Wielogłosem o…: „Birdman” [Oscary 2015]

Nasza redakcja z zapałem śledzi kolejne oscarowe filmy. Jedne nas zachwycają, inne rozczarowują, zawsze jednak stanowią przyczynek do dyskusji, wymiany zdań, a czasem nawet… sprzeczek. „Birdman” Alejandra Gonzáleza Iñárritu zaskoczył nas jednak tym, że zgadzamy się niemal we wszystkim. 

WRAŻENIA OGOLNE

Sylwia Sekret: „Birdman” mnie zaskoczył dwojako. Z jednej strony dlatego, że po zwiastunach i opisie filmu spodziewałam się raczej komedii z lekką nutą dramatu. Okazało się jednak, że jest zupełnie na odwrót – i bardzo dobrze, gdyby bowiem proporcje były odwrotne, film wiele by na tym stracił. Z drugiej strony moje zaskoczenie spowodowane zostało tym, że nie spodziewałam się po filmie nominowanym do Oscara obrazu tak głębokiego, smutnego i skłaniającego do wielu różnorakich refleksji.

Mateusz Cyra: Ja z kolei do „Birdmana” podchodziłem bardzo niepewnie, z nieco negatywnym nawet nastawieniem. Spodziewałem się, że obejrzę głupią komedyjkę z podstarzałym Keatonem i po zakończeniu filmu będę zniesmaczony. Jednak już pierwsze 20 minut utwierdziło mnie w przekonaniu, że oto mogę mieć do czynienia z jednym z moich ulubionych filmów. Intuicja mnie nie zawiodła. Po seansie wystawiłem najwyższą notę, a na takową zasługują u mnie tylko te nieliczne filmy, które nie tyle mnie czymś urzekły, co spowodowały pewność, że każde ponowne obejrzenie pozwoli mi odkryć coś nowego.

Michał Bębenek: U mnie było nieco inaczej, ja na ten film czekałem, wiedziałem o czym jest i czego oczekiwać. Byłem świadom dotychczasowych nagród i nominacji, które zdobył „Birdman”, a po obejrzeniu zwiastuna byłem pewny, że to po prostu musi mi się spodobać. Dlatego też nie było dla mnie zaskoczeniem, że z kina wyszedłem zachwycony.

b6

PLUSY I MINUSY FILMU

Sylwia: Plusów jest tutaj co nie miara, a każdy z nich jest cegiełką, które razem składają się na wyjątkowe dzieło filmowe. Mamy tutaj zaskakujące operowanie kamerą, która zdaje się płynąć niemal bez żadnych cięć, tym samym towarzysząc bohaterom na każdym kroku; mamy bezapelacyjnie fantastyczną grę aktorską – zarówno pierwszo- , jak i drugoplanowi aktorzy spisali się znakomicie w „Birdmanie”; mamy elementy fantastyczne, które w zależności od naszej interpretacji albo pozostaną fantastyczne, albo zostaną zdegradowane do roli chorego bądź omamionego umysłu. Nie wymienię od razu wszystkich plusów także ze względu na to, że moi koledzy nie mieliby o czym pisać ;).

Mateusz: Dziękuję, Sylwio, jednak ja skupię się na czymś innym.

Sylwia: No właśnie, to miałam na myśli, mówiąc, że nie wymieniam wszystkiego – „coś” innego. Przecież nie zamierzałam wymieniać w nieskończoność tych samych zalet filmu ;).

Mateusz: Film, który w pewien sposób obnaża wszelkie przywary Hollywood oraz – tutaj już dość wyraźnie wyśmiewa – modę na blockbustery o super bohaterach został zrealizowany tak, że niektórzy widzowie mogą być znudzeni bądź nawet zawiedzeni. Przeciętnego zjadacza filmów fabuła nie porwie, bo „Birdman” jest obrazem stonowanym, nietypowym, miejscami wręcz hermetycznym i skupionym na czymś innym niż oczekiwania widza. Dla wielu osób z pewnością będzie to wada, dla mnie jednak – zaleta. Ten film aż kipi od emocji i pozwala widzowi na interpretacyjne szaleństwo, do tego jego realizacja, scenariusz oraz aktorstwo powala na kolana. Dawno nie widziałem tak udanego filmu.

Sylwia: Co do minusów sprawa przedstawia się dużo gorzej – a więc, patrząc z drugiej strony, lepiej. Jestem w stanie wymienić póki co dwa minusy filmu, z czego pod jednym sama się podpisuję, drugi natomiast wymienię, ponieważ wiem, że znajdą się tacy, którzy się pod nim podpiszą. Edward Norton – genialna rola, chyba najlepsza w jego dorobku i dlatego uważam, że było go w filmie o tę parę minut za mało. A Nortona chciało się więcej i więcej… Minusem, który wiem, że prędzej czy później pojawi się wśród widzów opuszczających salę kinową, będzie zakończenie. Cóż, tak to jest, że po prostu koniec filmu na zasadzie – widzu, interpretacja należy do Ciebie, nie wszystkim odpowiada.

Mateusz: Jako minus można też ewentualne podciągnąć to, że film jest zwyczajnie nietypowy. Począwszy od sposobu realizacji – jest bowiem nakręcony tak, że sprawia wrażenie, jakoby był jednym ujęciem, bez żadnych cięć montażowych – a na scenariuszu kończąc. Tyle, że to już jest takie czepialstwo. Ten film jest arcydziełem, nawet jeśli są w nim minusy, to wszystkie plusy niwelują te pierwsze.

Michał: Właśnie ten nietypowy sposób realizacji, jedno długie ujęcie, sprawiające wrażenie pozbawionego jakichkolwiek cięć, to dla mnie był jeden z największych plusów i atutów tego filmu. Podpisuję się też rękami i nogami pod Waszymi zachwytami na temat aktorstwa, scenariusza i kunsztu reżysera. Do tego świetna muzyka wygrywana na perkusji. Dla mnie „Birdman” był pozbawiony minusów, ale jeśli już musiałbym coś wytknąć, to chyba najbardziej podzielam zdanie Sylwii odnośnie zakończenia – zostawia wielki mętlik w głowie i nie każdemu może się to spodobać. Natomiast co do Edwarda Nortona – jego po prostu nie mogło być więcej, bo „Birdman” należał do Keatona, więc gdyby Norton miał więcej czasu ekranowego, mógłby jeszcze go przyćmić, niczym filmowy Mike, który starał się przyćmić Riggana.

Sylwia: No ale chociaż troszeczkę więcej…tak ciut, ciut..

b3

NAJLEPSZA SCENA

Sylwia: Tutaj mam dwa typy. I coś mi się wydaje, że z jednym z nich zgodzą się moi koledzy. Chodzi mi oczywiście o scenę, w której tytułowy Birdman, a raczej Riggan Thomson wystosowuje swoje przemówienie do pani krytyk siedzącej w barze. Scena niezwykle mocna, sugestywna i zostawiająca widza z uczuciem, że będzie musiał to przemyśleć, kiedy seans dobiegnie końca. Druga scena natomiast to punkt kulminacyjny w relacji ojciec-córka. Świetnie wypadła w swoim monologu Emma Stone jako Sam. W zasadzie obydwie wybrane przeze mnie sceny zasadzają się na tym samym – są monologami rozgoryczonych osób, które długo tłumiły w sobie to, co teraz wylewa się z nich słowami gorzkimi, ale także prawdziwymi i dającymi do myślenia.

Mateusz: Birdman rzucający uwagę, że Robert Downey Jr. jest beztalenciem ;). A tak zupełnie na poważnie: scena, w której poirytowany do granic możliwości Riggan wyrzuca pani krytyk, co myśli o wykonywanej przez nią pracy oraz o jej podejściu do sztuki jest kwintesencją tego filmu, ale i (pop) kultury w ogóle. Kim jesteśmy, żeby lakonicznie rzucić, że dany aktor zagrał beznadziejnie, skoro nie mamy najbledszego pojęcia, jak wyglądała jego praca włożona w kreację? Zresztą to tylko przykład, który można przełożyć dosłownie na wszystko, czego wynikiem jest ludzka praca. Fenomenalna scena, jedna z najlepszych scen w historii kinematografii w ogóle. Równie kolosalne wrażenie wywołała we mnie scena, w której pierwszy raz widzimy tytułowego Birdmana.

Michał: Jeśli trzymać się interpretacji, że „Birdman” jest nakręcony jednym ujęciem (a wiem, że nie jest), to moją ulubioną sceną staje się cały film ;). Ale rozumiem, że powinienem jednak wybrać jakieś jej fragmenty, które zrobiły na mnie największe wrażenie. W tym miejscu uprzedzę czytelników, że reszta tekstu, do końca tego akapitu będzie raczej przesiąknięta spoilerami, więc jeśli jeszcze nie widzieliście „Birdmana”, lepiej od razu przeskoczcie do kolejnego punktu! No więc, najlepsze sceny – na pewno wspomniana już rozmowa Riggana z córką, po znalezieniu skręta w maśle orzechowym. Niesamowita, hipnotyzująca Emma Stone z takim przekonaniem wygłasza swoje zdanie na temat tego, że jej ojciec jest nikim, że nie byłem w stanie nawet mrugnąć, żeby nie przegapić choćby najmniejszego szczegółu (cóż poradzę, że mam wyjątkową słabość do tej aktorki ;) ). Z innych scen mogę dodać jeszcze pojawienie się Birdmana w pełnym kostiumie, unoszącego się za plecami bohatera i jego monolog na temat tego, jak bardzo ponad wszystkimi jest Riggan. No i jeszcze scena na dachu – Sam i Mike, grający w „prawda czy wyzwanie”. Niezwykle szczera i świetnie zagrana rozmowa, szczególnie fragment, kiedy Mike mówi, że najbardziej prawdziwy czuje się na scenie. Mógłbym tak wymieniać kolejne sceny, aż opowiedziałbym cały film, więc przytoczę jeszcze tylko jedną – obiecuję. Niezwykły dla mnie był również moment, kiedy Riggan, już po swoim pamiętnym marszu ulicą, w samym gaciach, zaskakuje publiczność, pojawiając się w taki sposób na drugim końcu sali – my wiemy już, że widownia oszaleje, będą owacje i wiwaty, ale nie słyszymy tego, ani nie widzimy, kamera powolutku wędruję na piętro i filmuje pusty korytarz przez kilka pełnych napięcia sekund. Mistrzostwo.

b5

NAJGORSZA SCENA

Mateusz: Ha, ha, niezły żart. Najgorsza scena? Nie mam nic do powiedzenia. 

Sylwia: Oto jest pytanie! Czy w „Birdmanie”, który jest od początku do końca świetnie zaplanowany i przemyślany, a każde słowo i gest mają znaczenie i są niezbędne, można wskazać najgorszą scenę? Być może tak, ale ja na chwilę obecną nie jestem w stanie tego zrobić :).

Michał: Napisy końcowe ;).

 

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE 

Sylwia: Rzecz w tym, że w filmie tego typu nie ma miejsca na dziury fabularne czy jakieś nielogiczne rozwiązania.

Mateusz: Ten film jest przemyślany od pierwszej do ostatniej sceny. Nie wydaje mi się, by miał jakiekolwiek fabularne wgniecenia, co dopiero mówić tu o dziurach. Michał, Ty coś wyłapałeś?

Michał: Nie wydaje mi się. Pan Iñárritu doskonale wiedział co robi i perfekcyjnie poprowadził całą opowieść od początku do końca.

 

EFEKTY SPECJALNE/SPRAWY TECHNICZNE

Sylwia: Wspominaliśmy  już wszyscy pracę kamery – świetną nie tylko pod względem oryginalności, ale także tego, jak wpływa to na odbiór filmu. Dzięki płynnemu, niemal jednoujęciowemu podążaniu za aktorem, a czasem przed nim – widz czuje się poniekąd, jakby nie tylko uczestniczył w rozgrywających się wydarzeniach, ale wręcz podglądał je z ukrycia – a zatem doświadczał czegoś intymnego dla bohaterów filmu. Na uwagę zasługuje również muzyka, która opiera się na bębnach – niepokojących, dziwnych i niekiedy nawet momentami irytujących, dzięki czemu idealnie stapiającymi się z filmem i postaciami, o których opowiada.

Mateusz: Mnie się w takiej, a nie innej pracy kamery podobało również to, że nie było to nigdzie wyraźnie zaznaczone, ale mimo ciągłości ujęcia, nie zachowano ciągłości narracyjnej – mianowicie niektóre sceny miały miejsce np. na dzień lub dwa po ostatnim „najeździe” kamery.  Kolejną sprawą jest właśnie muzyka – ciekawy zabieg – oprzeć całą muzykę filmową tylko na perkusji. Nie spodziewałem się, że wywoła to tak udany efekt. Na uwagę zasługuje także scena wyobrażeń Riggana, w której w spektakularny sposób zostaje obnażony trend wśród widzów – a co za tym idzie i twórców – na wybuchy, wielkie monstra, efekty specjalne i wszelkie wyznaczniki blockbusterów.

Michał: Właściwie powiedzieliście już wszystko – genialna praca kamery w trybie „jednego ujęcia”, perkusja, o której wspominałem już na samym początku, wyobrażenie hollywoodzkich efektów specjalnych (które użyte w tak kameralnym filmie, w tej jednej krótkiej scenie, paradoksalnie były lepsze niż w niejednym blockbusterze). Chciałem tylko sprostować wypowiedź Mateusza, jakoby cała muzyka była oparta tylko na perkusji – przecież był jeszcze „motyw przewodni”, który w swojej głowie słyszał Riggan. Mógł nawet na zawołanie go włączać ;).

b1

AKTORSTWO

Sylwia: Michael Keaton – bardzo, bardzo dobra rola. Tym bardziej, że pewne sytuacje czy aluzje mogły świadczyć o tym, że gdzieś tam, daleko, daleko w tle majaczy nam prawdziwy aktor, a nie tylko odgrywana przez niego postać (Mateusz szerzej wytłumaczy o co chodzi, on niemal mieszka w Gotham City). Brawa za dystans i odwagę – jestem pewna, że nie każdy zdobyłby się na to, aby zagrać Birdmana. Natomiast: Edward Norton – gdzież schował się ten uroczy i tajemniczy iluzjonista? Gdzie ukrył się ciamajdowaty harcmistrz? Na tym w dużej mierze opiera się kunszt aktorstwa – aby widzowie nie byli w stanie dostrzec w odgrywanej przez ciebie postaci cech, które cię dotyczyły w innych filmach. Jest to także rola zaskakująca – nie wiedziałam bowiem, że Norton potrafi grać aż tak dobrze. Na uwagę zasługuje również Emma Stone. Także świetnie się spisała – wykreowała postać, która jak najbardziej zapada w pamięć. Właściwie te trzy postaci, a zatem także aktorzy, wyróżniają się najbardziej.

Mateusz: Ja skupię uwagę na Keatonie. Facet, który największą popularność zawdzięcza roli Batmana (lata 90.) zniknął na kilka ładnych lat i, co tu dużo mówić, spotkał go los hollywoodzkiego – niepotrzebnego właściwie nikomu – wyrzutka. Dostaje angaż w filmie, w którym tak naprawdę ma do odegrania trzy niezwykle wymagające role i – niespodzianka – okazuje się, że ten facet może pochwalić się takim aktorskim kunsztem, jaki wielu aktorów pewnie chciałoby mieć. Zastanawiacie się pewnie, skąd wzięły mi się aż trzy role…

Sylwia: Wybacz, że wejdę w słowo, ale – nie, nie zastanawiamy się, jest to dość oczywiste ;).

Mateusz: …Pierwszą jest oczywiście Riggan – postać będąca głównym bohaterem. Zapomniany aktor, szukający ostatniej szansy na spełnienie oraz akceptację za pomocą sztuki, której jest reżyserem oraz pierwszoplanowym aktorem. Tutaj możemy przejść właśnie do Mela McGinnisa – postaci, którą na deskach broadwayowskiego teatru odgrywa Riggan. McGinnis jest nieszczęśliwym mężczyzną po pięćdziesiątce, który nie może dojść do porozumienia ze swoją rodziną oraz, tak na dobrą sprawę, z samym sobą. Jest też oczywiście tytułowy Birdman – pazerny, cyniczny, wypruty z pozytywnych emocji oraz odrzucony super bohater, który za wszelką cenę pragnie wrócić do pełni formy oraz należnej mu sławy. Oczywiście wszystkie te wcielenia są tak naprawdę jakąś cząstką osobowości Riggana. Co w tym filmie cudowne – analogii do prawdziwego świata oraz do samego Keatona jest co nie miara. Dlatego też mój szacunek do aktora jest olbrzymi.

Michał: Czy można powiedzieć coś więcej na temat Michaela Keatona? Analogia Keaton – Batman, Riggan – Birdman na pewno nie jest przypadkowa i nie sądzę, żeby jakikolwiek inny aktor mógł zagrać tytułową rolę w tym filmie. Facet naprawdę pokazał klasę i kunszt aktorski, bo rzeczywiście, po bardzo udanych rolach u Tima Burtona (dwie części Batmana, ale też „Sok z żuka”) nie pamiętam go praktycznie z żadnego późniejszego filmu (na myśl przychodzi mi tylko bardzo słaby horror „Głosy” z 2005 r.). Natomiast Riggan Thompson to zdecydowanie oscarowa kreacja.

Sylwia: No tak! Wszak to on był Żukosoczkiem! Uwielbiam ten film!

Michał: A co poza tym? Oczywiście Edward Norton, który pokazuje formę, w jakiej nie widzieliśmy go od lat (a pomyśleć, że mało brakowało, żeby w tej roli wystąpił Sean Penn). Niezwykła, hipnotyzująca (prawdopodobnie się już powtarzam z tym przymiotnikiem ;) ) Emma Stone – śmiało mogę stwierdzić, że to najlepsza rola w jej dotychczasowej karierze. Na uwagę zasługują też Naomi Watts i Zach Galifianakis, polskiej widowni kojarzący się głównie z rolą głupkowatego Alana z „Kac Vegas”. Jednak ich kreacje zostały przyćmione przez wspomnianych wcześniej Nortona i Stone, którzy z kolei pozostają w cieniu skrzydeł Keatona.

b4

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: Riggan Thomson to chyba ta wizja każdego aktora, która przyprawia ich o bezsenność. Na jego przykładzie zostają ukazane nie tylko plusy i minusy popularności, ale także ślepy zaułek jednej roli. Roli, która najpierw okazuje się wymarzoną rolą życia, zapewniającą pieniądze i sławę, później jednak jawi się jako więzienie, z którego wydostanie się graniczy niemal z cudem. To oczywiście jego postać jest w filmie kluczowa i na jej problemach skupiają się twórcy, jednak również postaci drugoplanowe są ciekawe z punktu widzenia psychologicznego.

Mateusz: Omówienie postaci granych przez Michaela Keatona opisałem do tej pory w kilku miejscach, dlatego sobie tutaj odpuszczę.

Istotną postacią jest Sam – sprawiająca wrażenie wiecznie zagubionej, zniechęconej życiem oraz otoczeniem, momentami zniesmaczonej zachowaniami ojca i marzącej o wyrwaniu się z nudnej codziennej egzystencji młodej – już – kobiety. Jej postać jest kolejną istotną cegiełką w świecie Riggana – córka, która wyrywa się spod skrzydeł ojca i za wszelką cenę pragnie autonomii. Również finałowa scena z nią w roli głównej pozwala popuścić wodze interpretacji i zastanowić się, jak to się właściwie skończyło.

Michał: Do tej listy należy dodać oczywiście Mike’a Shinera, lekko ekscentrycznego, aczkolwiek genialnego, nowojorskiego aktora. Jego szczerość, bezpośredniość i lekkie wariactwo, miejscami naprawdę przyćmiewają Riggana. Przypomniała mi się też rozmowa, kiedy Jake i Riggan próbują wymyślić, kim zastąpić kontuzjowanego poprzednika Mike’a – zanim w końcu pada nazwisko Shinera, każdy kolejny wymieniony aktor okazuje się zajęty kręceniem filmu o super bohaterach. Wspaniała ironia.

b2

OSCAROWE SZANSE

Sylwia: No cóż, nie ma rady – bez Oscara się w przypadku tego filmu nie obędzie. Jeśli miałabym obstawiać, to spore szanse ma zarówno w kategorii najlepszy film, jak i w kwestii wyróżnienia dla aktorów. Także za najlepszy scenariusz oryginalny „Birdman” może otrzymać najważniejszą w filmowym światku statuetkę. I choć nie widziałam wszystkich nominowanych za drugoplanową rolę aktorek, mam przeczucie, że Emma Stone wyjdzie z Gali pod rękę z niejakim Oscarem.

Mateusz: A ja już odbyłem sporo dyskusji na temat oscarowych szans „Birdmana” i jednak – mimo iż bardzo bym chciał, żeby film Alejandra Gonzáleza Iñárritu zgarnął najlepiej wszystko – moim zdaniem ten film jest zbyt ambitny, zbyt hermetyczny, zbyt refleksyjny i zbyt nietypowy na zgarnięcie statuetki za najlepszy film. Wygra coś bardziej „lekkostrawnego”. Coś, co spodoba się większości gawiedzi. Jestem niemal pewien, że „Birdman” zgarnie nagrody za kategorie aktorskie (chociaż Norton ma niezwykle silnego konkurenta w osobie J.K. Simmonsa) oraz za zdjęcia i reżyserię.

Sylwia: Rozumiem Twoje podejście, ale z drugiej strony Akademia być może będzie chciała wykazać się przed ową gawiedzią dystansem do siebie i poczuciem humoru – wtedy „Birdman” będzie bezkonkurencyjny.

Michał: W tym roku, w kategorii najlepszego filmu, „Birdman” ma bardzo mocnych konkurentów. Bardzo bym chciał, aby to właśnie ten film otrzymał statuetkę, jednak jednocześnie będzie mi szkoda pozostałych, równie świetnych tytułów. Ciężki wybór. Obawiam się też, że w drodze po Oscara, „Birdmanowi” może stanąć zarówno „Boyhood”, bo przecież, jak ktoś gdzieś napisał, nie po to Linklater kręcił go przez 12 lat ;), jak i „Snajper”, bo Amerykanie mogą zasugerować się opowieścią o  swoim nowym bohaterze narodowym.

Sylwia: Dość świeżo po obejrzeniu „Boyhooda” mogę śmiało stwierdzić, że jeśli statuetkę za najlepszy film zgarnie produkcja bez fabuły, polotu i z przeciętnym aktorstwem, którego  j e d y n ą  zaletą jest fakt, iż był kręcony 12 lat – Oscary naprawdę stracą na znaczeniu i prestiżu. „Snajpera” nie widziałam, ale błagam – to miałby być powód? Wiem, wiem „Zniewolony” podobno wygrał na podobnej zasadzie… Ja jednak wierzę jeszcze jakimiś resztkami wiary w Akademię.

 b7

PODSUMOWANIE

Sylwia: „Birdman” zasługuje na uwagę przede wszystkim przez wzgląd na swoją oryginalność – zarówno w kwestii technicznej, jak i przesłania. Jest mocny, ale okraszony nutką delikatności; surowy, ale też wyrafinowany i subtelny. Takich filmów potrzeba nam zdecydowanie więcej. Tym, którzy jeszcze go natomiast nie widzieli, chciałam powiedzieć, że jeśli odstrasza Was zwiastun, według którego film wydaje się być komercyjny i mało ambitny – zwiastuny kłamią ;).

Mateusz: Co tu dużo mówić, dla mnie to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w życiu oraz najlepszy film 2014 roku. To, co urzeka mnie w „Birdmanie” to w zmyślny sposób przedstawione przeciwności oraz wynikające z nich sytuacje. Nawet ogólny przekaz dzieła oraz poruszane przezeń tematy są zestawieniem uniwersalnych tematów z jednoczesnym ukazaniem ich za pomocą hermetycznego światku Broadwayu. W filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu w genialny sposób przenikają się fikcja i rzeczywistość, pozwalając uważnym widzom wyłuskać smaczki, o które w dzisiejszym kinie, zdominowanym przez wysoko budżetowe produkcje, dość trudno. Tak jak pisałem na samym początku – „Birdman” jest dziełem, do którego z chęcią będę wracać i na samą myśl o tym, ile nowego odkryję z każdym kolejnym seansem, budzi się szeroki uśmiech na mojej twarzy.

Michał: I ja bardzo chętnie będę wracał do tej produkcji. To film, który daje do myślenia, zmusza do ruszenia głową i zdecydowania się na własną interpretację zakończenia. A właśnie takie filmy warte są zapisania w kinowych annałach. Zachęcam wszystkich do wyruszenia w podróż na skrzydłach Birdmana. Muzyka, akcja i lecimy!

Ocena Sylwii: 9/10
Ocena Michała: 9/10 
Ocena Mateusza: 10/10

Fot.: imperial-cinepix.com.pl

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Michał Bębenek

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Aktualnie wiekowy student WoFiKi. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *