There are no slides in this slider.

Książki,Recenzje

Wielka Pielgrzymka – Dan Simmons – “Hyperion” [recenzja]

Omawianie klasyków to rzecz ryzykowna. Ponieważ praktycznie wszystko zostało o nich napisane, ponieważ dany tytuł ma rzeszę fanów, którym bardzo łatwo można się narazić w sytuacji, kiedy nam akurat omawiane dzieło niekoniecznie przypadło do gustu. W przypadku Hyperiona zdania są w gruncie rzeczy zbliżone – większość uznaje powieść Dana Simmonsa za majstersztyk science fiction, który imponuje rozmachem i wizją amerykańskiego autora. Ja również dołączam do tego grona, jednak w przypadku Hyperiona zadziałał u mnie efekt lekkiego zawodu, spowodowanego chyba zbyt dużymi oczekiwaniami. Tyle się nasłuchałem o fenomenie tej powieści, że po jej skończeniu odczuwałem głównie niedosyt. Mam też kilka uwag, które niekoniecznie spodobają się najwierniejszym fanom, jednak przy dokładniejszej analizie muszę wspomnieć o nurtujących mnie kwestiach. Oczywiście Hyperion to powieść bardzo dobra, zauważam po prostu kilka wad, które nie pozwalają mi stwierdzić, że mamy do czynienia z arcydziełem.

Hyperion to powieść, na którą składa się sześć opowieści siedmiu bohaterów Pielgrzymki na planetę Hyperion, która ma odmienić życie każdego z uczestników. Czyni to z dzieła tak naprawdę zbiór opowiadań, który Simmons zręcznie spiął w sensowną całość. Fabuła powieści ma przybliżyć nam przeszłość każdego z bohaterów (są to: Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul) oraz ukazać nam powody, które pokierowały pielgrzymami tak, aby wybrali się w mozolną podróż i spotkać Dzierzbę – mityczną postać, która – w imię legend – jest śmiercionośna, ale ma potężną moc i zna odpowiedzi na wszystkie pytania.

Mam problem z oceną powieści Simmonsa właściwie cały czas. Z jednej strony autor powalił mnie niektórymi rozwiązaniami, jak na przykład tym, że w żadnym momencie nie pokusił się, aby podpowiedzieć czytelnikowi, z czym ma aktualnie do czynienia, oraz żeby chwycić odbiorcę swojej powieści za rękę i przeprowadzić go przez zawiłości przedstawionego świata. To bardzo słuszne rozwiązanie, dzięki któremu z każdą kolejną stroną znajdujemy nowe informacje i sami dokonujemy  – intuicyjnie – odkryć, o co tu właściwie chodzi i co kryje się za niektórymi słowami, których znaczenia z początku nie jesteśmy w stanie pojąć. Zachwyciła mnie również Simmonsowska umiejętność budowania napięcia oraz stopniowego ukazywania – za pomocą wspomnień, rozmów, plotek – enigmatycznego Dzierzby. To wywołało we mnie skrajne wręcz zaintrygowanie i chęć przeczytania tej sceny, w której wreszcie pojawi się mityczny stwór. Niestety – i tu upatruję winę po stronie wydawnictwa – opis przygotowuje czytelnika na coś zupełnie innego, niż otrzymujemy podczas lektury. Dodam nawet, że zaraz po skończeniu powieści byłem lekko poirytowany, gdyż okazało się, że to, co znajduje się w powieści stanowi zaledwie preludium do tego, co sugeruje opis.

Nieadekwatność opisu do treści książki nie jest jednak dziełem pisarza. Do Dana Simmonsa mam ten zarzut, że nie do końca odpowiada mi ukazanie bohaterów. Tak jak wspomniałem wcześniej – Hyperion to zbiór opowiadań połączony w taki sposób, że tworzy jedną powieść. Ma to swoje zalety, ma niestety i wady. Jedną z nich są właśnie bohaterowie. Sęk w tym, że nie do końca możemy ich poznać. Albo ujmę to inaczej. Poznajemy ich przeszłość, przez to możemy doświadczyć, jacy byli i co wpłynęło najmocniej na ich jestestwo, ale przy tym nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy w ogóle się z nimi identyfikujemy, gdyż fragmenty dotyczące samej Pielgrzymki są w Hyperionie szczątkowe – służą za wypełniacz między kolejnymi historiami pielgrzymów. Pozostając przy bohaterach i kwestii dialogów – zauważyłem również, że poza Poetą (który, notabene, jest w moim odczuciu najbardziej irytującą postacią) wszyscy mówią tak samo. Każda postać ma taki sam akcent, taką samą manierę, identyczny styl wypowiedzi. Może nie jest to coś, co psuje odbiór, bo jednak w dziele Simmonsa chodzi o coś zgoła innego, niemniej jednak rzuca się to w oczy.

Na koniec pozostawiłem twardy orzech do zgryzienia. To jednocześnie wady, jak i zalety, a tylko od danego czytelnika zależeć będzie, jak do tego podejdzie. Simmons może i nieumiejętnie ukazał indywidualność bohaterów pod względem językowym, jednak nadrobił to sposobem, jakim odróżniają się poszczególne opowieści. Nie dość, że płynnie przeskakuje z relacji pierwszoosobowej do narracji trzecioosobowej, to jeszcze w swojej space operowej wizji science fiction zmieścił między innymi opowiadanie w formie dziennika, romantyczną, futurystyczną opowieść żołnierską, kryminał momentami kojarzący się z nurtem noir, dramat obyczajowy, poezję i liczne nawiązania do innych dzieł, które możemy odkryć, jeśli tylko znamy ich treść. Ze względu na tę różnorodność jednym przypadnie do gustu opowieść Konsula czy też Poety, a inni – w tym ja – zakochają się w historii Uczonego oraz Żołnierza. W tym tkwi główna siła Hyperionu – dzięki zróżnicowaniu każdy znajdzie w niej coś, co chwyci za serce, bądź oczaruje rozmachem. Jest w tym jednak drobna skaza – niektóre z opowieści są odrobinę przeciągnięte, co przeradza się szybko w znużenie podczas lektury.

Dan Simmons stworzył dzieło świetne, które mimo zauważalnych wad broni się wyobraźnią autora. Można nie polubić opowieści niektórych bohaterów, można ponarzekać na brak głębszej indywidualności większości postaci oraz na fakt, że poznajemy w zasadzie historie pielgrzymów, a nie do końca ich samych, i że opis wydawcy jest odrobinę dezorientujący. Czym jest to jednak w zestawieniu z emocjami, które Simmons wzbudza w czytelniku w trakcie oraz po lekturze? Obok Hyperiona nie można przejść obojętnie – zostawi on w sercu głęboką drzazgę, bo świat tutaj przedstawiony jest niezwykle złożony, przygnębiający i pesymistyczny na tyle, że po zamknięciu ostatniej strony jest człowiekowi autentycznie smutno. Autor zostawia nikłe światło w tym bezmiarze pesymizmu za sprawą miłości, gdyż ta jest obecna właściwie w każdej z opowieści pielgrzymów. I nie mam tu na myśli tandetnej wizji miłości rodem z filmów romantycznych. Hyperion opowiada o wielu twarzach tego uczucia, o mnogości jej odmian oraz o zróżnicowanych odbiorcach – od człowieka, na planecie kończąc. Zamykając jednak ten wywód – polecam, w końcu to nie bez powodu wielokrotnie nagradzany klasyk. Tym bardziej, że w serii Artefakty wielkimi krokami zbliża się jego kontynuacja.

Fot.: Wydawnictwo MAG

Podobne wpisy:

Avatar

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *