Wielogłosem o…: „Gra pozorów”

gra pozorów

Czasami w związku źle się dzieje… nuda i rutyna powodują, że brakuje nam tej fascynacji i tych motyli w brzuchu, które towarzyszą parom podczas ich pierwszych wspólnych tygodni. Można radzić sobie z tym na wiele różnych sposobów, ważne jednak, by – po pierwsze, nie czekać, aż będzie za późno, po drugie… nie wciągać w to innych ludzi. Ten niezwykle ciekawy problem tworzący się w realcji dwojga ludzi poruszony zostaje w filmie Gra pozorów, w którym mężczyzna i kobieta wciągają w swoją dziwną grę inną, spotkaną przypadkowo parę. Prowodyrem tej sytuacji jest kobieta, jednak czy mężczyzna pozostanie bez winy? Jaki wpływ ta sytuacja będzie miała na ich związek? I, pytanie najważniejsze, czy reżyserowi i aktorom udało się zbudować napięcie, które udziela się także widzom? Estoński dramat z elementami thrillera recenzują u nas w formie Wielogłosu Iwona i Mateusz – dyskutując o filmie i dzieląc się swoimi odczuciami na jego temat. Grę pozorów dzięki Aurora Films obejrzycie w kinach już od piątku, a Głos Kultury objął produkcję patronatem medialnym.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Zdarzają się w życiu kinomana filmy, które najzwyczajniej w świecie należy przetrawić. Nie ogląda się ich gładko, a seans poza samą rozrywką wzbudza pewien rodzaj dyskomfortu, który trudno wytłumaczyć komuś, kto danego tytułu nie widział. Podczas oglądania tego typu produkcji często zauważamy więcej wad aniżeli zalet. Coś jednak w nich jest. Dzięki temu po napisach końcowych wystawiamy mu pozytywną ocenę i długo zastanawiamy się nad pewnymi rozwiązaniami twórców bądź wyborami bohaterów. I sprawia nam to cholerną frajdę, nawet jeśli gromadzą się w nas negatywne przemyślenia – bo cóż może być gorszego od filmu, który wyparuje z naszych myśli zaraz po jego skończeniu? Tak właśnie jest z reżyserskim debiutem Vallo Toomli – jego Gra pozorów to dzieło specyficzne, długo się rozkręcające, ale finalnie nagradzające wytrwałych za poświęcony mu czas. Miałaś z tym filmem podobnie, Iwona?

Iwona Mózgowiec: Miałam! Dyskomfort to idealne słowo na określenie wrażeń ogólnych. Przy czym to poczucie dyskomfortu u mnie ewoluowało. Nie tylko występowało w różnym natężeniu, ale przede wszystkim zmieniały się powody jego odczuwania. Ale tak jak mówisz – seans się kończy, a ty dalej trawisz to, co zobaczyłeś. I aż cię korci, żeby przedyskutować z kimś konkretne sceny, rozłożyć bohaterów na czynniki pierwsze, a koniec końców ukuć z tego jakąś ogólnoludzką prawdę. Albo i nie.  

PLUSY I MINUSY FILMU

Mateusz: Zacznę od jedynego zarzutu, który kieruję w stronę filmu – nie do końca podobał mi się początek. Mam tu na myśli pierwsze 25, 35 minut. Poznajemy co prawda bohaterów, zauważamy zawiązującą się akcję i rozumiemy ogólną problematykę, ale upodobanie estońskiego reżysera do nieskończenie długich, statycznych, niemalże nieruchomych ujęć bardzo szybko wprowadza element nudy i zaczyna w końcu przeszkadzać. Tego typu słaby punkt można jednak wybaczyć młodemu twórcy, zważywszy na to, że Gra pozorów to jego pełnometrażowy debiut, a kilka lat wcześniej asystował  Marttiemu Heldemu przy powstaniu filmu Na skrzyżowanie wichrów, który to jest pewnym ewenementem w kinematografii.

Jeśli jednak chodzi o plusy – podoba mi się ogólny koncept oraz pomysł na poprowadzenie tej opowieści. W kilku miejscach wątki mogły zawędrować w stronę banału, na szczęście scenariusz uciekał od konwencjonalnych zagrań, wyprowadzając tym samym widzów na manowce (mam tu na myśli na przykład sytuację, która zawiązała się między Anną a Erikiem nad wodą). Podobało mi się także dobre budowanie napięcia –  w zasadzie od samego początku wiemy, że coś tu jest nie tak, a złe emocje krążą w powietrzu, czekając, aż rozpęta się prawdziwy huragan, ale zanim do niego dojdzie, twórcy pokazują nam coraz to bardziej zagmatwane relacje między bohaterami.

Iwona: Z Grą pozorów mam spory problem. Aspekty, które chciałam z początku określić jako minusy filmu, paradoksalnie stają się jego walorami. Weźmy za przykład choćby te szerokie, statyczne i zadziwiająco symetryczne kadry. Z jednej strony tonowały napięcie, z drugiej – potęgowały wrażenie “nicsięniedziania”. Estetycznie doskonałe, surowe, nieprzekombinowane. Ale czy ich przesyt był zamierzony, żeby sprawdzić cierpliwość widza i uśpić jego czujność, czy to po prostu “ćwiczenia reżyserskie” debiutanta? A może on po prostu wielopoziomowo zagrał z odbiorcami w tytułową grę, czyniąc wszystko takim nieoczywistym? Podobny kłopot mam z niespiesznymi dialogami całej czwórki. Sceny posiłków były dla mnie największą męczarnią i dziękowałam losowi, że nie muszę prowadzić takich jałowych rozmów. Punkt ciężkości położony bardzo osobliwie, bo przecież tak naprawdę to.. “nic się nie stało”. To porażka czy sukces filmu? A z bezdyskusyjnych plusów: niejednoznaczność, estetyka, emocjonalna głębia bez uciekania się do topornych, kiczowatych rozwiązań, elementy absurdu.

NAJLEPSZA SCENA

Mateusz: Było kilka naprawdę dobrych scen, czy to ze względów technicznych, czy też czysto związanych z akcją filmu Gra pozorów. Jeśli jednak miałbym wymienić jedną – będzie to moment, w którym Juhan po wybuchu wściekłości na zachowanie Anny postanawia podjąć grę, którą jakiś czas wcześniej rozpoczęła jego ukochana. Było w tym wiele emocji – od goryczy porażki, przez przerażenie i rezygnację, do wściekłości i nadziei, że tak ostateczny w mniemaniu Juhana krok zdoła naprawić relację, która została już chyba pogrzebana.

Iwona: Moim zdecydowanym faworytem jest scena, kiedy Juhan (z coraz większym zdumieniem obserwując nagły zwrot akcji w zachowaniu Anny) pyta z bólem i pretensją: Co ty robisz? i słyszy niedbałą odpowiedź: Szukam zapalniczki.

NAJGORSZA SCENA

Mateusz: Nie wydaje mi się, by Gra pozorów miała jakąś scenę stuprocentowo słabą, odstającą zdecydowanie od pozostałych. Jeśli jednak chodzi o czysto emocjonalny odbiór, to z pewnością nie podobał mi się moment, w którym Anna wychodzi – z pełną świadomością obecności innych ludzi –  na plażę topless, gdy kilka ujęć wcześniej Juhan podejmował jedną z prób wzniecenia wygasłego już (chyba) między parą płomienia namiętności i spotkał się z fatalną reakcją na swoje działania. Obserwowanie reakcji mężczyzny na ewidentnie celowe zachowanie Anny sprawiało niemal fizyczny ból. Aczkolwiek tak jak mówię – to nie jest zła scena, wręcz przeciwnie.

Iwona: Nie wiem jak Ty, ale osobiście uważam, że widok Triin biegnącej z nożem zasługuje na chichot.

Mateusz: Fakt, nie było to w najmniejszym nawet stopniu przerażające ;).

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Mateusz: Z racji pierwszeństwa w niniejszym Wielogłosie, pozwolę sobie omówić postać Anny. Tym bardziej że w sumie ciekawym zabiegiem będzie, gdy mężczyzna opisze bohaterkę filmu, a kobieta powie słów kilka o bohaterze ;).

Anna to dziwna w ocenie kobieta. W żaden sposób nie da się jej jednoznacznie określić. Nie jest ani zła, ani dobra. Jej działania – bardzo często spotykające się z wyraźnym wewnętrznym sprzeciwem oglądającego Grę pozorów widza – są wynikiem kilku lat spędzonych u boku mężczyzny, którego przestała kochać i z którym tkwi w relacji prawdopodobnie wbrew sobie, ale za nic w świecie nie wie, jak się z niej wyplątać. Zresztą w którymś momencie kobieta słusznie i niezwykle trzeźwo (choć potwornie boleśnie) stwierdza bez ogródek, że zarówno ona, jak i Juhan tkwią w związku tylko i wyłącznie ze strachu i lenistwa. I generalnie widać to podczas oglądania filmu, chociaż skłaniam się ku wrażeniu, że to Anna jest tą stroną, która jest bardziej zmęczona, zniechęcona, zrezygnowana i zdesperowana obecnym stanem rzeczy. Jednocześnie to ona jest tym przysłowiowym „króliczkiem”, za którym trzeba gonić, i bardzo dobrze zostało to w filmie przedstawione. Miejscami odnosiłem nawet wrażenie, że Anna jest przedstawiana momentami jako główny czarny charakter filmu i typowa femme fatale – wszak w pełni świadomie rozpoczęła naprawdę chorą i obrzydliwą grę, w którą wciągnęła zupełnie nieznajomych ludzi, wykorzystała Erica do realizacji swoich niepokojących celów, poniekąd czyniąc sobie z jego osoby „furtkę”, dzięki której będzie mogła uwolnić się z relacji, w której jest nieszczęśliwa i wypalona. Oglądanie jej na ekranie jednocześnie fascynuje i obrzydza, a widz musi rozstrzygnąć, które z odczuć przeważa.

Iwona: Czyli co, nie mogę zaprezentować Triin? Oh, wait… wcale nie tego chcę. Nie po tej scenie z nożem. Zatem Juhan.

Juhan to w gruncie rzeczy dobry, prostolinijny chłopak. I jak sam przyznaje – tchórzliwy. Jest jednym z tych pięknych trzydziestoletnich, którzy właśnie znaleźli się na życiowym zakręcie. Wylanie z pracy może stać się dla niego zarówno początkiem staczania się po równi pochyłej, jak i krokiem ku lepszemu. W każdym razie Juhan dostrzega w budzącym litość Ericu swoje lustrzane odbicie. Obaj z biedniejszej klasy średniej, obaj bez pracy, obaj w dziwnych, długoletnich związkach, bezdzietni… O ile Anna postanawia zagrać przed parą przybyszów bogatą kobietę sukcesu, o tyle on próbuje uniknąć konfrontacji. Kilkakrotnie przez nią upokorzony, w pierwszym odruchu wycofuje się z tej chorej gry, by ostatecznie jednak podjąć ją na własną zgubę. Wraz z rozwojem akcji obserwujemy narastająca w nim dezorientację, rozgoryczenie, złość na partnerkę. Ale gdy następuje moment katastrofy, mężczyzna bez chwili wahania staje po jej stronie. To oznaka odwagi czy tchórzostwa?

AKTORSTWO

Mateusz: Oczywiście najwięcej do pokazania miała Mirtel Pohla, która za swoją Annę spokojnie mogłaby zostać nagrodzona. To najbardziej zapadający w pamięci i jednocześnie nakręcający całą akcję bohater i Pohla wywiązała się ze swojego zadania w bardzo dobry sposób. Aktorka tchnęła w odgrywaną przez siebie postać wszystkie cechy, dzięki którym przeżywamy tyle emocji i nie potrafimy pałać do Anny sympatią, choć to pewnie nie jest zła kobieta. Z drugiej strony jest Priit Võigemast, który ma do odegrania zupełnie inną skalę emocji i bohatera znajdującego się na przeciwległym biegunie do swojej partnerki – Anny. To dobra rola, w której dominują drobne gesty, półsłówka oraz granie spojrzeniem. Zdecydowanie mniej do pokazania mieli Meelis Rämmeld jako Erik oraz Mari Abel jako Triin, ale nie były to odstające od wymienionych wcześniej kreacje. W zasadzie z całej czwórki najsłabiej zaprezentowała się Abel, ale jej postać była dość wyblakła na tle pozostałych.

Iwona: Czuję się w obowiązku bronić Abel. Triin w jej wykonaniu była mocno niepokojąca. To jej wieczne bycie na drugim planie, udawanie obojętności wobec rozwijającej się relacji Erika z Anną, niepewna, zgarbiona mowa ciała, nieprzenikniona mimika, rozpaczliwa próba zrobienia roszady w grze partnerów, a wreszcie – niespodziewana erupcja emocji – to wszystko sprawiało, że patrzyłam na aktorkę w napięciu, zupełnie nie wiedząc, czego się po niej spodziewać. Co chyba oznacza, że jej postać była mocnym zawodnikiem w grze pozorów. Zresztą, do takich surowych, statycznych kadrów Toomli świetnie dobrał aktorów. Nie odczułam w ich grze fałszu czy przeszarżowania z emocjami. Bardzo interesujące twarze, swoją drogą.

KWESTIE TECHNICZNE

Mateusz: Nie jestem w stu procentach pewny, ale wydaje mi się, że dom w którym kręcono zdjęcia do omawianego tu dzieła, jest tym samym, bądź bliźniaczo podobnym do tego, w którym rozgrywa się akcja niepokojącego i brawurowego Borgmana. W pewnych scenach aż podświadomie czekałem, by zwariowany zarośnięty i nagi mężczyzna przebiegł przez kadr ;).  Przejdę jednak do omówienia:

Jak już wspominałem – dominującą cechą filmu Gra pozorów są długie, rozwleczone ujęcia. Czasem ma to swój urok, czasem jest to uzasadnione fabularnie, ale w połowie przypadków był to zabieg niezbyt udany i nieco wytrącający film z rytmu. To aspekt, nad którym reżyser Vallo Toomla musi w przyszłości popracować. Oczywiście znajdą się odbiorcy, którym będzie to odpowiadać, dla mnie jednak takich scen było zbyt wiele i nie wniosły one nic do estońskiej produkcji. Iwona, czy coś zwróciło szczególnie Twoją uwagę?

Iwona: Tak! Oprócz długich, rozwleczonych ujęć były też takie szybkie błyski, pamiętasz? Zapewne nieprzypadkowo dotyczyły zawsze duetu Juhan-Anna. Zapamiętałam dwa: pierwszy to przerażający widok Anny śpiącej z otwartymi oczami; drugi – Anna gasząca peta na szyi Juhana. Ciekawy zabieg!   

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Mateusz: Gra pozorów to całkiem udany debiut. Ma on swoje wady, ale nie sposób nie docenić go z dwóch powodów – za ciekawy scenariusz oraz za rewelacyjną Mirtel Pohlę. To dobry film dla par – jako przestroga, by nie przeżyć wspólnego życia obok siebie oraz by nie wytworzyć wokół siebie przepaści niezrozumienia tak wielkiej, że nie uda się jej w pewnym momencie przeskoczyć w sposób inny, niż zrobili to Juhan i Anna. Finał tego estońskiego thrillera daje do myślenia i wywołuje emocje, co świadczy dobrze o jakości tej produkcji. Nie obrażę się, gdy zobaczę więcej tego typu filmów.

Iwona: Ja też się nie obrażę. Zastanawiam się, czy ta produkcja estońska to jeszcze kino skandynawskie czy już nie?

Fot.: Aurora Films

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *