Ulubieńcy miesiąca: luty 2018

Czasami bywa tak, że chcemy podzielić się z Wami jakimś dziełem –  filmowym, książkowym, muzycznym czy jeszcze innym – ale zwyczajnie brakuje nam czasu na napisanie pełnej recenzji lub tekstu publicystycznego dotyczącego tego jednego tytułu. Bywa też tak, że choć coś nas niesamowicie ujmie, to potrafimy jedynie w kilku zdanach wyrazić nasz zachwyt, a to za mało, by stworzyć osobną treść. Z takiej właśnie potrzeby powstał nasz nowy cykl: Ulubieńcy miesiąca. Do 10 dnia każdego miesiąca będziemy publikować artykuł, w którym nasi redaktorzy będą zdradzali, jacy byli ich ulubieńcy poprzedniego – jaka piosenka chodziła im po głowie, jaką płytę katowali, jaki film zmusił ich do myślenia, jaka wystawa zachwyciła, jaki serial trzymał w napięciu. Słowem – będziemy opowadali pokrótce o wytworach kultury, które bezapelacyjnie skradły nam miesiąc (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Mamy ogromną nadzieję, że cykl ten przypadnie naszym czytelnikom do gustu, że Wy również będziecie dzielić się z nami swoimi ulubieńcami i być może dzięki sobie nawzajem odkryjemy ciekawe tereny muzyczne, serialowe, związane z szeroko pojmowaną sztuką i tak dalej… Zapraszamy węc do pierwszego tekstu z tego cyklu, do Ulubieńców lutego. Sprawdźcie, co w ten mroźny miesiąc było na topie u naszych redaktorów – jakie płyty kręciły się w ich odtwarzaczach, jakie filmy zapadły najbardziej w pamięć, jakie książki polecają. Zapraszamy do lektury!


Mateusz Cyra

Luty to zawsze ten miesiąc w roku, gdy 90% mojej uwagi jako miłośnika filmów skierowane jest w stronę produkcji nominowanych do Oscara w najważniejszych kategoriach. I chociaż nie udało mi się jeszcze obejrzeć wszystkich filmów z tegorocznej listy to mam za sobą wszystkie nominowane do Oscara ścieżki dźwiękowe za poprzedni rok. Wiemy już, że ze statuetką wyszedł Alexandre Desplat za muzykę do Kształtu wody, nad czym mocno ubolewam, ponieważ spośród wszystkich tegorocznych nominowanych muzyka francuskiego kompozytora najmniej trafia w mój gust i jawi mi się jako ta najbardziej bezpieczna i przewidywalna – zdecydowanie nie jej należy się miano mojego ulubieńca miesiąca. Odwrotnie jest ze ścieżką dźwiękową Cartera Burwella, odpowiedzialnego za muzyczny podkład do genialnego filmu Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (recenzję filmu autorstwa Magdy znajdziecie TUTAJ). Historia samotnej matki, która wszelkimi metodami walczy o sprawiedliwość wobec zamordowanej córki i w tym celu wynajmuje znajdujące się nieopodal Ebbing billboardy, na których publikuje jasny, acz kontrowersyjny przekaz dla miejscowego szefa policji otrzymała naprawdę udany soundtrack. Utwory stworzone oraz zebrane przez Burwella (wymienić należy chociażby Buckskin Stallion Blues w wykonaniu Townesa van Zandta) sprawdzają się świetnie tak w poszczególnych scenach filmu, jak i kompletnie od niego oderwane. Te dźwięki są przyjemne same w sobie i nie potrzebna jest do tego wiedza wyniesiona z filmu, choć oczywiście – po seansie poszczególne utwory nabierają głębszego znaczenia. Kompozycje utrzymane są w stylistyce westernu, można także w nich wychwycić mocne akcenty Południa, a nostalgia i smutek miesza się tutaj z dumą, uporem i siłą charakteru. To zdecydowanie moja ulubiona płyta lutego!

 

Stworzona przez studio Campo Santo i wydana przez Panic Inc. gra przygodowa z 2016 roku ( dostępna na wszystkich platformach), w której wcielamy się w strażnika przeciwpożarowego Henry’ego, który w czasie wakacji pilnuje obszaru w Shoshone National Forest zdecydowanie jest moim ulubieńcem lutego, przy którym spędziłem dobre 13 godzin. Początkowy opis może i wydaje się nudny, ale nic bardziej mylnego – rozgrywkę zaczynamy opowieścią tekstową, w której przybliżona zostaje nam smutna przeszłość głównego bohatera. W prologu co jakiś czas sami możemy wybrać jedną z dwóch pojawiających się na ekranie opcji, jednak każda z decyzji prowadzi do sytuacji, w której zdesperowany i zrezygnowany Henry przyjmuje ofertę pracy na odludziu i ląduje nieopodal Parku Narodowego Yellowstone.

Rozgrywka oferuje widok pierwszoosobowy, komiksową, kojarzącą się z The Long Dark, grafikę oraz w gruncie rzeczy prościutki gameplay, w którym nasz bohater ogranicza się do spacerów z punktu A do punktu B na mapie oraz tego, co stanowi o sile Firewatch, czyli do rozmów za pomocą walkie-talkie ze swoją przełożoną Delilah. Dialogi oraz voice-acting tej gry to istna rewelacja, która spokojnie może konkurować z najlepszymi serialami Netflixa czy HBO i uważam, że każdy, kto lubi dobre opowieści, powinien zapoznać się z tym tytułem. Albo może inaczej – jeśli jesteście fanami gier studia TellTale Games, płakaliście, grając w Life is Strange, bądź nie mogliście wyjść z podziwu po rozgrywce w OxenfreeFirewatch jest zdecydowanie dla Was! Gra jest stosunkowo krótka – w czasie od 5 do 7 godzin gracz spokojnie przejdzie całość, dlatego też ja mam za sobą już dwa podejścia, bo najzwyczajniej w świecie chciałem podjąć inne decyzje i zobaczyć, jak rozkładają się dialogi między Henrym a Delilah. Wiem na pewno, że w najbliższym czasie wrócę trzeci raz do Shoshone National Forest, bo wciąż pozostaje kilka linii dialogowych, których nie testowałem, poza tym brakuje mi jeszcze dwóch osiągnięć do kompletu. Poza tym nie będę ściemniał – uwielbiam ścieżkę dźwiękową oraz pracę, jaką wykonali wcielający się w Henry’ego i Delilah Rich Sommer i Cissy Jones. Chemia, jaką wytworzyli między bohaterami, jest wręcz namacalna, a ich przekomarzanki słowne i to, jak nadają na wspólnej fali, wielokrotnie wywoływało we mnie głośny śmiech, bądź momentalnie przyklejało uśmiech do mojej twarzy albo pełne zrozumienia potakiwanie. Dodam również, że gra jest cholernie smutna i po finale łapie człowieka bezbrzeżna nostalgia, którą próżno z siebie wyplenić przez długi czas. Rewelacja.

Firewatch – September 2016 Trailer


Jakub Pożarowszczyk

Ulubieńcy? Dobre żarty! Luty zaczynałem ze sporymi nadziejami. Wszak chociażby u nas w kraju pojawiły się głośne płyty, jak Wiedza o społeczeństwie Lao Che czy solowy debiut mojej ulubionej polskiej wokalistki – Beaty Wrońskiej. I co? I chyba się rozczarowałem, a przynajmniej – póki co się rozczarowałem. Nie ukrywam bowiem, że obie płyty z każdym przesłuchaniem jednak zyskują. Wrońska nagrała materiał dosyć mroczny, niejednoznaczny w interpretacji i zaskakująco mało piosenkowy – trzeba mu poświęcić więcej czasu. Lao Che za to zaczęli flirt z latami osiemdziesiątymi i… cały czas przekonuję się do tego wcielenia ekipy Spiętego. No więc sprawdźmy, co działo się na świecie. Liczyłem na nowe dzieło od Therion – dla mnie poprzednie LP Szwedów – Gothic Kabbalah Sitra Ahra to fenomenalne krążki. Beloved Antichrist za to jest koszmarem. Trzypłytowy, niesłuchalny, nużący po piętnastu minutach jest dowodem, że Therion totalnie pogubił się w swoich operowych ambicjach. Nie zawładnęli moim odtwarzaczem (jeszcze) death metalowcy z Portal, chociaż ich wizja technicznego metalu śmierci, który zaprezentowali na najnowszym krążku ION jest frapująca. Z lżejszych rzeczy to moją jazdą obowiązkową w lutym była świeżynka od Franz Ferdinand, którzy znowu filtrują z disco i funkiem – jak dla mnie to ślepy zaułek w ich karierze… Z premier ostatniego miesiąca z pewnością warto odnotować ciekawe krążki MGMT, Long Distance Calling, epkę Bjorna Riisa, niezły debiut krajowej supergrupy New People oraz powrót starego wygi – Ala Di Meoli. Jaki jest jednak ten mój ulubieniec lutego? Oczywiście padło na heavy metalowych wyjadaczy z Saxon, którzy powrócili z dwudziestym drugim albumem zatytułowanym Thunderbolt. Oczywiście Biff Byford i spółka nie nagrali niczego specjalnie odkrywczego. Ale znowu spowodowali, że ich płyta dłuuuuugo się kręciła w moim odtwarzaczu. Fenomenalna forma, biorąc pod uwagę sporą częstotliwość wydawania przez nich nowych płyt. To dalej niezwykle uczciwy, szlachetny heavy metal z solidną porcją porywających riffów, iskrzących solówek gitary i chóralnych zaśpiewów. Nigdy się na nich nie zawiodłem. Iron Maiden powinni się uczyć od swoich kolegów ze sceny, jak tworzyć w kwiecie kariery porządne płyty.

Saxon – They Played Rock And Roll (Official Lyric Video)


Małgosia Kilijanek

Zacznę nietypowo, ponieważ od malarstwa i rzeźby. W lutym po raz kolejny odwiedziłam warszawską wystawę w Narodowej Galerii Sztuki, Zachęcie, prezentującą twórczość Anny Ostoi – polskiej artystki sztuk wizualnych, która mieszka oraz pracuje w Krakowie i Nowym Jorku. W swej twórczości wykorzystuje szeroką gamę narzędzi, takich jak dźwięk, rzeźba, tekst, kolaże, fotomontaże, malarstwo. Łącząc różne techniki, stara się tworzyć instalacje opierające się na konkretnych zagadnieniach (jak choćby problemy związane z polityką czy sztuką), które poddaje dogłębnym analizom i prezentuje ich powiązania z kulturą masową, politologią czy filozofią. Wydaje mi się, iż największą zaletą dzieł, które tworzy Ostoya, jest zmuszenie odbiorcy do intelektualnych rozważań nad prezentowanymi kwestiami.

Artystka porusza się pomiędzy awangardą, futuryzmem, kubizmem, dadaizmem, postmodernizmem i pop artem. Ekspozycja w Zachęcie prezentowała jedne z najważniejszych dzieł powstałych w latach 2009-2017 i w głównej mierze opierała się na sztuce zawłaszczeń – artystka wielokrotnie wzorowała się na istniejących już obrazach czy zdjęciach. Apolityczność i bezcielesność to ich główne cechy. Za wyjątkowo godną wyróżnienia pozycję uważam pracę Lee nr 2 z 2013, powstałą z papieru ściernego, płótna i płatków złota. Reinterpretacja cudzej twórczości, jak chociażby Work z 2013 roku, inspirowany fotomontażem Johna Heartfielda poruszającego problem nierówność klas, bezrobocia oraz roli mężczyzny i kobiety w społeczeństwie, daje możliwość interpretacji na nowo i skłania do dyskusji.

 

Miano ulubieńców lutego zyskały też u mnie rzeźby Magdaleny Więcek, które odkryłam dzięki fantastycznej wystawie Inny Trans-Atlantyk. Sztuka kinetyczna i op-art w Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej w latach 50. – 70. w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej nad Wisłą. Zestawienie dzieł, z którymi widz mógł wejść w interakcję, stworzyło wyjątkową, otwartą i dynamiczną przestrzeń. Sztuka kinetyczna i op-art ze wschodu Europy i Ameryki Łacińskiej łączyła w sobie przezroczystość, stabilizację i równowagę z fascynacją odkryciami naukowymi i najnowszymi technologiami. Wiele z eksponatów wiązało się z utopijnymi wizjami, będąc jednocześnie artystycznym eksperymentem i stanowiąc tym samym alternatywną opowieść o modernizmie. Wracając jednak do wybitnej polskiej rzeźbiarki, która międzynarodowy rozgłos zyskała dzięki Biennale Form Przestrzennych w Elblągu (pierwsza edycja odbyła się w 1965 roku), należy wspomnieć, iż w MSN zagościły rzeźby z serii Lotna (1967), czyli formy wypełnionych albo pustych półkul z mosiądzu, nałożonych na siebie w sposób kreujący zamrożony ruch. Więcek lubiła eksperymenty z formą, a specjalizowała się w wykorzystywaniu do prac metalu: aluminium, stali i mosiądzu. To, co tworzyła w przestrzeni publicznej, można podziwiać nie tylko w Polsce, lecz również w Niemczech, Danii, we Włoszech i w Holandii. Wyjątkowym wizualnym obiektem w Muzeum nad Wisłą był także Lumière en mouvement (Światło w ruchu) autorstwa Julio le Parca, w którym niewielkie metalowe płytki o różnych kształtach zostały podwieszone pod sufitem na cienkich nylonowych nitkach i podświetlone w taki sposób, by tworzyły refleksy na ścianach i podłodze pomieszczenia. Dodatkowym elementem wprawiającym je w ruch wahadłowy była cyrkulacja powietrza, którą wywoływało poruszanie się podziwiających (dzięki czemu eksponat sporym zainteresowaniem cieszył się również wśród dzieci). Od 17 marca wspomnianą wystawę można podziwiać w Garage Museum of Contemporary Art w Moskwie.

Za bardziej materialnego ulubieńca minionego miesiąca uważam najnowszą płytę Son Luxa Brighter Wounds (oczywiście mowa o wersji fizycznej płyty, wszak muzyce do materialności daleko). Album ten mieści w sobie spory ładunek emocjonalny – stojący na czele zespołu Ryan Lott w tekstach mierzy się z wizją nadchodzącego ojcostwa oraz śmiercią przyjaciela. Pośród dźwięków o zmiennym tempie perkusji, syntezatorów, fortepianu czy smyczków, wokal Lotta wielokrotnie przepełniony rozpaczą wyznacza drogę do momentów kulminacyjnych. Weren’t we beautiful once? pyta chór w All Directions. Stworzona przez trio historia nie napawa optymizmem, ale jest w stanie mocno poruszyć. Daje jednak nadzieję: w zamykającym album Ressurection (Wskrzeszenie), gdzie poddane w wątpliwość zostają cisza, moc protestu czy wiara, pojawia się sugestia, iż może wcale na śmierci się nie kończy, ale jest ona tylko przejściem w stronę jaśniejszej nocy.

Is this just what the resurrection feels like
From the other side, from the other side, from the other side?
Out of the darker day and into the brighter night

Son Lux – All Directions (Official Video)


Martyna Michalska

Przez pewien czas miałam pewien problem z oglądanymi przeze mnie filmami. Mimo, że przez wielu uznawane były za znakomite i wokół słyszałam same zachwyty, nie potrafiłam ich ocenić na więcej niż “ok”, czyli takie max. 6/10. Myślałam nawet, że straciłam pewną wrażliwość filmową, albo po prostu ich nie rozumiem. Przełom nastąpił po obejrzeniu The Place. W tym filmie jest wszystko, czego oczekuję od kina – świetnie napisany scenariusz, bardzo dobra gra aktorska i zaskakujące, dające do myślenia rozwiązania fabularne. Kiedy oglądałam ten film z moją koleżanką, co chwila spoglądałyśmy na siebie z niedowierzaniem na twarzy, a po seansie jeszcze długo rozmawiałyśmy na jego temat. O znaczeniu ostatniej sceny, o ludzkiej naturze ukazanej przez Paolo Genovese, o zależnościach między kolejnymi historiami. Niepotrzebne tu były wielkie nazwiska (choć aktorów dobrze już znałam z poprzedniego filmu reżysera – Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie), fantastyczne zdjęcia (wystarczyła jedna lokalizacja), czy nie wiadomo jakie efekty specjalne. W tym filmie wszystko zagrało – od pierwszego ujęcia kamery, na piosence finałowej kończąc. Kawał znakomitego kina.

Głos Kultury objął film The Place patronatem medialnym, a Wielogłos, w którym Mateusz i Sylwia dyskutują o tej produkcji, znajdziecie TUTAJ.

The Place (2017) – Zwiastun PL


Iwona Mózgowiec 

Niespodziewanie dla siebie samej ulubieńcem lutego mianuję… Iron Mana! Właściwie wypowiedź powinnam zacząć tak:

Cześć, mam na imię Iwona, nie odróżniam DC Comics od Marvela i nie doceniłam żadnej z “superbohaterskich” produkcji od czasów Batmana z Keatonem w roli głównej*. W lutym 2018 roku przez absolutny przypadek zobaczyłam film Jona Favreau z 2008r., który przewartościował moje życie. Robercie Downey’u Juniorze, to Twoja sprawka!

Zaskoczyło mnie, jak stosunkowo niewiele jest bezsensownego niszczenia rzeczy, samochodów, budynków, miejsc użyteczności publicznej. W Iron Manie niszczy się niezbędne minimum. Serio, sianie ogólnego zniszczenia i latające roztrzaskane części “wszystkiego” to jest maniera, która jakoś mnie odpycha. Przypuszczam jednak, że nie nikłość zniszczeń, nie wszechmogący pancerz, nie wartka akcja, nie małe i duże wybuchy i nawet nie ten skubaniec Jeff Bridges przykuł moją uwagę do ekranu. To po prostu chyba Tony Stark** (Downey Jr.) ze swoją genialną mimiką skradł cały seans. Teraz szukam mędrca, który mi powie: czy z identycznym scenariuszem, ale z innym odtwórcą głównej roli dobrnęłabym do końca? I pytanie nr 2: czy ulubieńcem marca będą Avengersi?

*docenienie miało miejsce mniej więcej w VI klasie podstawówki.

**Stark? Winter is coming! Oh, wait…


Michał Bębenek 

Oryginalny serial Netflixa, który premierę miał pod koniec grudnia ubiegłego roku, ja jednak odkryłem go dopiero nieco ponad tydzień temu, zaliczam go więc jako mojego lutowego ulubieńca. The Toys That Made Us należałoby nazwać raczej miniserialem, pierwszy sezon liczy bowiem zaledwie cztery odcinki i jest to dokument, który na Netflixie znaleźć można w wiele mówiącej kategorii “dziwaczne”. Produkcja ta opiera się na popularnej ostatnio nostalgii za latami 80. i przedstawia genezę powstania najbardziej ikonicznych zabawek w historii. Największą dawkę owej nostalgii odczują zapewne Amerykanie, do których skierowany jest serial, ale i dla nas będzie to przyjemna podróż do przeszłości, są to bowiem zabawki (lub ich polskie odpowiedniki/podróbki), którymi większość z nas bawiła się na podwórku w latach 80. i 90. Każdy z czterech odcinków opowiada historię innej serii zabawek i drogę od małych firm do gigantycznych korporacji, jaką dzięki nim przeszły takie marki jak Mattel, Hasbro czy Kenner. Poznamy więc fascynującą historię zabawek z Gwiezdnych Wojen, lalki Barbie, He-Mana oraz figurek akcji (w żadnym wypadku nie lalek!) G.I. Joe. The Toys That Made Us, oprócz oczywistej fali tęsknoty za dawnymi czasami, prezentuje też całą masę ciekawostek. Jak chociażby fakt, że Barbie zainspirowana została niemiecką lalką Lilli, przedstawiającą prostytutkę, a animowany serial He-Man i Władcy Wszechświata powstał przypadkiem, w wyniku wymyślonej na poczekaniu bujdy, którą jeden z twórców zabawki musiał przedstawić sieci sklepów Toys R Us (- Zabawki Star Wars opierają się na popularności filmów, a wy co macie? – No jak to? To wy nie wiecie? Mamy serię komiksów i film animowany!). Polecam The Toys That Made Us, w szczególności tym, którzy tak jak ja, uwielbiali oglądać w telewizji przygody He-Mana i bawili się polskimi podróbkami figurek z tej serii (które wszystkie produkowane były na tym samym, szarym, plastikowym szablonie, a odróżniały je tylko kolorowe, gumowe głowy i akcesoria), a także gumowymi podróbkami figurek Star Wars, których kolory czasami nie do końca zgadzały się z ekranowym pierwowzorem (bo ludzie pracujący w fabryce nawet nie widzieli filmu i malowali je na wyczucie).


Paulina Leszczyńska

W lutym nareszcie znalazłam trochę czasu na nadrobienie filmowych i serialowych zaległości. Każdy kinoman słyszał o The Room – uznawanym za najlepszy najgorszy film, jaki kiedykolwiek nakręcono. Trudno zresztą się nie zgodzić. Tommy Wiseau zepsuł w nim wszystko, co możliwe. Pomimo tego, od 15 lat twór ten nie schodzi z ekranów kin na całym świecie, a widzowie go uwielbiają. Tym bardziej więc ucieszyła mnie wieść o premierze Disaster Artist – filmu opowiadającego o przyjaźni Tommy’ego Wiseau i Grega Sestero oraz kulisach powstawania jednego z najsłynniejszych koszmarów amerykańskiego kina. Wiedząc, że za kamerą stanął James Franco, a przed nią on sam z młodszym bratem u boku, wiedziałam, że czeka mnie naprawdę dobry seans. Nie zawiodłam się. Możliwości Franco przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Perfekcyjny był nawet komiczny słowiański akcent głównego bohatera, który przy każdej możliwej okazji powtarza wszystkim, że pochodzi z Nowego Orleanu. Kłamstwo to ma zresztą opracowane do tego stopnia, że być może sam już zdążył w nie uwierzyć…

Na każdą głupią komedię nakręconą wraz z Sethem Rogenem, przypada film ambitny, w którym James Franco wspina się na wyżyny możliwości, skąd widza urzeka i hipnotyzuje. Moim zdaniem jego występ w Disaster Artist jest najlepszym od czasów 127 godzin. To opowieść, która bawi i wzrusza, a przede wszystkim przedstawia kulisy powstawania filmu, który ziścił marzenia dwóch wyrzutków Hollywoodu. Przedstawiony z kontekstem, The Room nabiera w oczach widzów zupełnie nowego znaczenia i sprawia, że film ten już nigdy nie będzie taki sam.

Disaster Artist doczekał się jednej nominacji do Oscara, lecz finalnie statuetka powędrowała w inne ręce. Pocieszający jest jednak fakt, że James Franco może pochwalić się Złotym Globem zdobytym za najlepszą rolę, a to już i tak spore wyróżnienie. Disaster Artist to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów The Room. Brak znajomości twórczości Wiseau nie dyskwalifikuje jednak potencjalnego widza, ponieważ Franco postarał się, by historia przedstawiona została przejrzyście i była zrozumiała nawet dla laików nieobeznanych w tej ponadprzeciętnie pokręconej opowieści. Ostatecznie Disaster Artist to po prostu genialny film dla każdego i dlatego też każdemu z czystym sumieniem go polecam.

The Disaster Artist Official Trailer #3 (2017) James Franco, Seth Rogan The Room Movie HD


Przemek Kowalski

Luty nie był dla mnie niestety miesiącem, w którym wysypało gronem „ulubieńców”. Filmowo był to oczywiście czas nadrabiania Oscarowych zaległości, jednak oprócz I, Tonya (recenzja TUTAJ) żadna z propozycji nie wzbudziła we mnie pozytywnych emocji. Czytelniczy luty to z kolei najnowsza odsłona Archiwum burzowego światła, autorstwa Brandona Sandersona, o której przeczytacie TU . Honoru kultury dzielnie broniły seriale. Na największe uznanie zasługują lutowe odcinki drugiego sezonu This Is Us,  ogromnie nad Wisłą niedocenianego, a jednocześnie stanowiącego ścisłą czołówkę emitowanych obecnie dzieł małego ekranu. Tacy jesteśmy to jednak tytuł zasługujący na więcej niż wzmiankę w ULUBIEŃCACH, dlatego wypatrujcie recenzji, jaka pojawi się po wyemitowaniu ostatniego odcinka drugiej odsłony, czyli za mniej więcej tydzień. A jeśli jeszcze nie oglądaliście produkcji Dana Fogelmana, czym prędzej spieszcie nadrobić, bo wierzcie mi – prawdopodobnie nie ma teraz w telewizji niczego lepszego.

Skoro więc nie This Is Us, to kto? Netflixowe Everything sucks!

Jedna z najnowszych oryginalnych produkcji Netflixa przenosi nas w czasie do roku 1996 i liceum w małej i, jak sama nazwa wskazuje, nudnej mieścinie Boring w Stanach Zjednoczonych. Czasy, kiedy to pager był technologicznym hitem, telefony komórkowe gabarytowo przypominały komputer, natomiast strony w Internecie… a zresztą, co ja będę wyjaśniał. Łezka kręci się w oku, gdyż to właśnie lata moich młodzieńczych szaleństw, zupełnie jak u Luke’a, Kate, Emaline czy Olivera – bohaterów Everything sucks.

Należy zaznaczyć, że nie jest to serial dla każdego. Młodsze pokolenie widzów niektórych rzeczy, mówiąc kolokwialnie, po prostu nie załapie. Nawet moi rówieśnicy niekoniecznie muszą być zachwyceni. Dlaczego więc wyróżniam Netflixową nowość? Przede wszystkim za nostalgiczną podróż w czasie (choć momentami aż zanadto podkreślany jest fakt, iż akcja dzieje się w latach 90.), za bohaterów, którzy wzbudzają sympatię i rozwijają się na naszych oczach, za pozytywny klimat, bo choć serial mówi również o rzeczach poważnych (m.in. o odrzuceniu i niepewności związanej z odkrywaniem przez licealistę posiadania innej orientacji seksualnej), to summa summarum te dziesięć półgodzinnych odcinków odpręża, sprawiając, że miło spędzamy czas przed ekranem.

PS Ścieżka dźwiękowa złożona głównie z utworów Oasis, Alanis Morissette oraz Tori Amos to prawdziwa perełka! I mówię to ja, facet, który nigdy nie słuchał żadnego z wymienionych artystów.

 

Tori Amos – "Cornflake Girl" (US Version) (Official Music Video)


Mateusz Norek

Nigdy nie byłem fanem fan fiction. Nie sięgałem po tego typu twórczość, a mówiąc szczerze, nawet nie traktowałem jej do końca poważnie. Trafiła jednak kosa na kamień, ponieważ z okazji słusznej już rocznicy wydania pierwszego opowiadania o Wiedźminie (1986 rok!), magazyn Fantastyka ogłosił konkurs na fanowskie teksty w tym uniwersum, czego owocem jest właśnie niedawno wydany zbiór opowiadań Szpony i kły. Dosłownie kilka dni temu skończyłem czytać ostatnie opowiadanie i jestem naprawdę zaskoczony zarówno poziomem, jak i różnorodnością tych krótkich form. Przy okazji zdałem sobie również sprawę (po raz kolejny), jak bogaty jest świat wykreowany przez Andrzeja Sapkowskiego, nie tylko jeśli chodzi o wymyślone postacie i zawartą w nim słowiańską mitologię, ale również pewne rozwiązania narracyjne i język, które z dużym powodzeniem oddali w swoich tekstach laureaci konkursu – choćby perfekcyjny humor i ironia w opowiadaniu Co dwie głowy… Nadii Gasik. Pojawiają się w nich zarówno dobrze znani bohaterowie jak Geralt, Jaskier czy Triss Merigold, jak i nowowykreowane lub tylko wspomniane w sadze. Dużo jest w Szponach i kłach zarówno humoru, jak i tragizmu, romantyzmu i okrucieństwa, odcieni szarości – ludzi, którzy okazują się być potworami oraz potworów, którzy mają od nich o wiele więcej człowieczeństwa.

Trzy pierwsze opowiadania, w tym laureata konkursu – Piotra Jedlińskiego (Kres cudów), nie do końca mi zagrały (choć absolutnie daleki jestem od stwierdzenia, że w jakikolwiek sposób były złe), natomiast dalej wsiąknąłem bez reszty . Sprawiły to wspomniane już Dwie głowy…, bardzo gorzka Skala powinności Katarzyny Gielicz i nie lżejsza w swoim wydźwięku Lekcja samotności Przemysława Gula; piękne i smutne Bez wzajemności Barbary Szeląg, zaskakujące Nie będzie śladów Tomasza Zliczewskiego i mocna Dziewczyna, która nigdy nie płakała pióra Andrzeja W. Sawickiego. trudno się również nie uśmiechnąć przy oryginalnym pomyśle w opowiadaniu Michała Smyka Ballada o Kwiatuszku

Prawdziwą perełką, zwieńczającą ten zbiór, jest ostatnie, tytułowe opowiadanie Jacka Wróbla, w którym klasyczne, pierwsze opowiadanie o Wiedźminie z 1986 roku opowiedziane jest z perspektywy zamienionej w strzygę królewny – nie bezrozumnej bestii, ale skrzywdzonego i porzuconego przez ojca dziecka, które próbuje przeżyć, zachowując godność i tworząc własne, szczurze królestwo.


Magda Kwaśniok 

Jak już wspomniano, luty to miesiąc, w którym duża część uwagi skupia się na Oscarach, przez co moi ulubieńcy również są związani z prestiżowymi  nagrodami. Jak co roku, często przed obejrzeniem nominowanych produkcji, moje zainteresowanie, czasem w większym stopniu, przyciąga ich muzyczna strona. Gdy do tego dojdzie konieczność znalezienia idealnej playlisty do nauki, przepis na odkrycie faworyta miesiąca mamy gotowy – w moim przypadku są to dwa soundtracki: Call me by your name, na który trafiłam znacznie wcześniej niż na sam film, oraz Loving Vincent, w przypadku którego sytuacja była odwrotna.

Brytyjsko-polska produkcja to prawdziwe “must see” fanów twórczości nie tylko Vincenta van Gogha, do których z pewnością się zaliczam, ale również sztuki tak w ogóle (recenzję autorstwa Małgosi możecie przeczytać TUTAJ). Nic więc dziwnego, że w kinie byłam na jednych z premierowych seansów, a wyszłam naprawdę oczarowana. Nie sądziłam jednak, że moje drogi z tym filmem skrzyżują się ponownie już podczas maturalnych przygotowań – całkiem przypadkiem, przeglądając proponowane filmy na YouTubie, trafiłam na ścieżkę dźwiękową tej produkcji i zostałam z nią przez najbliższych parę dni. Oczywiście, w czasie samego seansu byłam w stanie powiedzieć, że twórcy muzycznie wykonali kawał dobrej roboty, jednak dopiero parę miesięcy później w pełni doceniłam to, jakie skojarzenia przywodzi na myśl soundtrack do filmu Loving Vincent, z którym obcowanie jest naprawdę kojącym i pięknym doświadczeniem.

Clint Mansell – "The Night Cafe" (Loving Vincent OST)

 

Jak już wspomniałam, kolejnym z moich odkryć była ścieżka dźwiękowa Call me by your name, którą w przeciwieństwie do tej z Vincenta, w pełni doceniłam dopiero po obejrzeniu filmu. Przed trafieniem na ten soundtrack znałam już twórczość Sufjana Stevensa, którego dwa utwory są osią całej ścieżki dźwiękowej: jeden, Vision of gideon, został wykorzystany w ostatniej i jednej z najważniejszych scen tego filmu, a drugi, nominowany do Oscara Mystery of love, stanowi w pewnym sensie muzyczne streszczenie emocji zawartych w melodramacie. Nie tylko cudowne utwory Stevensa, od których nadal się nie uwolniłam, składają się na budującą odczucia widza ścieżkę dźwiękową – fabuła wymusiła na twórcach wykorzystanie dużej ilości klasycznych utworów granych na pianinie, co w połączeniu z wszechobecną sztuką antyczną, widoczną na ekranie, robi naprawdę duże wrażenie. Za oknem piętnaście stopni na minusie, a ja w swetrze i z kubkiem herbaty, słuchając tego soundtracku, niemal czuję w powietrzu morelowy zapach lata z południa Włoch, gdzie (jeszcze) nie byłam!

Sufjan Stevens – Mystery of Love (From "Call Me By Your Name" Soundtrack)


Sylwia Sekret

Pod koniec stycznia swoją polską premierę miał węgierski film (nominowany zresztą do Oscara, którego nie zgarnął) zatytułowany Dusza i ciało. Produkcję tę objęliśmy patronatem medialnym (nasz Wielogłos znajdziecie TUTAJ) z czego jesteśmy dumni, bo obraz okazał się pozytywnie nietypowy, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że jego tematyka to nic nowego ani zaskakującego. Wspominam o tym nie dlatego, że właśnie ten film zamierzam wymienić jako ulubieńca lutego. Przez cały ostatni (miejmy nadzieję!) zimowy miesiąc chodziła mi po głowie piosenka z dzieła Ildikó Enyedi. Utwór ten nie został napisany specjalnie do Duszy i ciała; jego premierę datuje się na 2010 rok, więc swoje lata już ma i o ile się nie mylę, to węgierski dramat nie był jedyną produkcją, w której został wykorzystany do ścieżki dźwiękowej – pojawił się również w jednym z odcinków serialu Peaky Blinders. Od kiedy usłyszałam utwór Laury Marling zatytułowany What He Wrote niewiele było dni, w których choć raz nie słuchałam tego kawałka. Wszystko mi się w nim zgadza – melodia, słowa, a także dykcja i wokal piosenkarki. Utwór jest tak delikatny i subtelny w wykonaniu, ale jednocześnie rozdzierający w swej wymowie, że po prostu chwyta mnie za serce za każdym razem. Linia melodyczna What He Wrote jest moim zdaniem wyjątkowa, ale być może wydaje mi się tak po prostu dlatego, że zapałałam ogromnym sentymentem do tej piosenki. Pełno w niej wzruszających momentów – niezwykle delikatnych, płynących, ale jednocześnie systematycznie uderzających o skaliste brzegi duszy, rozbijające się o nie; łaskoczące je i rozkruszające stopniowo. Jeśli chodzi o słowa, przekaz i interpretację utworu Laury Marling (zwłaszcza o interpretację) to sprawa jest skomplikowana. Jest to bowiem jeden z tych utworów, który nie ma prostego tekstu i nie opowiada prostej historii, którą wszyscy – od początku do końca – zrozumiemy tak samo. Ale również za to uwielbiam ten kawałek. Artystka stosuje wiele metafor i nie zawsze mają mieć one (moim zdaniem) jedno konkretne znaczenie. Na pewno utwór dotyczy miłości, opowiada o czymś, co się utraciło, o bólu po tej stracie… ale także o przyznaniu się do pewnych błędów, do grzechów – rozumianych nie w sensie religijnym, lecz tym, dla którego podstawy zbudowalo nasze sumienie. Czy możemy przyjąć, że podmiot liryczny tego utworu, to kobieta, która zdradziła i przez to została porzucona? Wydaje mi się, że tak, jednak piękno What He Wrote tkwi także w tym, że interpretacja może być różna, bo uzależniona także od naszych własnych doświadczeń. Podobno utwór ten artystka napisała zainspirowana lekturą wojennych listów – to daje nam kolejny poziom, kolejna płaszczyznę, na jakiej możemy nie tylko analizować tekst, ale także go poczuć.

What He Wrote Laury Marling chwyta mnie za serce przy każdym przesłuchaniu – nieważne, czy puszczam sobie ten utwór raz czy dziesięć razy dziennie. Zdecydowanie jest to mój ulubieniec lutego. Nie mogło być inaczej.

Laura Marling – What He Wrote / OST Testről és lélekről (Music video)


Fot.: SonicSilver Lining MusicPanic Inc., Varèse Sarabande, Aurora Films, Virgin Records, Netflix, United International Pictures, superNOWA, Milan Records, Sony Masterworks, Warner Bros. Entertainment, Zachęta Art

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *