonalnej, ponieważ już sama gra zostawiała gracza z cholernie ciężkimi wyborami i naprawdę trudnymi decyzjami do podjęcia. Słuchowisko nie odstaje pod tym względem absolutnie w niczym i chociaż to nie słuchacz steruje bohaterami, to i tak na jego barki zrzucane są co chwilę coraz cięższe decyzje, które podejmuje główny bohater. Mimo tego, że audiobook jest dosyć krótki jak na standardy, które przyjmują około 8-12 godzin, emocji jest tutaj więcej niż w niejednej produkcji, która trwa 20 godzin! Fabuła idealnie pasuje do klimatu znanego z gry, także nie zdziwiłbyn się, gdyby była to jedna z misji dostępnych w jakimś DLC. Pewien samotnie przemierzający spustoszone i ogarnięte wojną miasto w Polsce mężczyzna za wszelką cenę chce przetransportować swoją kilkuletnią córkę w bezpieczne miejsce. Na swojej drodze spotyka kilka mniej lub bardziej przychylnych w tych czasach osób i odpowiednie przeprowadzenie rozmowy nierzadko zależy od kwestii życia lub śmierci bohaterów. Sama fabuła jest absolutnie genialna i wybijająca w fotel, aczkolwiek znając twórczość Orbitowskiego, można wyciągnąć pewne wnioski, dzięki którym fabuła nie będzie taką zagadką, jaką niewątpliwie będzie dla tych, którzy z tym pisarzem nie mieli dotychczas wiele wspólnego. Niezależnie od tego, czy wyczujecie fortel pisarza, czy nie – będziecie przeżywać niesamowicie trudne i  skrajne emocje i to właśnie jest największą wartością słuchowiska Storytel. Obok słuchowiska This War of Mine nie można przejść obojętnie i wypali ona na Was swoje piętno. Dlatego też ten tytuł znalazł się ostatecznie w ulubieńcach tego miesiąca. Bo warto, cholernie! Jesli ktoś jeszcze nie jest przekonany – w rolach głównych wystąpili: Laura Samojłowicz, Marcin Bosak, Eryk Lubos. W pozostałych rolach: Sebastian Cybulski, Wojciech Żołądkowicz, Miriam Aleksandrowicz, Tomasz Sobczak, Wojciech Machnicki oraz Leszek Filipowicz.

Odsyłam Was też do recenzji Michała, który tutaj opowiada o grze planszowej This War of Mine.

This War of Mine | słuchowisko


Patryk Wolski

Fanem wszelkiej maści playlist sugerujących potencjalnie dobre utwory od dawna nie jestem, bo zwykle po kilku kawałkach trafia mnie szlag, że na podstawie moich preferencji muzycznych automat dochodzi do wniosku, że na pewno spodoba mi się np. Nirvana (której, jako jednego z nielicznych zespołów grunge, nie cierpię). Z reguły omijam wszelkie sugestie wpychane mi przed nos przez Spotify, ale kiedyś znalazłem się na takiej mieliźnie polifonicznej, że zaryzykowałem i odpaliłem taką składankę. Z zalewu fekalnych utworów wybiła się jedna piosenka, którą zacząłem odtwarzać ponownie, i ponownie, i ponownie… Aż doszedłem do szczerego wniosku, że bez osłuchania całej płyty się nie obejdzie. Ron Gallo jako wykonawca był mi zupełnie nieznany, ale już pierwsze dźwięki gitary w Young Lady, You’re Scaring Me pobudziły mój apetyt na więcej. I  bardzo się cieszę, że wyszedłem poza własną strefę komfortu, bo album tego młodego buntownika jest w całości przepyszny. Na Heavy Meta mamy utwory żywiołowe, gdzie Ron wydziera się aż miło, ale wszystko robi z wyczuciem – płyta nie jest eksplozją mocnych brzmień, bo instrumenty mimo swojej energiczności i rockowego pazura nie zagłuszają odbiorcy ścianą dźwięków. Tym bardziej, że jak na udany rockowy album przystało, płyta jest urozmaicona o ładnie sklecone ballady, w których szalony wokal zmienia się w czuły i opanowany głos. Heavy Meta już w tym momencie stała się dla mnie płytą istotną – nieczęsto bowiem zdarza mi się trafić na płytę, którą praktycznie codziennie puszczam na playliście, i jeszcze nie mam jej dość.

Ron Gallo – "Young Lady, You're Scaring Me" [Official Video]


Martyna Michalska 

Mój wybór nie mógł paść na cokolwiek innego niż serial HBO Wielkie kłamstewka. Choć premierę miał w zeszłym roku, to dopiero w marcu tego roku udało mi się za niego zabrać i… jestem zachwycona. Ten serial praktycznie nie ma słabych stron. A jeśli chodzi o mocne strony, to pierwszym, co mogę wymienić, jest gra aktorska. Prym tutaj wiodą, moim zdaniem, dwie osoby – Reese Witherspoon i Nicole Kidman. Ta pierwsza, wcielając się w Madeline Mackenzie, stworzyła postać zupełnie inną od tych, z których można kojarzyć blond aktorkę, i zrobiła to znakomicie. Zaś jeśli chodzi o Nicole Kidman, to czapki z głów, panie i panowie. Najbardziej podobały mi się momenty na sesji z psychologiem, kiedy grana przez Kidman Celeste Wright powoli zdaje sobie sprawę z tego, że żyje z potworem i dopuszcza do swojej świadomości, że ona w tej sytuacji jest ofiarą, a jej ukochany nigdy się nie zmieni. Reszta aktorów również poradziła sobie bardzo dobrze, tworząc postaci wiarygodne i charakterystyczne. Kolejną sprawą jest scenariusz i znakomite budowanie sytuacji dramatycznej podszytej wątkiem kryminalnym. Cały czas zastanawiałam się, kto zginął, kto może za tym stać, kto jest prześladowcą córki Renaty Klein (Laura Dern). Postaci i wątki były prowadzone w ten sposób, żeby w finałowym odcinku twórcy nie musieli z kapelusza wyciągać niewiarygodnego rozwiązania konkretnych sytuacji – po prostu wszystkie elementy układanki nagle się dopasowały i stworzyły jasną całość. No i ostatnim elementem, który powoduje moje zachwyty nad tą produkcją, jest ścieżka dźwiękowa. Muzyka w Wielkich kłamstewkach idealnie komponuje się z tym, co dzieje się na ekranie, dopełnia klimatu i podkreśla wydarzenia, które obserwujemy. Cały czas mam ją zapisaną w odtwarzaczu i bardzo często jej słucham. To kawał dobrej muzyki (link do listy na Spotify znajdziecie poniżej). Krótko mówiąc, dawno żaden serial nie wzbudził we mnie tylu emocji (ostatnio chyba pierwsze 3 sezony Czarnego lustra) i z niecierpliwością czekam na drugi sezon. Zwłaszcza że zobaczymy w nim Meryl Streep – pierwszą damę kina, która jeszcze nigdy nie wystąpiła w żadnym serialu. Oby twórcy nie kazali widzom długo czekać.

 


Michał Bębenek

Zdecydowanym faworytem marca jest dla mnie bonusowy epizod gry Life is Strange: Before the Storm, wymownie zatytułowany Farewell. I jak sam tytuł wskazuje, jest to pożegnanie z taką formułą, jaką znaliśmy do tej pory, a także z bohaterkami, z którymi zdążyliśmy się już związać i bardzo polubić. Ci, którzy grali w oryginalne Life is Strange, pamiętają zapewne pełen emocji moment, gdy Max Caulfield cofa się w czasie do dnia, kiedy ojciec Chloe zginął w wypadku samochodowym. Nasza bohaterka próbowała wtedy zmienić przeszłość, ale ostatecznie nie wyszło jej to na dobre. Odcinek Farewell rozgrywa się właśnie tego dnia. William Price pojechał już po matkę Chloe, a dwójka dziewczyn ma całe popołudnie tylko dla siebie, spędzając je beztrosko i jeszcze nie przeczuwając zbliżającej się tragedii. Po raz kolejny wcielamy się tutaj w Max, której jedynym zmartwieniem jest oznajmienie przyjaciółce, że zaledwie za trzy dni, wraz z rodziną przeprowadza się do Seattle. Jednak, pod pretekstem porządków w pokoju, Chloe skutecznie odwraca uwagę Max, wyciągając co rusz to nowe skarby z ich wspólnego dzieciństwa, kiedy jako ośmiolatki bawiły się w piratów. Pod względem fabularnym Farewell to bardzo krótki odcinek i zadaniowo nie będzie stanowił żadnego wyzwania dla graczy, lecz zupełnie nie to jest jego celem. Pożegnanie Max i Chloe jest jednocześnie pożegnaniem z nami. Po raz ostatni więc możemy pozwiedzać sobie pokój Chloe oraz resztę domu i podwórka Price’ów, w czasach kiedy żadna z dziewczyn nie miała jeszcze późniejszych zmartwień i obie cieszyły się swoją przyjaźnią. Możemy też domyślać się, jak zupełnie inaczej wyglądałaby przyszłość Chloe, gdyby nie wydarzyła się żadna ze złych rzeczy. Poznajemy ją bowiem jako kompletnie inną dziewczynę niż ta, do której przywykliśmy – tutaj Chloe Price to wzorowa uczennica, która dostała się do prestiżowej szkoły Blackwell, uzyskując stypendium naukowe. To taki słodko-gorzki odcinek, patrząc bowiem na szczęśliwe chwile i sentymentalne, wesołe wspomnienia bohaterek z dzieciństwa, znamy jednocześnie dalszy ciąg tej historii i automatycznie gardło zaczyna się zaciskać coraz bardziej w miarę rozwoju akcji. A finałowe sceny, mimo że doskonale wiemy, jak będą wyglądać, to prawdziwa emocjonalna bomba, która z całej siły wali w splot słoneczny i wywołuje małą powódź z okolic oczu. Studio Deck Nine pożegnało się z nami oraz z Max i Chloe w taki sposób, że jeszcze długo nie zapomnimy tej historii. Jednocześnie Farewell stanowi doskonałe zamknięcie i uzupełnienie całego Life is Strange. Warto też wspomnieć o fakcie, że w bonusowym epizodzie znów usłyszymy „oryginalny” głos Chloe w wykonaniu Ashly Burch, która razem z Hannah Telle (Max) powróciła, żeby się z nami pożegnać.

Life is Strange: Before the Storm – Farewell Launch Trailer [PEGI]


 

Małgosia Kilijanek

Zacznę tak jak miesiąc temu, od warszawskich galerii sztuki. W marcu w Muzeum Sztuki Nowoczesnej nad Wisłą przyjrzałam się twórczości Ediego Hili, urodzonego w 1944 roku jednego z najwybitniejszych albańskich malarzy. Będąc obserwatorem transformacji politycznej oraz traumatycznych losów swej ojczyzny, stał się artystą-kronikarzem, ukazującym w dziełach własny sposób postrzegania zmian społecznych. Szczególną uwagę zwracają przejmująca surowość i metafory otaczające realne szczegóły. Hila słynie z tworzenia serii obrazów, takich jak na przykład Zagrożenie, Relacje, Namiot na dachu samochodu. Ta ostatnia, pochodząca z 2017 roku, składa się z siedmiu obrazów i opowiada o problemach uchodźstwa i migracji. Wiele płócien wiąże się z bliską twórcy Tiraną, a doszukać się w nich optymistycznych wizji można z trudem. Transformacja w Albanii przyniosła ogromny kryzys gospodarczy, a według oceny Amnesty International kraj ten był jednym z najbardziej represyjnych względem społeczeństwa państw świata. EDI HILA. MALARZ TRANSFORMACJI to bardzo ciekawa, retrospektywna i aktualna wystawa, która potrwa do 6 maja 2018 roku.

Do końca kwietnia można za to podziwiać wystawę w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki pt.: PRZYSZŁOŚĆ BĘDZIE INNA. WIZJE I PRAKTYKI MODERNIZACJI SPOŁECZNYCH PO ROKU 1918. Opowiada ona o zmianach społecznych, które następowały po I wojnie światowej, a składa się z prac z różnych dziedzin sztuki, między innymi architektury, teatru, prasy czy filmu. Ukazuje koncepcje organizacji życia społecznego, które nastawione były na zatarcie podziałów oraz docenienie grup niedowartościowanych, takich jak kobiety, robotnicy, dzieci. Warto cofnąć się o sto lat, co uczyniłam, przemierzając sale wystawy, by zobaczyć, co uległo zmianom (a co wciąż trwa).

Czas na odkrycie muzyczne: w marcu ukazał się album Przewijanie na podglądzie Błażeja Króla – muzyka i tekściarza związanego kilka lat z UL/KR, a ostatnio tworzącego projekt Kobieta z Wydm. Najnowsza płyta jest zbiorem siedmiu utworów, przepełnionych intymnością, rytmicznością, emocjonalnością i melancholią. Król nie odbiega w swojej wizji alternatywnego popu od dotychczasowej twórczości, ale nie prezentuje tego samego, co wcześniej. Tworzy za to półgodzinny seans filmowy, który bez problemu można przewijać, słuchając pozycji na trackliście w sposób wybiórczy. Na wyróżnienie zasługują nieco mroczny przyjdę / SZTUCZNA KREW, wciągający całą ciszę / POKÓJ NOCNY (z kojącym głosem artysty: wiem, że nie lubisz niespodzianek, spokojnie nic nie planowałem) czy odbiegający brzmieniowo i nastrojowo spróbuję / STRAŻNIK. To przyjemna podróż po świecie inspirowanym latami 80., pełnym niedopowiedzeń i ciekawej narracji.

 

Na zakończenie, ku własnemu zdziwieniu, na innego ulubieńca muzycznego (choć nie wiem, czy ulubieniec nie jest tu ciut na wyrost) typuję utwór Tamagotchi duetu Taconafide, czyli Taco Hemingway’a i Quebonafide. Zdziwienie stąd, iż słysząc o zapowiadanej kolaboracji, miałam mieszane uczucia, ponieważ trudno było mi wyobrazić sobie jej efekty. Podejrzewałam, że wyjdzie miernie. Skończyło się słuchaniem utworu kilkadziesiąt razy od premiery i biletem na koncert. Utwór będący drugim zwiastunem płyty SOMA 0,5 mg w niecały tydzień zyskał 6 milionów wyświetleń na YouTube i pobił rekord dobowej liczby streamów w serwisie Spotify w Polsce. Czyżby to zasługa pokolenia Tamagotchi? Najwyraźniej. Chwytliwe wzmianki o Airbnb, Uber Eats czy smogu dla jednych mogą być strzałem w dziesiątkę, dla innych żałosnymi słowami-kluczami. Dla mnie najlepszym Tamagotchi pozostaje płyta zespołu Coals. Choć Szprycera zaliczyłam do rozczarowań 2017 roku, a Taco nadal najbardziej cenię za Trójkąt Warszawski, to uważam ten projekt za interesujące zjawisko na polskiej scenie i z ciekawością będę przyglądać się jego dalszym losom.

TACONAFIDE – Tamagotchi


EditorsJakub Pożarowszczyk

Marzec tradycyjnie obrodził premierami płytowymi. Pojawiło się mnóstwo wydawnictw, na które należało i należy zwrócić baczną uwagę. We współczesnym świecie największym wrogiem odkrywania nowych rzeczy jest czas, a dokładniej jego chroniczny brak. Powiem szczerze, że z wielu przesłuchanych płyt wydanych w marcu znowu, podobnie jak w lutym, trudno wyłuskać mi jakąś perełkę. Nie wiem, chyba zaczynam głuchnąć z wiekiem albo drastycznie obniżyła mi się moja muzyczna wrażliwość na świeże i mało znane dźwięki, bo moim niewątpliwym ulubieńcem marca stała się muzyka kapeli znanej od ładnych paru lat i uznanej na świecie. Mowa rzecz jasna o Editors, którzy powrócili z albumem Violence. Przy poprzednim krążku marudziłem na jego przesadny mrok i chłód. Tutaj ekipa Toma Smitha postanowiła połączyć zimny klimat In Dream z przebojowością The Weight of Your Love. Z tego wszystkiego wyszedł album pełny hitów, wspaniałych, nośnych, natychmiast zapamiętywalnych melodii, które absolutnie nie chcą uciec z głowy. Ale to dalej jest doskonale wszystkim znane Editors. Tom Smith nie zaczął wrzucać w swoje teksty miłych opowieści i nieustannie perfekcyjnie operuje głosem – od barytonu do falsetu. Na Violence usłyszymy niejednokrotnie głośne gitary, które przełamują elektroniczny chłód i mrok, skrywany w przebojowych kompozycjach napędzanych dyskotekową wręcz sekcją rytmiczną. Krótko mówiąc, Editors kontynuują swoją ścieżkę kariery rozpoczętą na In This Light and On This Evening. I robią to dobrze. Pozbyli się łatki zespołu, który jest mocno zainspirowany Joy Division, New Order oraz Coldplay. Teraz recenzenci lubują się w porównywaniu ich do Depeche Mode. I to mnie cholernie zaczyna martwić.

Editors – Magazine (Official Video)


 

Mateusz Norek

Spacerując dziś w słońcu w krótkiej koszulce, aż trudno było mi uwierzyć, że jeszcze niedawno zima nie chciała dać za wygraną. Jeśli miałbym znaleźć plusy tych ostatnich, naprawdę mroźnych dni, to było to stworzenie idealnej atmosfery do przyswajania dźwięków albumu Ukryte w śniegu, który Bisz nagrał wspólnie z producentem Elhuaną. Co tu dużo mówić – Bisza biorę właściwie w ciemno, bo świetnie odnajduje się w rozmaitej stylistyce – zachwycałem się płytą nagraną wspólnie ze swoim zespołem B.O.K (recenzja tutaj), jak również tą nagraną wspólnie z Radexem (tekst o tym albumie znajdziecie tu), gdzie wyjście poza ramy rapu było bardzo duże. Ukryte w śniegu wyraźnie nawiązuje do starej epki Zimy EP, którą Bisz nagrał z Kosą w 2007 roku, ale poza pewnym “zimowym” brzmieniem bitów, jej treść idzie w zupełnie inną stronę. Na początku może się wydawać, że teksty są zbyt oniryczne i chaotyczne, ale tutaj naprawdę każdy wers jest przemyślany i powolne odkrywanie tej gęstej treści jest przyjemnością samą w sobie. Ukryte w śniegu to album mocno koncepcyjny, gdzie zimowy krajobraz, roztaczany przez niesamowite i genialne w swojej prostocie bity Elhuany (płyta ma być hołdem złożonym brudnym brzmieniom i niedoskonałości), jest pretekstem do przemyśleń na temat przemijania i ulotności życia. Sporo tutaj wschodniej filozofii i licznych nawiązań do kultury japońskiej, a wśród inspiracji Bisza pojawiają się takie pozycje jak Estetyka japońska, Haiku (japońskie, krótkie formy poetyckie) czy Przekaz z lampy (dotyczący buddyzmu zen). Te inspiracje, bardzo mocno wstrzykujące w teksty klimat feudalnej Japonii, jeszcze mocniej opinają album spójną koncepcją. Ukryte w śniegu gra u mnie od końcówki lutego, kiedy się ukazało, i mimo niedługiego czasu trwania albumu, który mieści zaledwie sześć utworów, zupełnie mi się nie znudził i był zdecydowanie najczęściej słuchanym przeze mnie albumem w marcu. Ciągle miewam ciarki przy refrenie Pochwały cieniaCzasem trzeba wyjść z kręgu światła/ pasem cienia iść w lęku sam jak palec/ panem siebie być ciężko, prawda / czasem trzeba iść w ciemność / jak najdalej. Świetne jest niemal braggowe 1+1 (bez znaczenia imię – tylko miecza podpis / ich życia – długie nudne zdania, którym trzeba kropki) z bardzo dobrą i wpisaną w stylistykę gościnną zwrotką Gverilli, czy bardzo oryginalnie zarapowany Duch, gdzie drugi gościnny udział, wokalistki Soniamiki, tworzy na koniec utworu dosłownie mistyczny klimat. Tutaj nie ma słabszych momentów – dla mnie to najlepsza płyta minionej zimy.

BISZ / ELHUANA – Pochwała cienia


 

Magda Kwaśniok 

Mojego ulubieńca tego miesiąca można podsumować krótko: repeta z klasyki. Tak się złożyło, że mistrz nad mistrzami dialogów (i masy innych rzeczy) całkiem niedawno obchodził 55 urodziny. Choć film, o którym postanowiłam napisać, widziałam więcej niż raz i nie jest dla mnie żadnym odkryciem, pomyślałam, że i takie uhonorowanie należy się temu reżyserowi. Mowa oczywiście o Quentinie Tarantino, który się starzeje, jak każdy z nas, jednak jego (arcy)dzieła nie podlegają upływowi czasu. Pozostaje jeszcze jedna zagadka: którą z produkcji wybrałam? Całkiem przypadkowo, dokładnie przy okazji świątecznych porządków, zajrzałam na swoją półkę ze skromną kolekcją filmowych płyt. Musicie wiedzieć, że niewiele filmów posiadam na fizycznych nośnikach, a jeśli Pulp Fiction się do nich zalicza, wierzcie mi –  to już coś znaczy. Skoro właśnie ta produkcja wpadła w moje ręce (swoją drogą, niedługo po ponownym obejrzeniu świetnych Bękartów wojny), właśnie z niej “skorzystam” – choć moim ulubieńcem marca mianuję samego reżysera; do omówienia całej jego twórczości byłby potrzebny osobny cykl.

Tarantino w Pulp Fiction zrobił wszystko to, za co go uwielbiam: z przymrużeniem oka, ale nie bez właściwej sobie błyskotliwości, podszedł do tematu, w tym przypadku światka przestępczego. Być może w uproszczeniu film z 1994 roku można nazwać swego rodzaju parodią wszystkich typowo gangsterskich produkcji, jednak ja nie idę aż tak daleko i poprzestaję na słowie “pastisz”. Tarantino wyciągnął z klasyki gatunku wszystko, co najlepsze, nie zapominając jednak o jego manierach. Odrzucił na bok efekty specjalne, a zyskany czas poświęcił na fantastyczne dialogi, które przeszły do historii kinematografii. Całość obudował cudownym poczuciem humoru, nadając filmowi momentami kształtu czarnej, a w innych scenach mocno groteskowej komedii. Na plus wyszło również zrezygnowanie z chronologii, co bardzo utrudnia opisanie fabuły tak, by jej nie spłycić: na historię Pulp Fiction składają się losy bohaterów, w różnym stopniu ze sobą powiązanych, których naprawdę nie chcę opisywać. Wątpię, żeby któregoś z Was zachęciło streszczenie rozmowy dwóch niegroźnych złodziejaszków, planujących napad na restaurację, w której ta rozmowa się odbywa. A jednak to wszystko ma większy sens! Na początku cała fabuła wygląda zwyczajnie chaotycznie. Okazuje się jednak, że pozornie niezwiązane ze sobą wątki składają się na jeden moment, który mamy zobaczyć na samym końcu seansu. Strona techniczna filmu to czyste złoto; mam tu na myśli przede wszystkim fenomenalne aktorstwo, które idealnie podkreśla to, jak rozbudowane i ludzkie (nie, w kinie “ludzkość” bohaterów wcale nie jest oczywista) postacie stworzył Tarantino. Do tego świetnie dobrany soundtrack i mamy przepis na kultowy hit, o którym można napisać naprawdę dużo. Jeśli jeszcze nie widzieliście jednej z najwybitniejszych pozycji na liście osiągnięć mojego ulubieńca marca, czym prędzej do laptopów i nadrabiać zaległości, bo warto!

Pulp Fiction (1994) Music From The Motion Picture – Full OST


 

Iwona Mózgowiec 

To są cuda jakieś. Albo primaaprilisowy żart. Marzec sobie niespiesznie mijał, rzeki swoim rytmem wpadały do morza, świat spokojnie zmierzał ku zagładzie, a ja żyłam absolutnie niczym niezauroczona… (oprócz pewnej pozycji książkowej wydawnictwa Marginesy, ale o tym wkrótce)… Aż tu nagle ostatniego dnia minionego miesiąca obejrzałam – zgadnijcie co? Superprodukcję Avengers. W dodatku od razu drugą część pt. Czas Ultrona (2015). To nie miało tak być. Miałam pozostawać wyłącznie pod urokiem niszowych obrazów o dziwnych ludziach. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że tytułowi Avengersi też są dziwni. Bardzo nawet. Iron Man, Hulk, Kapitan Ameryka, Thor, Sokole oko i Czarna Wdowa to zbiorowisko tak specyficznych osobistości, że nie mogłam nie czuć się usatysfakcjonowana. Scenariusz Jossa Whedona szczęśliwie przewidział spowolnienie akcji na fantastyczne, błyskotliwe dialogi, w których niemal każda kwestia padająca z ust Roberta Downeya Juniora mogłaby zostać nagradzana gromkimi brawami. Zresztą Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Jeremy Renner i Scarlett Johansson też nie wypadli blado w swoich wypowiedziach. Irytująca była w mojej ocenie jedynie młodsza siostra Olsen – Elizabeth (również Olsen, a jakże). Ale może miała taka być. Właściwie cała intryga polegała na tym, że inteligentna maszyna stworzona przez Starka obraca się przeciwko swojemu stwórcy. Po drodze jednak dokonano sprytnych zabiegów, by nie znudzić, trzymać w napięciu, a dodatkowo wzbudzić w nas jeszcze większą sympatię do milusińskich, zagubionych Avengersów.

W każdym razie została zachowana równowaga między miotaniem ogniami, fangami w nos, wybuchami, chaotycznymi scenami walk a ukazaniem dziwności (a może właśnie – normalności) superbohaterów i nieoczywistych relacji pomiędzy nimi. Można to nazwać trudną miłością (chciałabym mieć taką ekipę w akademiku). Doceniłam też momenty, w których widz musiał jeszcze raz przewartościować “superbohaterską” misję – może to nie nasi ulubieńcy mają rację? Może dla dobra świata powinni dać sobie spokój? Trochę rzeczy było dla mnie nielogicznych lub niezrozumiałych, ale kładę to na karb nieznajomości poprzedniej części.

Reasumując, wykrakałam. Po lutowym ulubieńcu – Iron Manie przyszedł czas na ciut wyższy stopień wtajemniczenia w Marvelowski świat. Choć to dopiero początek.  

Avengers: Czas Ultrona – polski zwiastun – wersja rozszerzona [napisy] [HD]


Marla Magdalena

W marcu na pewno w głowie zawrócił mi Sneaky Pete! Drugi sezon (o pierwszym Przemek pisał tutaj) kryminalnego dramatu ucieszył mnie niesamowicie! Nareszcie mogłam dowiedzieć się, jak z rozpoczętych zakończeniem pierwszego sezonu kłopotów wymigał się główny bohater! Sam serial jest dość intrygującą ciekawostką, ponieważ jego scenariusz to połączenie sił dwóch panów: David Shore (scenarzysta Na Południe, Po tamtej stronie czy Dr House) oraz Bryan Cranston (najsłynniejszy serialowy producent metaamfetaminy) stworzyli serial, w którego pierwszym sezonie to właśnie Cranston odgrywa tego złego. Tytułowy Pete, w którego wcielił się Giovanni Ribisi (kto pamięta go jako chłopca ściągającego pioruny w jednym z pierwszych odcinków Archiwum X?), to oszust, manipulant i złodziej. Udaje mu się wyjść, oczywiście dzięki sprytowi, z nawet najtrudniejszych tarapatów, a tych nie brakuje w tej produkcji. Całość historii opiera się o to, że główny bohater wchodzi w życie zupełnie nieznanej mu rodziny. Cały myk jednak polega na tym, że oni są przekonani o tym, że oto właśnie wrócił po 20 latach, tak długo niewidziany, ich ukochany wnuk/kuzyn/wujek Pete. Duże ilości intryg niczym w Ocean`s Eleven, zaskakujące zmiany planów, zwroty akcji! W Sneaky Pete dzieje się tyle, że trudno momentami nadążyć! A drugi sezon obiektywnie jest jeszcze lepszy od pierwszego i chyba wiem dlaczego! Pojawia się w nim postać, o której wiemy już wcześniej, jednak nie mieliśmy okazji poznać jej osobiście: Jane Adams w roli Maggie Murphy! Pamiętałam ją jeszcze z dziwacznego serialu Wyposażony, jednak w Sneaky Pete zauroczyła mnie swoją charyzmą i delikatnością postaci jednocześnie. Oprócz tego, że serial naprawdę wciąga w warstwie kryminalnej, to również nie brakuje wzruszających chwil. Taka idealna rozrywka na piątkowy odpoczynek po trudnym tygodniu.

Drugim ulubieńcem marca okazały się początkowe odcinki serialu Here and Now stacji HBO, którego fabułę dopiero powoli poznajemy. W skrócie mamy do czynienia z inteligencką rodziną, w której prawie wszystkie (dorosłe już) dzieci zostały adoptowane w dzieciństwie z różnych części świata. Nagle, jeden z synów zaczyna dostrzegać dziwaczne znaki, które ukazują mu się gdzieś na granicy jawy i snu, mają jednak niezwykle realne powiązania z leczącym go psychiatrą. Here and Now (tytuł nawiązujący do coraz popularniejszej na całym świecie filozofii bycia tu i teraz) sprawia wrażenie serialu, który może dopiero mocno „wybuchnąć” metafizycznym kierowaniem widza, dając mu dużą dawkę rozmyślań na temat m.in. losu, przeznaczenia, szalonych ścieżek ludzkiego życia. Na pierwszym planie jednak mamy zależności, tajemnice i problemy rodzinne. Niezwykle przyjemnie patrzy się na Holy Hunter (pamiętam ją jak dzisiaj, kiedy w oldschoolowym garniturze agentki FBI walczyła z okrutnym świrem w filmie Copycat) i Tima Robbinsa (niezapomniany w niesamowitej Drabinie Jakubowej) grających pozornie udane małżeństwo, którego nie ominie jednak poważny kryzys, dodatkowo pogłębiany przez dziwne zachowanie syna. Ogląda się dość intrygująco, widać niesamowity potencjał całej historii. Co stanie się dalej z dziwacznymi wizjami Ramona wplątanymi w traumatyczną przeszłość jego psychiatry? Czy małżeństwo Audrey i Grega przetrwa kryzys? Jak potoczą się losy pozostałych bohaterów? Szczerze nie mogę doczekać się kolejnych odcinków!

Tu i teraz – trailer nowego serialu HBO


Sylwia Sekret

Marzec zjawił się nie wiadomo skąd i równie szybko i niespodziewanie przeminął, po czym… zniknął – nikt nie wie gdzie, ale chyba nikomu się nie śpieszy, by go znaleźć. W tym miesiącu nie odkryłam nic szczególnego, jesli chodzi o kulturę (to nie do końca prawda, ale dopiero zaczynam się wsłuchiwać w płytę, która zaczęła się kręcić w moim odtwarzaczu pod koniec marca, dlatego będzie ulubieńcem kwietnia; chyba że przebije ją coś innego). Moim ulubieńcem będzie natomiast dość nietypowa piosenka (znów piosenka – dokładnie jak w ulubieńcach lutego). Dlaczego nietypowa? Ponieważ pochodzi ona z gry i właśnie na jej potrzeby została stworzona. I choć nie jest to utwór długi, to z artykułu, który kiedyś czytałam na ten temat, wynika, że proces jej powstawania był naprawdę czasochłonny, bo wszystko musiało być idealne. I moim zdaniem właśnie takie jest. Nie wiem dlaczego akurat w marcu powróciła do mnie ta piosenka, odtwarzała mi się w głowie raz za razem i nie chciała jej opuścić. Faktem jest jednak, że ze wszystkich tworów kultury, to chyba właśnie ona zawładnęła mną w czasie marcowych dni i wieczorów.  Ona, czyli Wilcza zamieć, piosenka z trzeciej części gry Wiedźmin, zatytułowanej Dziki Gon.

Nigdy nie byłam fanką miłości Geralta i Yen (gdyby ktoś był szalenie zainteresowany, to nie należałam też nigdy do teamu Triss; jeśli już miałabym na siłę wpychać Białego Wilka w kobiece ramiona, to byłaby to chyba Shani – wiecie, była taka najbardziej normalna). W czarnowłosej, pięknej czarodziejce denerwowało mnie zawsze jej wywyższanie się, a także jakaś wewnętrzna potrzeba upokarzania innych, której celem bardzo często padał nie kto inny, a właśnie Geralt (to że czasami nie pozostawał jej dłużny, to już inna kwestia). Nie umniejszam jej roli w historii stworzonej przez Sapkowskiego, bo stanowi jej ogromną część; być może nawet jedną z podwalin, i nie wyobrażam sobie książek i gry bez niej. Kiedy jednak myślę o ich uczuciu – coś mnie odrzuca; coś krzyczy “nie, Geralt, zasługujesz na coś więcej!”. Mimo wszystko, kiedy w pewnym momencie, podczas przechodzenia Dzikiego Gonu trafiłam do knajpy, w której pewna trubadurka zaczyna śpiewać balladę o Wiedźminie i fiołkowookiej czarodziejce – dosłownie mnie oczarowała. Już wtedy wiedziałam, że mogłabym jej słuchać na okrągło. Muzyka i dobór słów w tym utworze to połączenie idealne. Wilcza zamieć to naprawdę wspaniała miłosna ballada i na długo potrafi wwiercić się w głowę. I to właśnie przytrafiło mi się w marcu, w związku z czym to właśnie Wilcza zamieć pozostaje moim ulubieńcem marca. Chcecie posłuchać? Musicie posłuchać!

Wiedźmin 3: Dziki Gon – Wilcza Zamieć (Pieśń Priscilli) / Priscilla's song (Polish)


Przemek Kowalski

Tak samo jak w lutym, tak i w marcu, na mojej liście królowały seriale. Końca dobiegł drugi sezon genialnego This Is Us, o którym przeczytacie TUTAJ), całkiem nieźle, choć może bez wielkiego polotu zaprezentowała się nowość w postaci Counterpart (recenzję połowy pierwszego sezonu autorstwa Magdaleny znajdziecie TUTAJ), kapitalny miesiąc zaliczyły także The Last Man on Earth (bardzo niedoceniany serial, który z sezonu na sezon robi się coraz lepszy) oraz Brooklyn Nine-Nine (najlepsza komedia w odcinkach dostępna obecnie w telewizji). Jednak nie żaden z wymienionych zamierzam wyróżnić mianem odkrycia miesiąca. Odkryciem tym jest świeżutki, pełen czarnego humoru Barry, produkcji HBO.

Kim jest Barry? To były żołnierz piechoty morskiej, który po odbytej w wojsku służbie zostaje… płatnym mordercą. My, widzowie, poznajemy go po kilku latach w wykonywanym „fachu” jako rozgoryczonego życiem człowieka z depresją, który odhacza kolejne zlecenia, nie czując nic. Wewnętrznie pragnie jakiejś zmiany, jednak sam nie wiem, co mogłoby obudzić go z marazmu codzienności. I wtedy właśnie trafia mu się nowa „robota” w Los Angeles. Po przyjeździe na miejsce Barry zapoznaje się z „celem”, którym okazuje się być młody Ryan Madison. Pewnego dnia śledząc potencjalną ofiarę, nasz bohater trafia na lekcję kółka teatralnego, która odmienia jego spojrzenie na świat.

Choć znajdziemy w serialu kilku mniej znanych, acz rozpoznawalnych aktorów z innych produkcji (dla przykładu: D’Arcy Carden, czyli Janet z Dobrego miejsca), Barry to w zasadzie One Man Show. Znany z Wykolejonej, Documentary Now oraz przede wszystkim ze skeczy wykonywanych w ramach popularnego w Stanach Saturday Night Live, Bill Hader to reżyser, współscenarzysta oraz odtwórca tytułowej roli w jednym. I trzeba przyznać, że jest świetny!

Barry to połączenie komedii (aczkolwiek zdecydowanie czarnej) z naprawdę ciężkim egzystencjalnym dramatem. Całość podana jest (pomimo przewijających się tu i ówdzie trupów) w dosyć lekkiej formie, jednak gdzieś spod spodu przebija płacz, czy też wołanie o pomoc głównego bohatera.

Nie jest to serial, który porwie tłumy, jednakże dwa wyemitowane do tej pory (dostępne na HBO oraz HBO Go) odcinki dają nadzieję na baaaardzo przyzwoitą produkcję, która znajdzie swoich odbiorców oraz fanów. Nie zapeszając, po godzinie spędzonej z Barrym, po cichutku mogę się do nich zaliczyć.

Barry (2018) | 'It's A Job' Official Trailer | HBO


Fot.: Storytel, New West Records, HBODeck Nine Games, Square Enix, Spontan Records, PIAS Poland., pchamytensyf, Miramax, Marvel Studios, Amazon Studios, CD Projekt Red, HBO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *