Wielogłosem o…: “Harry Potter i przeklęte dziecko”

Harry Potter i Przeklęte Dziecko

Na książkę Harry Potter i przeklęte dziecko czekało z pewnością wielu fanów wykreowanego przez Rowling magicznego świata. Czy scenariusz sztuki wydany w formie książki spełnił oczekiwania czytelników i zaspokoił głód, jaki narastał od lektury ostatniej części cyklu? Okazuje się, że nie do końca. A nawet nie do połowy. Marta i Krzysztof nie ukrywają swojego rozczarowania – zabrakło według nich przede wszystkim klimatu, a nawet bohaterowie nie przypominają swoich prawdziwych wersji. Sylwia, choć dosrzega wady publikacji, dobrze bawiła się podczas lektury i docenia starania twórców. Nic więc dziwnego, że ich rozmowa momentami była dość burzliwa i gdyby nie zatrważająca ilość słów poniższego tekstu, na którą zwrócono im uwagę – pewnie dyskusja toczyłaby się dalej. Naszym redaktorom nie udało się niestety uniknąć kilku spoilerów, dlatego uprzejmie o nich informujemy w tym miejscu. Jeśli jeszcze nie czytaliście książki, wróćcie do tego wielogłosu później, by nie psuć sobie lektury. Choć, jak twierdzi Krzysiek, najbardziej zepsuli ją sami autorzy ;).

WRAŻENIA OGÓLNE

Marta Nowak: Nie ukrywam, że jestem fanką przygód Harry’ego Pottera i czekałam z niecierpliwością na kolejną odsłonę jego historii. Tymczasem trochę się rozczarowałam, bo całość przypomina mi raczej nie do końca przemyślaną parodię, jakby w tym wszystkim miała być zabawa konwencją, ale przez tę formę zabrakło głębi. Na pewno nie ma magii, w której zakochałam się jako dziecko.

Sylwia Sekret: Moje wrażenia są w takim razie zupełnie inne, ale też przyznać muszę, że z przygodami Pottera i magicznego świata zapoznałam się bardzo niedawno, niecałe dwa lata temu, mając już na karku dwadzieścia kilka wiosen. Na mój pozytywny odbiór tej wyczekiwanej przez fanów publikacji mógł wpłynąć również fakt, że od początku miałam świadomośc tego, że nie jest to kontynuacja, że Rowling nie napisała kolejnej części serii, lecz że jest to jedynie przemianowany na książkę scenariusz sztuki, opierającej się na świecie wykreowanym przez pisarkę. A to, w moim odczuciu, wiele zmienia. Dla mnie Harry Potter i przeklęte dziecko był nie kontynuacją, lecz miłym powrotem do świata, który pokochałam, choć widzianym z nieco innej perspektywy. Jestem pozytywnie zaskoczona i szczerze mówiąc – urzekła mnie ta historia.

Krzysztof Lewandowski: Bliżej mi do opinii Marty. Harry Potter i przeklęte dziecko przypomina fanfic lub parodię, ale nie książkę, która faktycznie mogłaby stanowić część ukochanego przeze mnie uniwersum. Już od pierwszych stron, gdy akcja nagle przeskakiwała o rok, miałem wrażenie, że to nie jest to, że postacie nie przypominają siebie z oryginalnej sagi, a ich problemy są bardzo umowne. To przeświadczenie towarzyszyło mi do końca lektury, w trakcie której nie raz dziwiłem się, co wymyślili autorzy i dlaczego J.K. Rowling zgodziła się na wydanie tej pozycji pod swoim nazwiskiem.   

ZALETY I WADY KSIĄŻKI

Marta: Główną wadą jest dla mnie, jak już wspomniałam, brak głębi, jakby nie było czasu, żeby przyjrzeć się bliżej bohaterom i ich emocjom, a teoretycznie dzieje się tutaj tak dużo, że uczucia powinny kipieć jak eliksiry warzone w gabinecie Snape’a. Dla mnie całość jest przede wszystkim bardzo powierzchowna i trudno uznać to jedynie za konieczne następstwo formy, ponieważ mamy w literaturze polskiej i światowej doskonałe dramaty, które w żadnym stopniu nie odbiegają jakością od opasłych tomów. Chwilami przypominała mi się parodia powieści Rowling stworzona przez Michaela Gerbera, ale humor rodem z Barry’ego Trottera osobiście nigdy mnie nie przekonywał.

Sylwia: Z jednej strony trudno odmówić Ci racji, kiedy wspominasz o pewnej powierzchowności, bo gdzieś tam z boku coś szeptało mi cały czas do ucha, że dzieje się za dużo i za szybko, a to, jak kurczyła się liczba stron, sprawiało, że wiedziałam od razu, że emocjonalnie nie dało się wyczerpać tematu. Z drugiej strony jednak nie przeszkodziło mi to w czerpaniu frajdy z lektury. Powtórzę jeszcze raz – kiedy pierwszy raz otworzyłam tę publikację, wiedziałam, że nie otrzymam kolejnej powieści z kultowej serii, a wręcz miałam wrażenie, że gdyby nie utyskiwania i tęsknoty czytelników, nie byłoby “potrzeby” przenoszenia tej sztuki do formatu książkowego. Więc można powiedzieć, że i tak źle, i tak niedobrze. Moim zdaniem, póki to nie Rowling weźmie się w całości za napisanie czegokolwiek dalej związanego z kolejnymi wydarzeniami, nikt nie będzie w pełni zadowolony.

Krzysztof: Powierzchowność była wyraźna. Właściwie każdy problem każdej postaci został wzięty z powietrza, wrzucony do Przeklętego dziecka i voilà – mamy fabułę. Zupełnie nic mnie w książce nie przekonało. Żadne dylematy wychowawcze Harry’ego Pottera czy nienawiść Albusa do Hogwartu – to wszystko ktoś sobie wymyślił, a Rowling z niewiadomych mi powodów zatwierdziła. Jednak nie oznacza to, że rzeczywiście mamy do czynienia z kontynuacją HP, chyba że taką naginającą bohaterów do poleceń twórców, ale takie tytuły zasługują na jedno określenie – złe.

Sylwia: Ktoś sobie wymyślił? No wiesz, w zasadzie tak zazwyczaj powstają książki… A co do wzięcia z powietrza, to się nie zgodzę i mam wrażenie, że widocznie czytaliśmy inny cykl o Potterze. Naprawdę uważasz, że Harry jako dorosły byłby idealnym i perfekcyjnym ojcem i nie miałby żadnych problemów wychowawczych? Naprawdę sądzisz, że Albus, dziecko chłopca, który przeżył,  trafiając do Slytherinu, miałby lekkie życie, a uczniowie Hogwartu nie zwróciliby na to uwagi? Bo z tego, co ja pamiętam z powieści Rowling, to Potter zawsze miał zapędy do egoistycznych zachowań i przedkładania własnych problemów nad czyjeś, a Hogwart mimo całej magii, zawsze był szkołą, jak każda inna – gdzie pełno dzieciaków gotowych wyśmiać z byle powodu, uwziąć się, podłożyć nogę i obrzydzić czas spędzony w szkole. A tyle wystarczy zakompleksionemu dzieciakowi sławnego ojca, by znienawidzić lata edukacji.

Krzysztof: Mam na myśli, że wymyślił według własnego widzimisię, nie opierając się na tym, co zostało wcześniej napisane. Harry pewnie nie byłby idealnym rodzicem, ale nie czuję, że jego wersja w Przeklętym dziecku stanowi rozwinięcie tej z cyklu Rowling. To w moim mniemaniu inna osoba. Co do przebywania w Hogwarcie – sam Harry nie miał w nim lekko, lecz generalizowanie, że wszyscy (no, poza synem Malfoya, co też jest naciągane – nie mogli dać postaci niezwiązanej z innym ważnym bohaterem?) są źli, to uproszczenie. Szkoła czarodziejów zawsze była miejscem goszczącym bardzo różnych ludzi – dziwnych (jak Luna), ciamajdowatych, ambitnych, dobrych, pełnych pasji, egoistycznych, robiących innym niemiłe żarty… Nie zapominajmy jeszcze o zróżnicowaniu kulturowym. Dodajmy do tego rywalizację między domami. Slytherin powinien być za Albusem. Dlaczego mają go wytykać? Bo jego ojciec (który pokonał Voldemorta) był w Gryffindorze? Ponadto ten cały bunt Albusa, postawienie go w roli anty-Pottera jest także nieprzekonujące. Można nienawidzić swoich rodziców, w porządku, ale to nie jest równoznaczne z nielubieniem każdej rzeczy, którą oni lubią, a tak to właśnie wygląda, gdy dostajemy tak powierzchowne przedstawienie różnic w traktowaniu Hogwartu. Harry kochał go – Albus nie. Zauważ też marginalne interakcje z rodzeństwem, które powodują, że nawet nie do końca wiemy, jakim rodzicem jest Harry. Czy też Ginny, skoro o tym mowa. Nie zwalajmy wszystkiego na mężczyznę, tak pozwolę sobie na żarcik.  

Sylwia: Owszem, nie wiemy, jakim rodzicem jest Harry, bo nie o tym jest książka; wiemy natomiast, jakie relacje ma z Albusem, bo głównie o tym jest książka. Dla mnie wychwycenie wielu psycholgicznych aspektów związanych z postaciami i ich relacjami było dość proste i wydaje mi się właśnie, że każdy, kto nastawi się na dzieło, w którym te problemy będą wyłożone czytelnikowi na tacy, będzie zawiedziony. Nie twierdzę, że to dobry sposób i nie wiem, czy twórcy zrobili to celowo, ale moim zdaniem w tej książce jest bardzo wiele problematyki, są bogate i wielowymiarowe postaci, jak i właśnie relacje pomiędzy nimi, tylko tego wszystkiego trzeba się poniekąd domyślić, bo forma scenariusza nie pozwala na wielką fantazję w tym temacie. I owszem – Hogwart był pełen różnych ludzi, a w żadnym momencie absolutnie nie napisałam, że było odwrotnie. Musiałeś mnie źle zrozumieć. “Pełno”” nie znaczy “wszyscy”. Nie mówiąc już o tym, że jest to pojęcie względne. Dziesięcioro dzieciaków sympatycznych na całą szkołę, to byłoby niewiele, ale dziesięcioro wrednych, które lubią uprzykrzać życie innym, to już wystarczy, by było ich pełno, jeśli wziąć pod uwagę rozmiar zniszczeń, jakich mogą dokonać w psychice i życiu młodego chłopaka. Tak, nie ma tu relacji z pozostałym rodzeństwem Albusa, jest bardzo mało Ginny, ale – wspomnę po raz kolejny – to nie jest powieść, tylko scenariusz. Nie można było do niego wepchnąć wszystkiego tylko dlatego, że my chcielibyśmy, aby każda postać, którą pamjiętamy z cyklu, dostała osobny rozdział i analizę psychologiczną. Mówisz, że Slytherin powinien być za Albusem. Pytasz, dlaczego mają go wytykać. W zasadzie powód, który podałeś z niedowierzającym znakiem zapytania na końcu wystarcza. A dlaczego Slytherin nie lubił Pottera? Często jakichś szkolnych zatargów i nienawiści nie da się do końca wytłumaczyć, a “branie ich na logikę” dorosłego człowieka mija się z celem – nastolatek nie myśli jak dorosły człowiek. Choć często później tego żałuje (ale bywa i na odwrót). Dla mnie problemy postaci były wiarygodne, potrafiłam do nich dopisać sobie wiele z tego, co zostało pomiędzy wersami. Ale też rozumiem poniekąd Twoją postawę – nie po to czytamy książkę, by wszystkiego się domyślać. Dla mnie była to jednak fajna przygoda z wnikaniem w głąb umysłów bohaterów i empatycznym podejściem do nich. W każdym razie – i tak nie dojdziemy do porozumienia, więc oddajmy w końcu głos Marcie, bo na dość długo jej przerwaliśmy :).

Marta: Z drugiej strony uczciwie należy pochwalić autorów za odwagę, gdyż temat na pewno nie należy do łatwych. Trudno mówić o wspaniałym Chłopcu, Który Przeżył bez Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, bo można ich w pewnym sensie przyrównać do baśniowych opozycji dobrej księżniczki i złej królowej, po prostu nie istniałyby bez siebie.

Poza tym koncepcja w pewnym sensie nawiązuje do znanego efektu motyla:

Mówi się, że trzepot skrzydeł motyla może wywołać tornado. Zjawisko to opisuje tzw. teoria chaosu, która zakłada również, że każdy nasz najmniejszy ruch, a nawet myśl, może mieć ogromny wpływ na naszą przyszłość.

Każda zmiana w przeszłości wpływa na teraźniejszość, więc poznajemy wiele alternatywnych opowieści i okazuje się, że nawet pozornie błahe wydarzenia mogą wpłynąć na los świata.

Krzysztof: Zbyt błahe. Za dużo razy spotykałem się z tym motywem, żeby wierzyć w rzeczy, które autorzy piszą. Wątek Cedrika bawił mnie, ale raczej z niewłaściwych powodów. Zwyczajnie zwroty akcji były naciągane i prymitywne, a więc budziły uśmiech politowania. Przesadzono też z kopiowaniem pomysłów z oryginalnej sagi, bo były wrzucane bez zastanowienia. Owszem, akcja jest dzięki temu szybka (i chyba głównie dlatego książkę czyta się prędko i bezproblemowo), ale powoduje to też wrażenie chaosu i sprawia, że fabule momentami brakuje logiki. Autorzy nie trzymają się zarówno zasad świata Rowling, jak i wykreowanych przez nią bohaterów, dokonując samowolki.      

Sylwia: Dla mnie pomysł z poznaniem kilku alternatywnych historii był bardzo udany i właśnie za największą zaletę książki uznaję chyba to, że fabuła nie opiera się wyłącznie na nowych wydarzeniach, lecz pełnymi garściami czerpie z sagi, poniekąd składając hołd Rowling. A już motyw z próbą uratowania Cedrika – dla mnie było to super fabularnie pomyślane. Kolejnym plusem jest dla mnie przedstawienie dorosłego Pottera jako ojca, który nie potrafi dogadać się z najmłodszym synem. Ich relacja – choć oczywiście, wracając do Twoich argumentów, Marta, przedstawiona po łebkach – przemawia do mnie w stu procentach i zawiodłabym się, gdyby było inaczej – łatwiej, bardziej lukrowo i cudnie. Zwłaszcza że z książek o czarodzieju pamiętamy przecież, że nie był on osobą najłatwiejszą w obyciu – często bywał egoistyczny, skupiając się wyłącznie na swoich problemach i rozterkach.

Marta: Pomysł jak najbardziej udany tylko właśnie ze względu na konwencję albo być może pewne niedociągnięcia techniczne zdecydowanie niewykorzystany w pełni. Szkoda, bo na pewno alternatywne historie wielu czytelników mogły interesować, w końcu ludzie uwielbiają tworzyć alternatywne wersje ulubionych opowieści w stylu: Co by było, gdyby…

Krzysztof: Uważam inaczej, ale dlatego, że żadna postać nie przypomina siebie. Prawdziwy Harry Potter zdecydowanie nie będzie szorstkim, gburowatym ojcem, jego syn nie znienawidzi Hogwartu (przynajmniej z tak sztucznie wywołanych powodów), przypadkowo nie zaprzyjaźni się z dzieckiem Draco (związano ich bardzo nienaturalnie)… Mogę tu wypisywać i wypisywać, co się nie zgadza. Niemniej jednak, nawet jeśli potraktuję Pottera jako kogoś zupełnie innego, dalej bohaterowie są sztuczni, a ich problemy mnie nie przekonują. Szczególnie że cała relacja Harry-Albus została tak przedstawiona, że my czytamy przede wszystkim o konsekwencjach nieudanego rodzicielstwa protagonisty – czyli o konsekwencjach bez przyczyn i przebiegu.  

Sylwia: A skąd ta pewność, że “prawdziwy” Harry Potter nie będzie gburowatym i szorstkim ojcem? Bo był głównym bohaterem, którego lubiłeś jako nastolatek i trudno przejść nad takim czymś do porządku dziennego? No cóż… życie – wiele razy zawodzimy się na ludziach, którzy okazują się nie tacy wspaniali, na jakich się zapowiadali. Poza tym, w ogóle nie zgodze się z Tobą, że Harry jest w Przeklętym dziecku taki, jak go opisałeś powyżej. Po pierwsze, Albus nie jest jego jedynym dzieckiem i z resztą potomstwa kontakty ma normalne, nie można więc uogólniać, że jest takim i takim ojcem. Po drugie nie jest szorstki czy gburowaty, bo po prostu taki jest, tylko jego kontakty z Albusem są bardzo skomplikowane. Chłopiec jako jedyny w rodzinie trafił do Slytherinu i to tu zaczynają się psuć ich relacje. Żyjąc w cieniu sławnego ojca, który uratował świat, może poradziłby sobie z tym jako tako, gdyby trafił do Gryffindoru. Przydział Tiary powoduje jednak erupcję mnóstwa uczuć i wątpliwości, z którymi tak młody chłopak sobie po prostu nie radzi. Kompleksy i “piętno” ojca sprawiają, że zaczyna się buntować, jest kłótliwy i nieprzyjemny. Nie widzę w tym nic, co byłoby problemem wyssanym z palca czy błędem logicznym w kreowaniu postaci i relacji między nimi. Co do przyjaźni Albusa z Draco – tak, zaprzyjaźnili się przypadkowo, spotkawszy się w pociągu. No naprawdę, totalnie niewiarygodne. Żadna przyjaźń nie zaczyna się przecież od przypadkowego spotkania, tylko jest z góry zaplanowana od momentu narodzin. A przypomnij mi, jak zaczęła się przyjaźń Harry’ego z Ronem?

Mam wrażenie, że Twoja bardzo negatywna, a wręcz zgorzkniała opinia o książce bierze się stąd – podkreślam, że to tylko wrażenie – że idealizujesz bohaterów i nie podoba Ci się, że ich dorosłe odpowiedniki (lub istniejące teraz, a nie jako wytwór przyszłości) nie są takie, jakie Ty byś wymyślił. Ale Harry nigdy nie był idealnym bohaterem i teraz przeżywa rodzicielskie problemy normalne zarówno dla czarodziejów, jak i mugoli. A Albus, no cóż, to oczywiste, że jego charakter jest tak podobny do charakteru ojca, że rodzi to między nimi napięcia.

Nie bronię całkowicie książki, bo ma swoje wady, ale nie można też skreślać jej dlatego, że Ty byś chciał, żeby Harry był ideałem ojca, Albus uwielbiał Hogwart, a syn Draco był zepchnięty do roli złego.

Krzysztof: Tylko że w ostatnich tomach Potter wcale nie jest dzieckiem i zupełnie rozumiem jego wady (miał choćby gapowatość, nieśmiałość w stosunkach z dziewczynami, w Czarze ognia konflikt z Ronem, w którym obaj zachowali się egoistycznie), tylko… to nie była gburowatość. Nie, autorzy ją dopisali. Dzięki Tobie rozumiem ich podejście, lecz to nie może działać tak, że idą w zupełną skrajność w postaci antypatycznego bohatera, który nie przypomina siebie. Jestem w trakcie ponownej lektury serii, więc nie wydaje mi się, żebym tak idealizował przeszłość (Pottera dalej lubię). Natomiast co do przyjaźni, to mnie nie zrozumiałaś – krytykuję absurdalność całego zajścia. Przyjacielem syna Pottera zostaje syn dawnego wroga Pottera… Będę to piętnował, bo to brzmi niedorzecznie, znów tak bardzo anty-Potterowo. Śmiać mi się chciało przy ich spotkaniu, ponieważ jest tu za dużo życzeniowego przypadku i pójścia na łatwiznę. Tylu ludzi jest w pociągu, a syn Pottera trafia na tak ważną (było, nie było – jest ona ważna) postać i nawiązuje z nią dobre relacje. Moim zdaniem to ma jeden jasny cel – zwiększenie atrakcyjności bohaterów i wywołanie ekscytacji na zasadzie “o, to jest syn Draco, wow! Ale ten świat mały, czytam dalej!”. Jednak u mnie to nie działa, bo jest to tak subtelne jak walnięcie obuchem w głowę. Intencje autorów są zbyt jasne, chcą wywołać pewien efekt, ale samo pragnienie nie wystarcza. Tutaj należało inaczej doprowadzić do sytuacji.  

Sylwia: Gapowatość i nieśmiałość w stosunkach z dziewczynami to – moim zdaniem – nie wady, a na pewno nie takie, które można stawiać w jednym szeregu z egoizmem czy gburowatością. Naszą dyskusją rządzi trochę fakt, że zupełnie inaczej odbieramy Pottera z cyklu. Ja go widzę trochę inaczej, Ty inaczej. Dlatego dla mnie jest jego postać w scenariuszu wiarygodna, dla Ciebie nie bardzo. To zresztą dość ciekawe zagadnienie, jak różnorodnie można podejść do tego samego bohatera literackiego. Mówisz, że w ostatnich tomach Harry nie jest dzieckiem. Owszem, ale nie jest też dorosłym. W Przeklętym dziecku natomiast dostajemy już całkowicie dorosłą wersję czarodzieja. Natomiast co do Twojego zarzutu o spotkanie syna Harry’eho i Draco – z jednej strony masz rację, z drugiej – większośc twórców chwyta się tego, co zwiększy atrakcyjność dzieła i bohaterów, często są to wydarzenia jeszcze bardziej naciągane niż tutaj, a jednak bywa, że nie zwracamy na nie uwagi. Tak, zrobili to po to, by coś takiego wywołać, ale dla mnie ten zabieg był bardzo udany. Draco zawsze był wielowymiarową postacią, nie był typowym czarnym charakterem i Rowling wiele razy dawała czytelnikom do zrozumienia, że jego zachowanie w dużej mierze zostało ukształtowane przez ojca i otoczenie śmierciożerców. A to, że ich synowie się zaprzyjaźnili, otwiera w zasadzie stare rany, choć ostatecznie daje ojcom – którzy wciąż zachowują się momentami jak dzieci – nauczkę.

Jeśli zaś chodzi o wady, to nie wymienię nic, co już tutaj nie padło. Zabrakło przede wszystkim rozwinięcia każdego z wątków, przyjrzenia się bliżej relacjom i zagłębienia się w psychikę bohaterów. Podczas lektury cały czas towarzyszyło mi wrażenie, że gdyby Rowling sięgnęła po ten temat i nawet nic nie zmieniała w fabule, a jedynie ją rozwinęła na te 500, 600 stron, to wyszłoby coś rewelacyjnego. Pozostaje więc lekki niedosyt i właśnie on jest największą wadą książki. Jednak, gdyby nie jej plusy – w tym bardzo fajnie przemyślana fabuła i główne koncepty – nie byłoby i niedosytu, a więc minusu.

Krzysztof: Moim zdaniem Rowling musiałaby wszystko wyrzucić do kosza i zacząć pisać od początku – wiem, dość radykalny jestem. Nie podobały mi się jeszcze dialogi, czyli lwia część książki. Dużo w nich kiczowatej emocjonalności – postacie często rozmawiają o miłości, przyjaźni, ale znów bez przekonania, za to sztucznie i pompatycznie. Przez dwie ostatnie cechy czasami bywa żenująco. Dodatkowo niektórzy robią tu za tło – np. Ginny i Ron. Są, bo są. Relacja Albusa i Scorpiosa jest przesłodzona, ale i tak najgorzej wypada naiwność alternatywnych wersji wątku Rona i Hermiony. Zostawię ją jednak na omówienie wybranych bohaterów.

Marta: Ja cały czas odnoszę wrażenie, że poniekąd mówicie o tym samym, bo ta niewiarygodność opowieści, na którą zwróciliśmy z Krzyśkiem uwagę, wynika przede wszystkim właśnie z wątków potraktowanych bardzo pobieżnie. Trudno uwierzyć w wyznania miłości czy przyjaźń, skoro nie wiemy praktycznie nic o emocjach bohaterów i ich odczuciach.

Krzysztof: Mnie się jednak wydaje, że nawet przy zapoznaniu nas z emocjami bohaterów, dalej byłoby źle. Dla mnie większość kreacji jest błędna już w swoich założeniach.

Sylwia: Z brakiem emocjonalności i z momentami kiczowatymi dialogami się zgodzę, ale mimo wszystko upatruję w tym sporej winy formy, w jakiej wydana została ta historia. Nie zapominajmy, że scenariusze zazwyczaj są szorstkie i mało uczuciowe, bo zakładają, że aktorzy uzupełnią te luki swoją grą, mimiką, gestami, łzami, i tak dalej. Dla mnie każde “kocham Cię” w książkach jest pompatyczne, ale w filmach – zależy jak zostanie to przedstawione przez aktorów.

Krzysztof: Znaczenie ma też fakt, że zostało to przedstawione w teatrze, a ten charakteryzuje się… Cóż, teatralnością. Musiałbym zobaczyć, jak zostało to zagrane. Na ten moment wyobrażam sobie siebie ironicznie się uśmiechającego. Poza tym nawet w filmach dialogi potrafią nie brzmieć dobrze, bo aktorzy nie zawsze są w stanie uratować źle napisany scenariusz. Czy tu jest zły? W mojej opinii owszem.  

Sylwii: A w mojej nie. Uproszczony – owszem. Całkowicie zły? Nie mogę tak powiedzieć, bo ja naprawdę dobrze się bawiłam podczas lektury.

NAJBARDZIEJ ZAPADAJĄCY W PAMIĘCI FRAGMENT

Marta: Nie mam ulubionego fragmentu, ale bardzo podobał mi się komentarz Scorpiusa, który tłumaczy Ronowi i Hermionie, że w jego rzeczywistości są szczęśliwym małżeństwem z dwójką dzieci i dodaje, że zawsze są tym zaskoczeni. Ma to swój urok i przypomina trochę opowieści o przyjaciołach w komediach romantycznych, którym wszyscy kibicują, a oni potrzebują nieudanych związków albo ślubu na niby, żeby wpaść na to, że naprawdę chcą być razem.

Sylwia: Mnie zapadło w pamięć kilka fragmentów. Na pewno ten, kiedy Harry obserwował scenę zamordowania rodziców – choć komentarz emocjonalny był nikły i tak robiło to intensywne wrażenie. Również scena, w której powraca Snape i dowiaduje się, że świat, w którym żyje nie ma prawa istnieć, a ten który ma – nie zezwala mu żyć.

Krzysztof: Ni stąd, ni zowąd syn Pottera nagle całuje Hermionę, swoją ciotkę… Nie są to wrażenia, których oczekiwałem po Harrym Potterze i przeklętym dziecku, prędzej spodziewałbym się ich w jakiejś telenoweli typu Moda na sukces, ale właśnie ten moment zapadł mi w pamięć. Inną ciekawą sceną była pani z wózkiem, pilnująca uczniów w pociągu do Hogwartu. To było niezłe rozszerzenie świata HP. Co więcej… Snape żartujący to chyba żart ze strony autorów, chyba że zapomnieli, kim Snape jest, oraz epickie wyznanie miłości przez Hermionę – Kocham cię, Ron i zawsze kochałam. Trudno mi było nie śmiać się przy tej scenie.

Sylwia: Coś mi mówi, że czekasz, aż skomentuję scenę z pocałunkiem. No cóż, jakby ktoś nie wiedział, o czym jest książka, pewnie zrobiłby teraz wielkie oczy. Jeśli natomiat wiemy, że po wypiciu eliksiru wielosokowego Albus zmienił się w Rona i musiał jakoś zatrzymać Hermionę (a więc pod ta postacią, swoją żonę), tak, by ta nie weszła do swojego gabinetu – w zasadzie nie widzę tu nic komicznego czy wyjętego żywcem z telenoweli. Harry, Ron i Hermiona też robili głupie rzeczy, realizując swoje przebiegłe plany w Hogwarcie, więc ani mnie ta scena grzała, ani ziębiła.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Marta: Wszystko to, o czym już wspomniałam, sprawia, że trudno w dokładny, wyczerpujący sposób scharakteryzować bohaterów. Dla mnie na pierwszy plan wybiły się dwie: jedna bardzo pozytywnie, druga niestety nie. Jasnym punktem całej opowieści jest profesor McGonagall, która nawet po latach potrafi popatrzeć z dezaprobatą na starszego już pana Pottera i ustawić go do pionu. Z kolei zupełnie nie polubiłam właśnie wspaniałego Harry’ego Pottera chociaż jako dziecko był moją (prawie) ulubioną postacią powieści (zaraz po Hermionie). Wszystko dlatego, że Harry bardziej skupia się na sobie i dawnej, przebrzmiałej już, nie zapominajmy, sławie niż na tym, co dzieje się teraz. Nie mogę pozbyć się skojarzenia z celebrytą, który ciągle i ciągle opowiada o własnym sukcesie mimo że wszyscy już się tym znudzili, a poza tym telewizja znalazła już sobie innych bohaterów (albo świeże mięcho armatnie, zależy jak na to spojrzeć).

Sylwia: A widzisz, dla mnie Harry jest w tej książce postacią ukazaną bardzo dobrze i wiarygodnie, bo właśnie takiego go zapamiętałam z cyklu Rowling. Nigdy nie należał do moich ulubionych postaci – wręcz przeciwnie, irytował mnie swoim egoizmem, drażnił pobłażliwym podejściem do nauki w Hogwarcie i denerwował ciągłym robieniem z siebie ofiary. Dlatego jego skupienie na sobie jest dla mnie autentyczne i stanowi kontynuację charakteru, który pisarka wykreowała mu niemal od pierwszej powieści. Choć jako dorosły człowiek jest mniej irytujący, to pozostały w nim te drobinki samolubstwa, które odbijają się zresztą również w jego synu, Albusie. Ich relacja zresztą jest bardzo ciekawa – obaj tak do siebie podobni, że instynktownie się odpychają, zadając kłam tej analogii, co sprawia, że tylko ją pogłębiają. Albus jest zagubionym chłopakiem, którego całe życie runęło chyba w momencie, kiedy tiara przydzieliła go do Slytherinu. Jakby w obawie przed reakcją całej szkoły (która jest zresztą taka, jak chłopiec przewiduje: “syn Chłopca, Który Przeżył trafił do Slytherinu i w dodatku bardzo kiepsko mu idzie nauka w Hogwarcie – czy to na pewno syn Potera?”. Ale czytelnik pamięta przecież, że Harry o mały włos również nie znalazł się w zielonym domu i również on, jak na legendarnego czarodzieja, który osiągnął ten status już w wieku niemowlęcym, kiepsko radził sobie z przedmiotami w szkole. Harry i Albus nie mogą się dogadać, bo każdy z nich skupia się na sobie, ignorując uczucia drugiej osoby. Z tym że Albus jest jeszcze dzieckiem, więc to Harry powinien okazać się mądrzejszy, co przychodzi mu jednak z czasem.

Równie interesującymi postaciami są Draco i jego syn Scorpius. W ogóle przyjaźń chłopców, których ojcowie byli zaciekłymi wrogami w czasach szkolnych, a i teraz nie pałają do siebie sympatią, była moim zdaniem fabularnym strzałem w dziesiątkę. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że to dość oklepany motyw, ale przez wszystkie części Harry’ego Pottera nie mogłam odżałować tego, jak traktowany i opisywany jest Slytherin. Przecież nie trafiali tam sami źli uczniowie i Scorpius jest tego najlepszym przykładem. Wydaje mi się, że była to najwyższa pora, aby odkurzyć nieco z moralnego brudu ten dom. Tak jak Draco przez wiele lat cierpiał, wpędzany w konkretne działania i zachowanie przez swojego ojca, tak Scorpius cierpi na tym, że nosi nazwisko Malfoy. Każdy z nich – Albus i Scorpius – żyją w cieniu swoich ojców i opinii, które ci zdążyli sobie przez lata wyrobić. Ich ojcowie natomiast tego nie zauważają. Nic więc dziwnego, że właśnie w sobie nawzajem chłopcy znaleźli oparcie. Co do Draco natomiast, to choć zawsze był wielowymiarową postacią, to mam wrażenie, że dopiero w tej książce pokuszono się o wydobycie z niego bardziej ludzkich cech, z czego również się cieszę, bo zawsze, obok złości, było mi go zwyczajnie szkoda – jak na dłoni widać było wpływ i presję rodziny na to, jak wyglądały jego lata w szkole.

Szkoda mi natomiast, że postaci Rona i Hermiony zostały potraktowane tak po macoszemu i w zasadzie niewiele dowiadujemy się o ich charakterach. Brakowało mi uroku rudzielca i uroczego przemądrzania się dziewczyny – teraz już kobiety. Byli, owszem, ale stali z boku tak, jak nie stali jeszcze nigdy, w żadnej części przygód o Harrym.

Krzysztof: O nikim nie potrafię wypowiedzieć się pozytywnie. Kiepsko zaprezentowano związek Rona i Hermiony, ponieważ często autorzy podkreślają wielkość ich uczucia, podczas gdy mija się to z prawdą. Spokojnie mogliby nie być razem i czuć się szczęśliwi, inne ukazywanie wątku tych postaci dowodzi naiwnego myślenia twórców. Zresztą nie bez powodu dużo czytelników liczyło na połączenie z Hermioną właśnie Harry’ego – sama Rowling przyznała, że popełniła tutaj błąd. Można było przedstawić odmienną wersję, w której Granger i Potter są razem. Poza tym sam fakt, że oboje wspólnie pracują w jednej ze scen wydał mi się bardziej elektryzującym momentem niż jakikolwiek inny z udziałem kobiety i Weasleya.

Z Albusa robi się zbyt wyraźnie męczennika. Nie ma ku temu żadnych powodów – poza wymyślonymi przez twórców, które nijak nie są uzasadnione. Jeśli wiara czytelnika w sensowność i prawdopodobność wydarzeń, postaci oraz relacji między nimi się chwieje, to znak, że jest źle. Tu nic nie przekonuje, łącznie z robieniem egoisty z dobrego i sympatycznego Harry’ego. Niekonsekwencje widzimy również w małej przewidywalności Hermiony (to była najmądrzejsza postać sagi!) czy mdłym Draco, który chyba ma rozczulać. To nie tak powinno wyglądać, szczególnie że poza tymi miałkimi emocjami typu smutek, nienawiść, rozpacz, przyjaźń nie utrzymujemy nic. Jack Thorne i John Tiffany, z całym szacunkiem dla nich, to w świecie HP zupełni amatorzy, nie potrafiący stworzyć nawet w minimalnym stopniu dobrego fanficu (będę upierał się przy nieuznawaniu Przeklętego dziecka za kontynuację historii).   

Sylwia: Sporo czytelników liczyło na połączenie Harry’ego z Hermioną, bo zazwyczaj główny bohater, najlepiej taki, który musi ocalić świat lub w inny sposób jest wyjątkowy, zakochuje się ostatecznie z wzajemnością w najważniejszej żeńskiej postaci, zwłaszcza jeśli ta jest sympatyczna, charakterystyczna i ładna. To takie ludzkie, że dążymy do takich idealnych połączeń i najlepiej, żeby wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Ale w życiu wcale tak nie musi być i to, że Rowling ostatecznie połączyła Hermionę z niepozornym, gapowatym Ronem było strzałem w dziesiątkę. Inteligentne bestie nie zawsze wiążą się z cudownymi chłopcami, a Ron miał również swoje zalety, które mądra Hermiona dostrzegła. Poza tym, miłość nie kieruje się zazwyczaj ani logiką, ani zachciankami czytelników. Czasami nie da się jej niczym wytłumaczyć.

Nie zauważyłam, żeby z Albusa zrobiono męczennika. Raczej nieradzącego sobie z presją otoczenia i z presją własną, a także ciążącym cieniem ojca. Powody są co do tego, że chłopak się nie odnajduje w rzeczywistości i wynika z tego lawina problemów. Akurat zachowanie Albusa i jego problemy są, choć może ciut przerysowane momentami (pewnie gdyby w pełnowymiarowej powieści byłyby rozpisane, nie byłoby tego problemu), fajnie psychologicznie uzasadnione. I muszę powtórzyć to, co już mówiłam, jak dla mnie nikt z Harry’ego egoisty nie robi, bo od pierwszego tomu właśnie za takiego go postrzegałam. Absolutnie nie jako jakiś czarny charakter, ale nigdy nie był moim ulubionym bohaterem, lubił być w centrum uwagi i to właśnie jego problemy zawsze były najważniejsze. Zresztą jego relacja z Ronem, kiedy nie raz kłócili się o to, że Harry widzi tylko swoje bolączki, powtarza się u Albusa i Scorpiusa. Co tylko potwierdza to, co już powiedziałam wcześniej – ojciec i syn są do siebie bardzo podobni i stąd w dużej mierze biorą się konflikty między nimi.

Krzysztof: Moim zdaniem egoista nie uratowałby świata, tylu ludzi i tak nie szafował swoim życiem dla dobra innych, nieważne, czy to dla mugoli, czy dla czarodziejów. Jednak może tę kwestię zostawmy… Na pewno masz rację z tym, że najważniejszy bohater męski często wiąże się z najważniejszą bohaterką żeńską, ale sprawa jest bardziej skomplikowana. Rowling od początku zaplanowała połączenie Harry’ego z Hermioną, osobiście czułem, jak kształtują się relacje między nimi i dążą do czegoś więcej… Jednak do tego nie doszło z przyczyn – jak sama autorka przyznaje – prywatnych, nie zaś literackich. Można tylko domyślać się, o co konkretnie poszło, ale rezygnacja z planów, które były stopniowo wdrażane, odegrała istotną rolę w reakcjach czytelników. Sam też odebrałem związanie Pottera z Ginny jako wyjście, które nie miało zostać wykorzystane, co również pogłębiło rozczarowanie. Gdyby Harry został sam, może byłoby choć trochę lepiej.

Preferuję mniej przesłodzone podejście do miłości, a w relacjach Rona i Hermiony skala przesłodzenia jest mniej więcej taka, jakbym wziął miód i zaczął go jeszcze słodzić… Nie wiem, czy oglądałaś Mr. Nobody. Film pokazuje różne wersje, jak mogło potoczyć się życie bohatera z uwzględnieniem tego, z kim mógł się związać. Każda jego partnerka ma swoje zalety i wady, ale czy kocha tylko jedną z nich, a z pozostałymi jest nieszczęśliwy? Nie. Sama twierdzisz, że Hermiona jest ładna, inteligentna, wręcz idealna dla Pottera. Jak nie Potter i Ron, to byłby ktoś inny i kobieta wcale nie musiałaby nadal wzdychać do Weasleya.

Sylwia: To dopiero związek Harry’ego i Hermiony byłby przesłodzony i mdły! No ale, dobra, dajmy spokój, bo się nie dogadamy. Co do tego egoisty – widzisz, z Harrym był właśnie ten problem, że jego egoizm nie był typowy. Gotów był poświęcić własne życie, by uratować świat, a jednocześnie był na tyle egoistyczny, by rozprawiać tylko o tym, nie zwracając uwagi na problemy przyjaciół. Chyba ten dysonans najbardziej mi w nim przeszkadzał i dopiero to czyniło moim zdaniem jego postać momentami niewiarygodną. A z drugiej strony uważam, że można uratować świat, sporo ryzykując, a pozostać nadal w jakimś stopniu egoistą. Poza tym zawsze miałam wrażenie, że właśnie całe to ratowanie przez Harry’ego i jego gotowość do śmierci w tym celu, były takie… podyktowane czymś ponad altruizm. Chęcią sprostania oczekiwaniom? Znalezienia się w centrum uwagi? Nie wiem – Harry jest skomplikowaną postacią, ale to właśnie w nim lubię najbardziej, że mimo iż jest głównym bohaterem, to niespecjalnie go lubię :). Takie nieoczywiste zabiegi są fajne. A co do Hermiony – widzę, że strasznie Cię boli, że związali ją z Ronem. Nie pomyślałabym nigdy, że dla Pottera idealną kobietą będzie po prostu ładna i inteligentna. A dlaczego dla Rona taka nie może być? Poza tym, nie musiałaby wzdychać do Wesleya, jasne, że tak. Ale mogłaby. Bywa, że ludzie kochają naprawdę tylko raz. I akurat taką wersję wybrali twórcy.

JĘZYK I STYL

Marta: Rowling słynie z bardzo plastycznych opisów, a tutaj z racji przede wszystkim formy tego zabrakło. Trochę szkoda, bo naprawdę lubię i cenię jej styl, a przy tak skrótowych wypowiedziach jak te tutaj, nie ma w zasadzie materiału, który umożliwiałby analizę języka.

Sylwia: Nie zapominajmy jednak, że Harry Potter  i przeklęte dziecko to dzieło nie tylko samej Rowling, ale za opowieść odpowiedzialni są także John Tiffany i Jack Thorne. Trudno więc tutaj mówić o stylu konkretnej osoby, bo w zasadzie nie wiadomo nawet, czy za dobór słów była odpowiedzialna jedna z tych osób, czy wszystkie. No chyba że Wy wiecie, ja z dopisków przy ich nazwiskach “oryginalna opowieść” nie jestem w stanie tego wywnioskować, ale może gdzieś była podana tak informacja :). Masz natomiast Marta oczywiście rację, że w tym przypadku forma narzuca pewien styl i niełatwo wyszczególnić jakiekolwiek jego elementy i poddać je analizie. Książkę czyta się na pewno szybko, bez przestojów. Najbardziej obawiałam się sztuczności dialogów, że właśnie w rozmowach wyjdzie, że to nie ci bohaterowie, których zapamiętałam. Na szczęście tak się nie stało. Wszystko jest napisane z lekkością, ale i rozmysłem, a didaskalia – widać, że próbowano je napisać z pewną dawką humoru.

Krzysztof: Jeśli oceniać pod względem łatwości czytania, to do stylu nie jestem w stanie się przyczepić. Lektura Przeklętego dziecka zlatuje szybko, po drodze można mieć ubaw z pomysłów twórców i tego, jak nieumiejętnie piszą dialogi, ale to też jakaś przyjemność. Z zainteresowaniem śledziłem akcję, zastanawiając się, czym jeszcze mnie zaskoczą. Szkoda natomiast, że obyło się bez napięcia, bo wszystkie wstawki z Voldemortem i snami zawodziły.

WYDANIE

Marta: Forma sprawiająca, że dla mnie opowieść nie była do końca pełna jednocześnie w pewnym stopniu może być zaletą, bo bardzo szybko przewijamy kolejne strony i niemal błyskawicznie poznajemy zakończenie. Na dobrą sprawę nie ma tu nic, co zatrzymałoby nasz wzrok na dłużej.

Sylwia: Bardzo podoba mi się przyciągająca uwagę okładka, choć samo zdjęcie chłopca w gnieździe jest dla mnie trochę zbyt… realne. Odcina się od reszty. Jednak ogólnie wydanie zapisuje się jak najbardziej na plus, moim zdaniem książka wygląda bardzo ładnie, a kolor okładki zatrzymuje na niej wzrok na dłużej. Przy okazji rozmowy o wydaniu, chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na tytuł książki. Bardzo podoba mi się jego wielowymiarowość i to, na jak wiele sposobów możemy go odczytać. Harry Potter i przeklęte dziecko… świetne jest to, że tym dzieckiem może być kilkoro bohaterów, każde z nich przeklęte na swój własny sposób, i może właśnie tak – mam nadzieję – umyślili sobie ten tytuł autorzy.

Krzysztof: Na pewno okładka jest bardzo ładna, zresztą kolory zostały tak dobrane, żeby właśnie budzić pozytywne emocje i wrażenie posiadania unikatowej książki. Zawartość wypada inaczej, lecz muszę przyznać – wydanie jest naprawdę w porządku – poczynając od zapachu papieru, a kończąc na grafice.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Krzysztof: Jednak zawód. Harry Potter i przeklęte dziecko to nie jest książka, która przywołuje magię wspomnień, posiada urok oryginalnej serii czy chociaż oferuje spotkanie z ulubionymi bohaterami. Potter i reszta to karykatury swoich wersji napisanych przez J.K. Rowling. Dialogi rażą pompatycznością, fabuła jest niewiarygodna, po świetnym cyklu o młodym czarodzieju pozostały jedynie nazwy… Szkoda.

Marta: A ja powiedziałabym, że można przeczytać. Pozycja w sam raz do pociągu czy autobusu, kiedy nie skupiamy się przesadnie na lekturze, tylko szukamy czegoś, co trochę umili dłużącą się podróż. Zgadzam się, że trudno porównywać scenariusz z oryginalną serią, ale w sumie myślę, że to jest właśnie największy problem z tą pozycją. Chcieliśmy znowu wybrać się do Hogwartu, a sentymentalna wycieczka po prostu nie do końca się udała.

Sylwia: A ja jestem zadowolona z lektury. Nie sięgałam po kontynuację sagi, a jedynie po historię, jaka mogłaby się wydarzyć później, nie tylko w umyśle samej Rowling. Nie narzekałabym tak bardzo tylko dlatego, że postaci nie są idealne, zwłaszcza że wiecznie narzekamy na brak realności w książkach i filmach. Przeklęte dziecko mi się podobało, dostarczyło rozrywki i utwierdziło w przekonaniu, że Potter nigdy nie był idealnym bohaterem, którego lubimy od pierwszej do ostatniej strony. Ma swoje wady, potrafi ranić, bywa nieprzyjemny – jak każdy z nas. To oczywiście nie jest książka, którą oceniam jako kolejną część cyklu, ale jako coś innego. I w tej roli publikacja ta spisała się całkiem nieźle. Przypomniała lubianych bohaterów, przedstawiła alternatywne historie. Nie rozumiem aż takich zarzutów w stronę książki. Albo inaczej – rozumiem część, ale nie wszystkie. Kiedy siadałam do lektury, pamiętałam o tym, że jest to scenariusz, że nie jest to kontynuacja i że za treść odpowiada obok Rowling jeszcze dwoje innych ludzi. Z tą świadomością nie oczekiwałam cudów i też takich nie otrzymałam. Ale dobrze się bawiłam, a Hogwart, choć było go przeciez tak mało, nadal miał w sobie magię. 

Fot.: Media Rodzina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *