Wielogłosem o…: “Coco”

Coco

Zdarzają się takie filmy, które naprawde długo po seansie zostają w naszych sercach i pamięci. Są takie filmy, na których nie wstyd uronić kilka łez. Raz na jakiś czas pojawiają się produkcje, które zachwycają pod każdym względem. I wyobraźcie sobie, że takim filmem jest dla nas… bajka. Tak, animacja Coco zrobiła na nas tak ogromne wrażenie, że do tej pory “chodzi” za nami ten film i zarówno na głos, jak i w myślach gratulujemy twórcom tak genialnie przemyślanego scenariusza, tak fantastycznej fabuły, wspaniałych bohaterów, cudownej ścieżki dźwiękowej i pięknej animacji. Gratulujemy im w zasadzie wszystkiego, a już niedługo – jesteśmy przekonani – będziemy gratulować Oscara… mamy głośną nadzieję, że nie jednego. Coco to przepiękna opowieść o miłości, rodzinie, o dążeniu do własnych marzeń i o tym, jakie koszty za tym idą; to przypowieść o tym, jak ważna jest pamięć o zmarłych, a całość została genialnie ubrana w symbolikę meksykańskiego Día de Muertos. W poniższym Wielogłosie zachwycamy się kolejnym niesamowitym dziełem Pixara.

WRAŻENIA OGÓLNE

Sylwia Sekret: Ten film jest niesamowity. I to zdanie, podkreślone i pogrubione, powinno w zasadzie wystarczyć za moje wrażenia ogólne, ale na potrzeby artykułu postaram się to trochę rozwinąć. Kiedy wchodziłam do kina na seans, nie bardzo wiedziałam, co mnie czeka. Co prawda o Coco było już dosyć głośno, ale o dziwo ominęły mnie jakoś wszelkie recenzje i opinie, a nawet nie wiedziałam, o czym animacja ta opowiada. Mówię “o dziwo”, bo zazwyczaj jestem na bieżąco z wchodzącymi do kin, zwłaszcza tymi głosniejszymi animacjami, z tego względu że tego typu produkcje bardzo lubię. Tym razem było inaczej. Widziałam gdzieś plakat, a tytuł obił mi się o uszy i na tym koniec. Kolorowy obrazek reklamujący film wprowadził mnie w mylne wrażenie, że Coco będzie luźną animacją o niczym konkretnym, pełną gagów mających rozśmieszyć najmłodszych. Kiedy wychodziłam z kina, chciało mi się z tego mojego przeświadczenia śmiać. Jakaż byłam głupia! Coco to jedna z najlepszych i chyba w ogóle najlepsza animacja tego typu, jaką w ogóle widziałam. Coś pięknego.

Mateusz Cyra: Miałem bardzo podobnie, jak Ty – gdzieś w tym premierowym zgiełku kompletnie umknęły mi głębsze informacje na temat Coco. Nie widziałem zwiastuna, nie rozmawiałem ze znajomymi na ten temat i wiedziałem w zasadzie tyle, że jest to najnowsze dzieło Pixara. Dlatego przed seansem nie miałem żadnych oczekiwań i przystąpiłem do oglądania kompletnie na czysto. I jakże mnie wciągnęła ta historia! Napisać, że to było świetne przeżycie, to jakby nic nie napisać – studio, które robi najlepsze animacje w dziejach kina, ponownie stanęło na wysokości zadania, tym razem jednak ponownie podnosząc sobie poprzeczkę i bez mniejszych przeszkód ją przeskakując. Aż strach pomyśleć, co wymyślą następnym razem, bo Coco jest wzorcowym przykładem, jak powinno robić się fenomenalne animacje dla wszystkich. Do tej pory mam opad szczęki i wyczekuję momentu, gdy pójdę do kina raz jeszcze.

WADY I ZALETY FILMU

Sylwia: Od razu mówię, że wad nie ma. Na początku wydawało mi się, że Kraina Zmarłych, w której dzieje się spora część akcji filmu, jest nieco zbyt kolorowa. Szybko jednak sama siebie skarciłam, tłumacząc, że przecież meksykańskie święto Día de Muertos różni się diametralnie od Święta Zmarłych, jakie znamy z naszej polskiej kultury. Skoro samo święto jest w Meksyku dniem niezwykle radosnym, a przysmakiem są czaszki robione z lukru i przyozdobione różnymi kolorami, to właśnie tak powinno wyglądać wyobrażenie zaświatów. Jako miejsca tętniącego – paradoksalnie – życiem, pełnego barw, śpiewu, tańca i radości. I właśnie takie jest, do czego teraz nie mam już żadnych zastrzeżeń.

Mateusz: Mnie od samego początku świat przedstawiony niezwykle przypadł do gustu, dlatego nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń.

Sylwia: Skoro więc ustaliliśmy, że wad nie ma, można przejść do zalet. Obawiam sie jednak, że cały ten wielogłos powinien być podpięty pod kategorię: “Zalety filmu”. Dlatego tutaj wspomnimy o nich zapewne ogólnikowo, rozwijając poszczególne z nich w kolejnych kategoriach. Animacja oczywiście jest wspaniała, a największe wrażenie, przynajmniej na mnie, zrobiła pod tym względem tytułowa Coco. Dalej mamy muzykę – wspaniałą, działającą bardzo mocno na widza, no i te kojące dźwięki gitary… Później mamy bohaterów – jest kilku wyrazistych, których się szybko zaczyna lubić lub którymi się interesujemy. Angażujemy sie w ich losy i kibicujemy im. Symbolika – jest tu sporo nawiązań i alegorii, które zrobiły dla filmu dużo dobrego. Ogromną zaletą jest w ogóle sama tematyka – sięgnięcie po tak trudną, a jednocześnie w jakiś przekorny sposób piękna tematykę, było dość odważne w filmie dedykowanym głównie młodszym widzom, ale wyszło iście zjawiskowo. Obok tematyki, stoi problematyka… problemów poruszanych w Coco jest sporo, a wszystkie ważne i takie, o których warto mówić. Zostały poruszone nienachalnie, niektóre wręcz magicznie.

Podsumowując, twórcom udało się połączyć wartką akcję, piękną animację i poważny, bardzo mocno oddziałujący na nasze emocje temat. Czego chcieć więcej?

Mateusz: No właśnie, czego? Czego można oczekiwać od animacji, w której wszystko znajduje się na swoim miejscu? Jak można w ogóle podjąć krytykę dzieła, które zostało przemyślane w każdym, najdrobniejszym nawet calu, gdzie istotny jest nawet jeden płatek aksamitek? Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, ile pracy zostało włożone w stworzenie Coco, ale efekt końcowy jest piorunujący. To bajka, do której chce się wracać raz za razem, dosłownie ze względu na wszystko. Ścieżka dźwiękowa praktycznie non stop gra mi w słuchawkach, a ja, głupi stary chłop, wzruszam się, gdy słyszę bardziej charakterystyczne nuty. Bohaterowie stali się niezwykle bliscy, chociaż dzieli nas wychowanie kulturowe; dopracowanie animacji wywołuje ciarki na plecach, a poruszana tematyka chwyta za serce i wlewa w człowieka pozytywne wibracje.

PROBLEMATYKA

Sylwia: O kurcze, ciężki temat… i to dosłownie. Meksykański Día de Muertos to święto, jak już wiemy, radosne i kolorowe. Obchodzący je, nie płaczą nad grobami swoich zmarłych bliskich, lecz cieszą się, że tego jednego, wyjątkowego dnia w roku, ci, którzy odeszli, mogą powrócić z zaświatów i odwiedzić ich. Żywi co prawda nie widzą zmarłych, ale wierzą, że ich dusze mogą tego dnia przejść na druga stronę, zobaczyć, jak miewają się pozostawieni przez nich w świecie żywych członkowie rodziny i przyjaciele. Z pomarańczowych płatków akasmitek sypią im drogę, by nie zabłądzili. Ustawiają ich zdjęcia, by na pewno trafili. Tego dnia jest pięknie, kolorowo i radośnie. I być może właśnie przez ten obrządek i przez takie radosne wyobrażenie śmierci i tego, co się z nią wiąże, zaświaty wyglądają w filmie Coco tak, jak wyglądają. Właśnie przez wyobrażenie o nich. Jednak wbrew temu wszystkiemu, animacja w reżyserii Lee Unkricha nie jest wyłącznie wesoła i zabawna. O, nie. Jest w niej wiele momentów, kiedy łzy same cisną się do oczu, kiedy przepełnia nas wzruszenie, a nawet… rozpacz. Może się to wydawać dziwne, zwłaszcza że przecież okazuje się, że śmierć nie jest końcem, a w dodatku ludzie po niej trafiają do kolorowego, wesołego świata. Owszem, ale, jakby powiedział Leśmian: nigdy dość się nie umiera. I nigdy dość, i nigdy tak, jak tego pragnie ów, co kona. I znikła treść, i zginął ślad. I powieść o nich już skończona. Powieść o zmarłych również kiedyś dobiega końca, a ich bytowanie w zaświatach ma kres. Ów kres wyznacza pamięć o nich w świecie żywych. A raczej jej brak. Okazuje się bowiem, że zwyczaje związane z Dniem Zmarłych, które główny bohater, Miguel, uważa za głupie, nie są wyłącznie pustą tradycją. Día de Muertos to wyjątkowy dzień również dla zmarłych. To właśnie wtedy otwiera się dla nich gigantyczny most utkany z płatków aksamitek, po którym mogą przejść, by przez kilka godzin napatrzeć się na swoich żyjących bliskich, a także zabrać ze sobą dary, które im przynieśli. Jest jednak jeden warunek. By zmarła osoba mogła przejść przez kontrolę na granicy, jej zdjęcie musi być postawione na ołtarzyku w świecie żywych; słowem – żywi muszą uczcić jego pamięć w tym dniu i chcieć, by ich nawiedził, tfu!, odwiedził. Jeśli kontrola wykaże, że żaden żywy nie umieścił na ołtarzyku zdjęcia takiego zmarłego… nie uda mu się przejść po moście. Co więcej – jeśli w świecie żywych nikt już nie będzie pamiętał o zmarłym, kiedy ostatnia żyjąca osoba zapomni – taki nieboszczyk znika również z zaświatów. Na zawsze. Nie przechodząc już do żadnego innego świata. Co daje nam jasno do zrozumienia, że całe te zaświaty, ten kolorowy kraj zmarłych utrzymuje się na fundamentach wierzeń i pamięci żywych. W ten sposób Coco staje się więc wspaniałą metaforą tego, jak ważna jest pamięć o zmarłych, jak zapewnia im poniekąd życie pozagrobowe – życie we wspomnieniach, w pamięci, w opowieściach, w sercu.

Ale film ten porusza również inne kwestie, równie istotne…

Mateusz: …i byłoby trudno je wszystkie opisać. Fundamentalną problematykę już omówiłaś, ale nie wolno zapominać także o kilku innych istotnych kwestiach, krórych Coco dotyka. Duży nacisk położono w filmie na muzykę i tego, jak ważnym czynnikiem naszego życia ona jest. W historii otwierającej najnowszą animację studia Pixar dowiadujemy się, że w rodzinie Rivera muzyka towarzyszyła rodzinie każdego dnia, będąc jednocześnie jednym z elementów składających się na szczęśliwe pożycie pary zakochanych. Gdy jednak w ich domu pojawiło się dziecko, mąż postanowił poświęcić wszystko i skupić się na spełnieniu swoich marzeń o wielkiej karierze muzycznej, zostawiając tym samym małżonkę oraz malutką (wtedy) Coco samym sobie. Więcej o Imeldzie, opowiesz zapewne podczas omówienia wybranych postaci. W każdym razie Coco w udany sposób pokazuje nam siłę muzyki i to, jak istotna jest ona w naszym życiu, choć wcale możemy sobie nie zdawać z tego sprawy.

Najnowszy film twórcy Toy Story 3 jest również świetnym przesłaniem, że o swoje marzenia trzeba walczyć, ale nie należy przy tym zapominać o najbliższych i nigdy nie powinniśmy piąć się na szczyt kosztem czyjegoś nieszczęścia. Wspaniałe, dojrzałe przesłanie dla każdego – od najmłodszych, po dorosłych, którzy może z czasem o tym zapomnieli. Coco pokazuje nam również jak potrzebna jest w życiu rodzina i jak wielką siłę ma trzymanie się z bliskimi, bo dzięki nim potrafimy zdziałać znacznie więcej niż w pojedynkę, a troska o najbliższych, mimo iż przejawiana na różne, nie zawsze przyjazne dla najmłodszych sposoby (czego przykładem jest dość surowa i “rządząca” twardą ręką babcia Abuelita) to najlepsze, co opiekunowie mogą dać swoim pociechom. Coco jest także hymnem dla tradycji, udowadniającym, że pewne wartości warto pielęgnować i przekazywać je z pokolenia na pokolenie. Między innymi pod tym względem to najlepsza i najbardziej udana animacja Pixara, dzięki czemu będzie ponadczasowa i aktualna nawet za sto lat.

Sylwia: Wspominasz o wartościach przekazywanych z pokolenia na pokolenie i o tym, że warto je pielęgnować. I owszem, ale nie zapominajmy, że Coco to również przypowieść o tym, że nie warto pielęgnować w sobie nienawiści i że jedną z gorszych rzeczy, jaką możemy zrobić, to taką nienawiść przekazać w spadku kolejnym pokoleniom. Zwłaszcza kiedy jest to nienawiść zaślepiająca i ograniczająca w pewien sposób.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: Sporo jest w tym filmie postaci, które zasługują na szersze omówienie. Mamy bowiem wśród ważnych nie tylko głównego bohatera, ale również praprababcię Imeldę, wielkiego piosenkarza Ernesto de la Cruza, a także samotnego w świecie zmarłych i zdesperowanego Hectora, który niedługo zniknie. Każda z tych postaci jest wyjątkowa i charakterystyczna.  Imelda, którą wiele lat po śmierci pamięta i czci cała rodzina, to silna kobieta, która musiała pozbierać się po tym, jak mąż pozostawił ją samą, bez środków do życia, z małą córeczką na utrzymaniu. Wybrał muzykę i sławę. I choć jej serce zostalo rozdarte praktycznie z dnia na dzień, nie mogła pozwolić sobie na rozpacz. Zakasała rękawy i nauczyła się szyć buty, by zarobić na życie swoje i córki. I tak, po latach, kręci się nadal rodzinny biznes obuwniczy, z którego od pokoleń utrzymuje się rodzina Miguela. Imelda postanowiła również, że na dobre wyrzuci z życia to, co odebrało jej ukochanego, czyli muzykę. Kolejne pokolenia również nienawiść do muzyki odziedziczyły po matce rodu. Od tamtej pory są jedyną rodziną, która jak ognia unika muzyki, a muzyków uważa za największe zło. Stąd problemy Miguela, dla którego to właśnie śpiewanie i granie na gitarze są największą pasją, z którą musi się ukrywać.

Mateusz: Kolejnym bohaterem, który wręcz wymaga głębszej analizy jest Hector. To poczciwy, wzbudzający sympatię aparycją zmarły, który podczas święta Día de Muertos za wszelką cenę próbuje przedostać się do świata żywych, jednak na jego nieszczęście nikt nie wystawił mu zdjęcia, a to jest jedyną możliwością, aby mógł on zobaczyć swoich pozostałych przy życiu krewnych. Hector używa wszystkich swoich sztuczek, by oszukać kontrolę celną, ale aparatura pozostaje nieubłagana – nie ma zdjęcia w świecie żywych, nie ma przejścia. Gdy Hector orientuje się, że Miguel będzie w stanie mu pomóc, szybko postanawia zyskać w nim sojusznika i zostaje dla chłopca kimś w stylu przewodnika po świecie umarłych. Obiecuje chłopcu także, że zaprowadzi do go wielkiego Ernesto de la Cruza, z którym ponoć za życia grywał. Okazuje się bowiem, że poszarpany, kuśtykający kościotrup, jakim jest Hector, miał barwne życie i był muzykiem. Mężczyzna jest jednak zdesperowany – wraz z upływem czasu doświadcza prześwietleń, które są sygnałem, że żyjący krewni prawie o nim zapomnieli. Z tego powodu Hector ucieka się do najróżniejszych sztuczek, byleby tylko osiągnąć swój cel i mieć szansę na dalszy byt w świecie umarłych. Sympatyczny nieboszczyk jest znany ze swoich licznych oszustw, kombinacji i lekkiego ducha, co sprawia, że ma on jednocześnie wielu znajomych, ale także wielu wrogów. To również postać tragiczna, chyba najbardziej w całej dotychczasowej historii Pixara i chwała scenarzystom za naprawdę przemyślany scenariusz!  

Sylwia: Równie ciekawą postacią jest Ernesto de la Cruz. Wielki artysta, którego pomniki i fani rozsiani są po całym świecie – zarówno żywych, jak i martwych. Jego przeboje zdają się być nieśmiertelne, sława nie do powtórzenia, a talent nie do podrobienia. Cruz kąpie się w sławie, która nie wystarczyła mu za życia. Również w świecie umarłych pragnie być wielką gwiazdą zawsze w centrum uwagi, co oczywiście udaje mu się bez problemu. Z każdą minutą filmu jednak widz coraz mniej podziela zachwyt, jakim muzyka darzy dwunastoletni Miguel. Narcyzm, którego nawet nie próbuje ukryć mężczyzna, zaczyna być nie do zniesienia, a tkwiące nam w głowie podejrzenia, że Ernesto porzucił rodzinę dla muzyki, nie pozwala o nim myśleć za dobrze. Muzyk wyznaje motto, by wbrew wszystkiemu walczyć o swoje. Co jednak, kiedy to “wszystko” jest również bardzo ważne? A może w ostatecznym rozrachunku ważniejsze niż owo “swoje”? Czy nasze marzenia zawsze muszą być realizowane kosztem czegoś? Czy powiedzenie “po trupach do celu” przyświeca każdemu, kto osiągnął wielki sukces? To bardzo ciekawa postać, która dość mocno napędza całą akcję i w kolorowy sposób przedstawia również współczesne tendencje do idealizowania sław.

NAJLEPSZA SCENA

Sylwia: Sporo było w Coco scen przepięknych, wzruszających i zapadających w pamięć. Począwszy od jednej z początkowych, kiedy po raz pierwszy odzywa się babcia Coco, pytająca, czy papa do nich wrócił. Scena ta jasno daje nam do zrozumienia, jak na życiu tej stojącej już u schyłku życia pomarszczonej i mającej problemy z pamięcią kobiety, odcisnęło się porzucenie przez ojca. Jak wiele łez musiało ją to kosztować i jak bardzo wierzyła, że tata kiedyś powróci. Ale również scena zniknięcia jednego z przyjaciół Hectora nie pozostawia nas obojętnymi – sama myśl o tym, jak może czuć się ktoś, kto ma świadomość, że nikt, absolutnie nikt spośród żywych już o nim nie pamięta, jest miażdżąca i przytłaczająca. Niezwykłe wzruszenie wywołuje również jedna z ostatnich scen, której nie chcę szczegółowo zdradzać, ale jest to rozmowa prawnuczka z prababcią. Coco to w zasadzie jedna wielka najlepsza scena. To brzmi podejrzanie, ale tak właśnie jest. Również dzieciaki, które wybierają się na bajkę po śmiech, a nie wzruszenie czy refleksję, nie będa zresztą zawiedzione, bo głównym elementem komediowym, jest tu pies Dante (skądinąd świetne imię), kojarzący mi się również poprzez tematykę filmu z bajką Wszystkie psy idą do nieba.

Mateusz: Wśród wymienionych przez Ciebie scen również i dla mnie te sceny są najlepsze. Zgadzam się również z odważną opinią, że cały film w istocie zasługuje na miano najlepszej sceny. Żeby się jednak nie powtarzać słowo w słowo dodam, że dla mnie równie udane sceny to te, w których występowały piosenki. Nieważne, czy były wesołe i energiczne, czy też smutne i emocjonalne. To jeden z nielicznych wyjątków w historii animacji, gdy utwory muzyczne i śpiew bohaterów jest całkowicie uzasadniony fabularnie, a widz nie odnosi wrażenia, że piosenki zostały wciśnięte tu na siłę, bo takie są wymogi. Dlatego też fenomenalna jest scena, w której Miguel śpiewa wraz z Hectorem Un Poco Loco. Jakby tego było mało – najistotniejszy utwór całego filmu, czyli Pamiętaj mnie ma trzy różne interpretacje i wykonywany jest w trzech różnych momentach, mając każdorazowo odmienny wydźwięk. Dzięki temu piosenka od typowej, lekko ckliwej ballady romantycznej ewoluuje w kołysankę śpiewaną ukochanej córeczce, by finalnie przeistoczyć się w rodzinny hymn, będący hołdem dla tych, którzy umarli i nie są już pośród żywych, ale miejsce dla nich pozostało głęboko, w sercach. Coś pięknego, łzy same cisną się do oczu.

KWESTIE TECHNICZNE

Sylwia: Nie można odmówić animacji tego, że została wykonana perfekcyjnie. Wystarczy spojrzeć na samą Coco, by docenić pracę, jaką twórcy włożyli w animację. Wszystko wygląda naprawdę rewelacyjnie. Do tego dochodzą nasycone, żywe kolory, zapierające dech w piersiach sceny, jak choćby ta, kiedy po raz pierwszy widzimy most z płatków aksamitek. Bezapelacyjnie świetna jest także muzyka, co w bajce o takiej tematyce było raczej koniecznością, ale koniecznością, która przecież mogła się nie udać. Tymczasem wszystko udało się celująco. Muzyka jest świetna – chwytliwa tam, gdzie trzeba i ściskająca za gardło, kiedy wymaga tego sytuacja. Pozostawia w widzu niezapomniane wrażenie.

Mateusz: Przyznam szczerze, że nieco obawiałem się tego, że animacja nastawiona na kulturę meksykańską, która przecież europejskiemu widzowi jest obca, może nie być wystarczająco uniwersalna, przez co pozostanie niezrozumiana i niedoceniana, jednak po kilku minutach moje obawy rozwiały się raz, by nie powrócić do mej głowy już nigdy więcej. Wielobarwna, pełna muzyki oraz symboli śmierci (rozumianej pozytywnie, radośnie, ku pokrzepieniu serc traktowanej jako kolejny etap, a nie zakończenie naszej drogi) animacja jest cudownie piękna i dopracowana w najmniejszym szczególe. Wiem na pewno, że muszę obejrzeć Coco przynajmniej raz jeszcze tylko po to, by pozachwycać się nad szczegółami, które umkneły mi, bo chłonąłem fabułę. Pixar co rusz mnie zaskakuje – gdy wychodził Ratatauj, myślałem, że studio osiągnęło szczyt swoich możliwości – a gdzie tam ;).

KWESTIA DUBBINGU

Sylwia: Wiemy nie od dziś, że dubbing w bajkach Polakom wychodzi naprawdę wyśmienicie. I Coco nie jest pod tym względem wyjątkiem. Maciej Stuhr w roli Hectora wypada świetnie, dodając do tej postaci jeszcze jeden, charakterystyczny element; Agata Kulesza jako Imelda spisała się równie dobrze, choć przyznaję, że podczas seansu nie zorientowałam się, że to ona. Podobnie rzecz ma się z Bartoszem Opanią, który udzielił głosu Ernestowi de la Cruz – dopiero Internet wskazał mi, że był to on. Uważam, że w kwestii dubbingu nie zawiodło absolutnie nic. Aktorzy zostali świetnie dobrani i bardzo dobrze się spisali.

Mateusz: Zgadzam się i z tym. W ogóle będzie to chyba najbardziej zgodny wielogłos w historii naszego portalu, ale w żaden sposób nie czuję się z tym źle ;). Z racji umiejscowienia akcji w oryginale głosy pod bohaterów podkładają hiszpańskojęzyczni aktorzy, i też w przyszłości chętnie obejrzę Coco w oryginale. Jednak nasza wersja językowa jest małym arcydziełem. Specjaliści od dubbingu w naszym kraju to mistrzowie świata w swoim fachu.

OSCAROWE SZANSE

Mateusz: Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Coco otrzyma statuetkę za najlepszą animację. Tak po prostu będzie i kropka. To murowany kandydat i w moim mniemaniu skandalem byłoby, gdyby ktoś uznał, że dzieło Lee Unkricha nie zasługuje na najważniejsze wyróżnienie w historii kinematografii. Pójdę jednak dalej, ponieważ mam jakieś takie wewnętrzne przekonanie, że Coco jest w stanie nie tylko powtórzyć sukces Toy Story 3, Ratatuj lub Odlotu, ale przebić najbardziej utytułowanych gigantów i otrzymać łącznie nie pięć, a sześć nominacji (podobnie jak dotychczasowy rekordzista Pixara – WALL-E)! Wymienię kolejno: Najlepsza animacja (absolutny pewniak do wygranej), Najlepsza muzyka oryginalna (Michael Giacchino nie od dziś współpracuje z Pixarem, a ta owocna współpraca przyniosła mu już statuetkę za piękny soundtrack do filmu Odlot i nie zdziwiłbym się, gdyby i za ten film otrzymał nagrodę, bo ścieżka dźwiękowa jest tutaj najlepszej próby. Wiele zależy tutaj od pozostałych nominowanych.), Najlepsza piosenka (Remember me w wykonaniu Miguela i Natalii Lafourcade – prosta, ale piękna, niejednoznaczna, ponadczasowa), Najlepszy scenariusz oryginalny (Adrian Molina oraz Matthew Aldrich wykonali kawał porządnej roboty – dali nam niesamowitą opowieść i są odpowiedzialni choćby za jeden z największych twistów w historii animacji Pixara), Najlepszy montaż dźwięku (nie jestem specem, ale dotąd najlepsze produkcje kalifornijskiego studia znalazły się wśród nominowanych w tej kategorii, dlatego też uważam, że są szanse na powtórzenie tego wyczynu) oraz Najlepszy film (co prawda jest to najważniejsza kategoria, ale od kilku lat Akademia nie stosuje ograniczenia tylko do pięciu produkcji, co moim zdaniem sprawi, że Coco ma wielkie szanse znaleźć się w gronie nominowanych). Jestem pewny, że z tych sześciu nominacji przynajmniej dwie zamienią się na statuetki.  

Sylwia: Ty jesteś większym specem od Oscarów, więc ja nie powiem tutaj raczej nic odkrywczego. Mnie również wydaje się, że Coco otrzyma więcej niż jedną statuetkę (tak, mówię od razu o statuetkach, a nie o nominacjach). Muzyka, piosenka, kto wie, może nawet coś więcej… Pewne jest jedno: ten film zasługuje na wiele statuetek i koniec kropka!

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Sylwia: Coco to przepiękna, wspaniała, wzruszająca, zabawna i zagnieżdżająca sie głęboko w sercu animacja, która pozostanie w mojej pamięci na długo. To produkcja przede wszystkim wybitnie przemyślana pod każdym względem – wsytarczy wspomnieć choćby o tym, że przewodnia dla filmu piosenka, czyli Pamiętaj mnie ma tutaj nie jedno, a kilka znaczeń. Wiele mamy tu symboliki, a także tradycję, przepięknie przeniesioną w świat bajek. Miguel i jego rodzina nie opowiadają widzom łatwej historii, ale łatwe nie zawsze jest piękne. A piękna właśnie filmowi Coco odmówić po prostu nie sposób. To animacja wyjątkowa pod naprawdę wieloma względami, którą warto obejrzeć, kiedy jest się dzieckiem i kiedy jest się dorosłym. To produkcja, do której z całą pewnością będe wracać i to niejednokrotnie. Również pamięcią. Bo pamięć to potężnę, niemal magiczne narzędzie; jej moc często ignorujemy, tymczasem Coco pokazuje, że pamięć i wiara mają moc stwórczą. I ja to kupuję. I ja będę o tym pamiętać.

Musicie zobaczyć ten film!

Mateusz: Oceniając filmy, staram się unikać takich określeń, jak “arcydzieło” w stopniu podobnym, jak rodzina Rivera unika muzyki, ale muszę zrobić w tym wypadku wyjątek. Coco to dotąd najlepsza, najwspanialsza i najbardziej udana animacja, jaka wyszła spod skrzydeł Pixara. Przebiła wszystkie dotychczasowe produkcje legendarnego studia, będąc dziełem idealnym, pięknym, uniwersalnym, emocjonującym, bawiącym i wzruszającym do łez, o którym autentycznie nie sposób zapomnieć. Prawdziwe dzieło sztuki.

Ocena Sylwia: 10/10

Ocena Mateusz: 10/10

Fot.: Disney

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *