Wielogłosem o… “Lovesick”

Miłość ci wszystko wybaczy… śpiewała przed laty Hanka Ordonówna. Nie mogła mieć jednak wówczas pojęcia, że kilka dekad później powstanie Lovesick, serial, którego główny bohater jest tak nieznośnie irytujący, że tego nie wybaczy chyba nawet miłość. Naszym redaktorom ów jegomość kojarzy się zarówno z jednym z reprezentantów Polski w skokach narciarskich, jak i członkiem hitlerowskich partyjnych oddziałów szturmowych. Ciekawe połączenie, prawda? Jeszcze ciekawszym wydaje się jednak być fakt, iż tak Sylwia, jak i Przemek, oceniają brytyjską produkcję komediową niezwykle pozytywnie. Co sprawiło, że przy tak, zdawałoby się, ogromnym mankamencie oboje już teraz wyczekują kolejnego sezonu serialu? Wszystkiego dowiecie się z poniższego Wielogłosu. Na zaostrzenie apetytów zdradzimy jedno: Drogi Czytelniku Tego Tekstu, potrzebujesz chwili odprężenia i niezobowiązującej historii, przy której dzień stanie się lepszy? Zapamiętaj: All you need is love. Lovesick.


WRAŻENIA OGÓLNE

Sylwia Sekret: Lovesick zaczęłam oglądać tak naprawdę z przypadku. Nie mogłam spać, a Netflix zaproponował mi właśnie ten serial. Na początku, przypuszczając, że w okolicach 1.00 w nocy raczej nie mam nic do stracenia, postanowiłam dać szansę zwiastunowi. Później kredyt zaufania dostał pierwszy, drugi, trzeci odcinek. I o ile te pierwsze dwa jeszcze z tego kredytu musiały skorzystać, o tyle później obyło się bez niego. Nie wiedzieć kiedy, skończyłam pierwszy sezon, a później drugi… i w końcu, siłą rzeczy, trzeci. Jeśli miałabym powiedzieć w skrócie, o czym jest serial, to należałoby rozdzielić to na dwie kategorie: fabułę i problematykę. To pierwsze można skrócić w zasadzie do zdania: “Serial Lovesick opowiada o młodym mężczyźnie, który dowiedziawszy się, iż ma chlamydię, postanawia skontaktować się ze wszystkimi swoimi partnerkami seksualnymi; każdy odcinek opowiada o związku z jedną z nich, a w międzyczasie przyjaciele głównego bohatera, Dylana, przeżywają swoje własne rozterki i drobne radości”. Jeśli zaś chodzi o problematykę, to – jak można się domyślać – jest ona o wiele szersza. Serial porusza wiele tematów uznawanych powszechnie za banalne, ale jednocześnie pojawiających się zarówno w ambitnych, jak i głupawych dziełach: opowiada o przyjaźni, nieszczęśliwej miłości, o stracie, o zaufaniu, o strachu przed odrzuceniem, o ewoluowaniu znajomości, o uzależnieniu od drugiej osoby, o tym, jak z pozoru niewielka rana na sercu może wpłynąć na nasze wieloletnie zachowanie… Sporo tego i zapewne do omówienia wielu z tych rzeczy przejdziemy później.

Przemek Kowalski: Ja na Lovesick (serial znajdziecie również pod tytułem Scrotal Recall) wpadłem po rekomendacji na jednej z najpopularniejszych w naszym kraju stron poświęconych produkcjom małego ekranu. Pierwszy odcinek, jak i Ty Sylwio, włączyłem z małym kredytem zaufania. Przyznam szczerze – pilot nie powalił na kolana, jednak dałem kolejną szansę, oglądając następne dwa epizody i coś zatrybiło! Reszta, jak to mówią, „to już historia”, a ja wpadłem w sidła Lovesick niczym przysłowiowa śliwka w kompot! Odnośnie (skróconej wersji) fabuły oraz tego, jakich tematów dotyka brytyjska produkcja, wszystko napisała poprzedniczka, więc nie mam nawet za bardzo co dodawać; powiem jednak, że polecam dzieło Toma Edge z czystym sumieniem. Po trzech sezonach mogę w pełni świadomie określić Lovesick jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, jaką widziałem w telewizji na przestrzeni co najmniej roku, a – choć pewnie nie jest to powód do dumy – widziałem ich sporo. Gdybym był jurorem w Idolu dałbym trzy razy TAK. Trzy jak trójka bohaterów, choć tylko dwoje z nich da się oglądać, ale o tym za chwilę.

PLUSY I MINUSY SERIALU

Przemek: Największy plus? Prawdopodobnie fakt, że to się po prostu przyjemnie ogląda! Wiem, zabrzmiało banalnie, jednak taka jest prawda. Lovesick, choć niepozbawione kilku dramatycznych momentów, to naprawdę lekka, nienarzucająca się historia, która poprawia humor. Szef w pracy doprowadził Cię do białej gorączki? Cudem uniknąłeś stłuczki autem na jednej z ruchliwych miejskich ulic, bo jakiemuś palantowi nie chciało się włączyć kierunkowskazu? Wdepnąłeś w – za przeproszeniem – gówno i to dwa razy jednego dnia? Poszedłeś do sklepu po żytni chleb (bo jesteś na diecie) a mieli tylko pszenny i chcesz już tylko usiąść na środku osiedlowego supermarketu i rozpłakać się? Spokojnie! Włącz Scrotal Recall.

Bardzo podoba mi się, że – jak już wspomniałem – jest to komedia jednak nie z irytującym, nachalnym dowcipem, z którego „trzeba” się śmiać. Nie ma śmiechu z puszki (choć mnie osobiście wielce on nie przeszkadza), nie ma tego, co oferuje nam obecnie większość sitcomów. Osobiście tylko raz przez wszystkie trzy sezony nie mogłem opanować śmiechu (a żart był żenujący do czego jeszcze dojdę [nomen omen – przyp.red.]), zazwyczaj jednak po prostu uśmiechałem się pod nosem, miło spędzając czas z produkcją Channel 4/ Netflixa.

Sylwia: Największym plusem serialu, moim zdaniem, jest fakt, że naprawdę mało wydarza się rzeczy i ma miejsce sytuacji, których nie potrafimy sobie wyobrazić, bo w normalnym życiu rzadko kiedy mają one miejsce. I niewiele jest seriali, które potrafią tak wciągnąć, zaciekawić i wytworzyć między bohaterami a widzem nić porozumienia lub przynajmniej sympatii, bazując jednocześnie na normalności, na codzienności. Dlatego też w mojej głowie kulkukrotnie pojawiały się porównania do serialu Togetherness, choć na pierwszy rzut oka różnią sie one niemal wszystkim.

Na plus koniecznie muszę zapisać również jedną z bohaterek, Abigail, ale do niej dojdziemy później, kiedy przyjdzie czas na omawianie wybranych postaci. W ogóle, warto wspomnieć, że troje głownych bohaterów – Dylan, Evie i Luke – to bardzo dobrze dobrane postaci. Mówiąc “dobrane”, mam tu na myśli ten dziwaczny przyjacielski trójkąt, który tworzą. Każdy z nich jest kompletnie inny, znają się jednak i lubią od lat – dzięki temu otrzymujemy na ekranie nierzadko ciekawą mieszankę wybuchową i nawet jeśli nie polubimy jednego bohatera (na przykład głównego, a o to wcale nietrudno), to zawsze jeszcze możemy kibicować innemu. Ich temperamenty natomiast ciekawie się uzupełniają.

Wymieniając zalety serialu, należałoby również wspomnieć o samej koncepcji, o punkcie wyjścia fabuły i tym, że dzięki niej każdy odcinek podzielony jest na to, co dzieje się obecnie, a także na część składającą się z retrospekcji. Również tytułowanie odcinków imionami kolejnych kochanek Dylana okazało się trafionym pomysłem.

Przemek: O Dylanie porozmawiamy za kilka chwil i lekko nie będzie, jednak nie sposób nie zgodzić się z opinią, że ktoś od castingu odwalił kawał świetnej roboty, ponieważ poza “główną” trójką bohaterów oraz Abigail prawdopodobnie najlepiej ocenianym aktorem serialu jest niewspominany jeszcze przez nas Angus, grany przez Joshuę McGuire’a, czyli czwarty, nieco odsuniety od reszty członek paczki.

Sylwia: Tak! Angus! Że też jeszcze o nim nie wspomniałam! To taka kochana postać, takie “ciepełko” tego serialu i na każdym kroku – a przynajmniej jeśli chodzi o wydarzenia “obecne” – kibicowałam mu z całego serca. I fakt – Joshua McGuire został idealnie dobrany do tej roli. Uff, jak dobrze, że mi o nim przypomniałeś.

Przemek: Nie ma za co, Sylwio ;). Angus jest niesamowity i chyba oboje wiemy, o co chodzi ;). Podpisuję się także pod opinią odnoszącą się do dzielenia odcinków na część dziejącą się “teraz” oraz retrospekcje. Niezbyt wymyślny zabieg, jednak niezwykle skuteczny, pozwala lepiej poznać samych bohaterów, jak i daną, zaistniałą sytuację.

Sylwia: Przejdźmy jednak do minusów – z pewnością będzie to główny bohater (którego w myślach czasem nazywam Dawidem Kubackim, bo po prostu nie mogę się powstrzymać – piekielnie są do siebie podobni), ale o tym też zapewne wspomnimy poniżej, bo mniemam, że obydwoje będziemy chcieli upuścić trochę jadu w tym temacie. A co poza tym? Może momentami serial mógł być bardziej zabawny? Może wątek Dylana i Evie był zbyt przeciągnięty (e tam, wcale nie był)? Może zakonczenie nie do końca mnie satysfakcjonuje (wiadomo w ogóle, czy będzie kolejny sezon?)… Poza tym jednak nie ma wielu rzeczy, do których mogę się przyczepić. Nawet muzyka była fajna.

Przemek: Największym minusem, jak wspomniała Sylwia jest “Dawid Kubacki”, którego ja sam Dawidem Kubackim nie nazywam. Główny bohater kojarzy mi się z takim małym, flegmatycznym, niesamowicie wkurzającym … SS-manem (serio, nic tylko nałożyć mu na łeb hełm, w łapę wcisnąć karabin i powodzenia na wojnie, żołnierzu!). Nad nim jednak poznęcamy się za chwilę. Co więcej? Właściwie nic. Soundtrack świetny, postaci (poza tą jedną) kapitalne. Być może dla niektórych wadą może być “zlewanie się” odcinków w jedną całość, ale o tym napiszę w jednym z następnych punktów naszej rozmowy. Lovesick nie jest serialowym szczytem, jednak z ręką na sercu – nie wiem, jak miałbym wypunktować słabe punkty, zwyczajnie ich nie widzę.

Sylwia: Jak tak teraz o tym wspomniałeś, to fakt, że coś w nim jest z SS-mana. Ale wtedy wychodziłoby na to, że Kubacki także coś musi z niego mieć. Hm… muszę to przemyśleć. Spokojnie jednak – mówimy tylko o wyglądzie i naszych z nim skojarzeniach!

NAJLEPSZY ODCINEK/ SCENA

Sylwia: Szczerze? Znów będe miała problem, żeby w serialowej produkcji wskazać najlepszy odcinek lub scenę. Nie jestem całkowicie “na świeżo” po seansie i wiele odcinków pozlewało mi się w jedną historię – choć absolutnie nie jest to w tym wypadku wadą Lovesick. Było kilka naprawdę dobrych komediowo odcinków, ale nie pamiętam teraz, które to były. Nie zabrakło również epizodów i scen nieco bardziej obyczajowych, wzruszających lub po prostu nieco bardziej melancholijnych. Mnie na przykład urzekł odcinek opowadający o Phoebe – bowiem (o ile się nie mylę) to właśnie w tym odcinku nastąpiło największe przełamanie, jeśli chodzi o postać Dylana i to, jak widz go odbiera i postrzega.

Pamiętam też bardzo dobrze odcinek, w którym cała paczka – Dylan, Evie, Luke, Angus i jego przyszła małżonka – pojechali ocenić hotel, w którym mialo się odbyć przyjęcie ślubne tego ostatniego; kiedy nocowali wszyscy w jednym pokoju, a Luke szukał dziewczyny z sauny, z która poczuł “więź”. Bardzo fajny, dynamiczny i zabawny odcinek.

Naprawdę nie mogę sobie teraz przypomnieć konkretnych scen… Może Ty, Przemek, opowiadając o tych, które Tobie najbardziej przypadły do gustu, rozruszasz moją pamięć.

Przemek: Twej pamięci Sylwio raczej nie rozruszam, bo sam nie jestem w stanie wymienić najlepszych odcinków. Tzn. jestem, jednak jest też kwestia “zlewania się”. Ale od początku…

Na poszczególnych odcinkach skupiłem się dopiero podczas oglądania trzeciego sezonu, świadom tego, że napiszemy niniejszy tekst ;). I tak oto w pamięci zapadł mi epizod 3×02 Bonnie. To ten o wieczorze panieńskim Evie. Dodajmy – wieczorze panieńskim, który odbyć się nie powienien, mało tego, w składzie “panna młoda”… i grupka facetów (tak Sylwio, to ten odcinek z czarnoskórym kuzynem Evie). Dodatkowym smaczkiem było włamanie Angusa do własnego domu. Naprawdę jeden z najlepszych odcinków :). Z kolei drugi, który wbił mi się do głowy, to wspomniany już przez Ciebie epizod Phoebe, dzięki któremu lepiej rozumiemy postać Luke’a.

Teraz jeszcze zdanko o najlepszej scenie. I ok, sam przyznam, że to co napiszę, nie zabrzmi górnolotnie i nie chciałbym również żeby ktoś wyrobił sobie złe zdania na temat Lovesick po przeczytaniu moich słów. Omawiany tu serial nie jest odcinkową wersją American Pie, jednak muszę przyznać, że mało nie padłem ze śmiechu podczas sceny, w której jeden z bohaterów zostaje przyłapany na masturbowaniu się podczas przyjęcia.

Wiem, brzmi drętwo i nawet nie będę rozpisywał genezy tej sceny, bo nie zabrzmi zabawnie, to po prostu trzeba zobaczyć. Jedni się zaśmieją, inni nie. Ja zaliczam się do pierwszej grupy ;).

Sylwia: Ha! Wiedziałam, że o tym wspomnisz! Ale trzeba przyznać, że scena ta zostala tak nakręcona, że oprócz rozbawienia wzbudziła też poczucie zażenowania u widza – takiego, jakie odczuwamy, kiedy przejmujemy czyjeś zawstydzenie ;).

NAJGORSZY ODCINEK/ SCENA

Przemek: Dobrze, wreszcie kilka słów o być może mankamencie Lovesick, jakim jest “zlewanie się odcinków” (i nie, nie wymienię tu najsłabszego epizodu, bo żadnego nie uważam za na tyle mierny, by zasługiwał na “wyróżnienie” w tej kategorii).

Trudno wybrać zarówno najlepszy, jak i najsłabszy odcinek brytyjskiej produkcji, ponieważ ogląda się ją jednym tchem, a całość – jak już wspomniałem – poprawia nastrój, dlatego w większości trudno oddzielić od siebie kolejne części. Dziwne to o tyle, iż twórcy nie mogli chyba rozdzielić odcinków jeszcze bardziej. Każdy “opowiada o innym związku Dylana”, każdy w retrospekcjach zabiera nas w zupełnie różne czasowo miejsca, a jednak… a jednak jest coś takiego, że wszystko to “płynie” jako całość. Dla mnie to żadna przeszkoda, ba, w tak niezobowiązującej propozycji śmiem nazwać to zaletą

Sylwia: Tutaj to już w ogóle będę miała problem, bo nie bardzo przychodzi mi cokolwiek do głowy. Ale być może ta kategoria to dobry moment, by wspomnieć o tym, że nie bardzo podoba mi się to, w czyje ramiona popychają scenarzyści Luke’a w ostanich odcinkach trzeciego sezonu. Wiadomo, że w końcu – jak w każdej tego typu historii – muszą choćby spróbować go jako tako ustatkować, ale akurat z tą postacią? Czyżby chcieli upiec dwie pieczenie na jednym ogniu? Mam nadzieję, że – jeśli powstanie 4 sezon – nic z tego nie wyjdzie.

Przemek: No i tutaj się trochę nie zgodzę, tzn widzę to inaczej à propos wątku Luke’a. Tak – jego nowy związek został wciśnięty nieco na siłę, jednak… ja im kibicuję. Wiem, że nic z tego nie wyjdzie, to byłoby zbyt proste, aczkolwiek kupuję chemię miedzy obiema postaciami i wydaje mi się, że to dobry krok dla serialu, nawet jeśli miałby się zakończyć katastrofą.

Sylwia: W końcu się w czyms nie zgadzamy!

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI 

Sylwia: Chyba nie ma opcji, abyśmy obydwoje nie chcieli opowiedzieć co nieco o Dylanie… Powylewać trochę swoich żali. Z jednej strony postać ta ma wszystko, by irytować widza (co zresztą robi) – wiecznie ma minę, jakby przeżywał depresję, snuje się po serialu jak duch, zakochuje się w minutę i każdy związek (nawet taki, który trwa dwa dni) taktuje jak ostateczny. Rozstania przeżywa natomiast jak utratę największej miłości swojego życia. Dylan to takie połączenie najgorszych cech Rossa z Przyjaciół i najgorszych cech Teda z Jak poznałem waszą matkę. Snuje się toto, marudzi i dołuje. Wkurza widza i doprowadza na skraj serialowej przepaści. Jednak tym, co ratuje Dylana jako postać, jest po pierwsze to, że jego charakter jest w pewnym sensie siłą napędową tej produkcji, a na pewno wielu sytuacji, a także to, że Dylan poniekąd słynie z tego, że właśnie taki jest. Nie jest on więc postacią, której skutkiem ubocznym jest irytowanie widza (jak to na przykład było z Meredith w Chirurgach), lecz bohaterem, który już w założeniu scenarzystów miał być właśnie taki. Sugeruje to choćby fakt, że niejednokrotnie jego przyjaciele wyśmiewają wprost tę jego tendencję do zakochiwania się w ułamku sekundy i myśleniu, że tym razem to już na pewno “ta jedyna”. Straszny matoł, ale jednocześnie motor napędowy tego serialu.

Przemek: Dylanie, Dylanie, o słodki, młody Niemcu z karabinem w dłoni… Dylanie. “Straszny matoł”, napisała Sylwia, i nie ma w jej słowach krzty przesady. Osobiście użyłbym mocniejszego zwrotu, jednak dla dobra tego tekstu jak i całego portalu ostatkiem sił powstrzymam język (i palce) na wodzy. Sylwia generalnie trafiła w punkt lepiej, niż sam bym to zrobił: “Dylan to takie połączenie najgorszych cech Rossa z Przyjaciół i najgorszych cech Teda z Jak poznałem waszą matkę”. Dokładnie, Droga Sylwio, dokładnie! O ile do Rossa z Przyjaciół nic nie mam, o tyle Ted denerwował do granic możliwości. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak przekroczyć granicę – odpalcie Lovesick, a Dylan pokaże Wam wszystko w kilka minut!

Czy rzeczywiście, jak mówi poprzedniczka, taki ma być? Jasne! Tyle tylko, że hmm, nawet nie wiem, jak to ująć. W wyrazie twarzy, mimice, gestach Dylana jest coś takiego, co autentycznie irytuje. Może to i dobrze, dzięki temu doceniamy zalety innych aktorów oraz ich postaci…

Sylwia: Chciałabym wspomnieć równiez o Abigail, ponieważ o ile Dylan zasilić może poczet tych mocno irytujących postaci serialowych, o tyle jedna z dziewczyn z jego chlamydiowej listy trafia na listę moich ulubionych kobiecych postaci z seriali. Nie Evie? Nie, nie Evie, tylko właśnie Abigail, która pojawia sie w mniejszej ilości odcinków, niż sądziłam, że wystąpi. W porównaniu do Dylana, Evie i Luke’a jest jej niewiele, a jednak pozostawia w widzu (przynajmniej we mnie) mocno odciśnięty ślad. Dlaczego tak ją polubiłam i wyróżniam na tle nie tylko pozostałych bohaterów Lovesick, ale także innych postaci z różnych produkcji? Ponieważ na ich tle Abigail wypada niesamowicie i niespodzewanie normalnie. Kojarzycie ten moment podczas oglądania filmu lub serialu, kiedy ktoś, kto zawsze mówi prawdę, kto ma wszelkie powody ku temu, by nie skłamać, nie zrobić nic głupiego, nie zatrzymać czegoś dla siebie – właśnie to robi, a my jako widzowie łapiemy się za głowę? No właśnie – za każdym razem, kiedy Abigail mogła tak zrobić – nie robiła tego. To niezwykle mądra, empatyczna, szczera i cholernie życiowa postać, którą obserwowało się na ekranie z sympatią i uznaniem. Czy moglibyśmy zanegować jakikolwiek jej wybór lub decyzję? Nie sądzę. To postać, która za każdym razem zachowuje się wbrew kodeksowi serialowej postaci. I za to ją pokochałam. Mam nadzieję, że jeśli kiedykolwiek miałby się pojawić 4 sezon, to Abigail również się w nim pojawi, bo nie wyobrażam sobie tego serialu bez niej.

Przemek: Abigail to rzeczywiście bardzo pozytywna postać, której nie sposób nie polubić i choć nie jestem jej fanem w aż takim stopniu jak Sylwia, również trzymam kciuki, by bohaterka pojawiła się w kolejnej odsłonie serialu.

Ja tymczasem skupię się na drugiej (lub pierwszej, patrząc pod względem “ważności” dla całej produkcji) najważniejszej kobiecej postaci, czyli Evie, w którą to wciela się znana przede wszystkim z innej (genialnej) brytyjskiej produkcji – Misfits – Wyklęci, Antonia Thomas.

Evie to pełnoprawny członek paczki i jedyna dziewczyna w drużynie. Niegdyś epizodycznie romansowała z Angusem, jednak w chwili, gdy poznajemy bohaterów, to “największa” miłość, a zarazem najlepszy przyjaciel Dylana. Tak jak w przypadku Abigail, tak i Evie trudno nie polubić. Przyjazna, sympatyczna, zabawna, szczera, a do tego całkiem niebrzydka. Wielokrotnie zraniona przez głównego bohatera (co ona widzi w tym pachole???) woli przełknąć gorzką pigułkę, niż zaszkodzić któremuś ze związków Dylana, by nie zerwać łączącej ich więzi przyjaźni. Bohaterka zdecydowanie na plus i nie mam co do niej żadnych zastrzeżeń.

Sylwia: Jasne, Evie to sympatyczna postać i robi wiele dobrego dla serialu i oczywiście jest nawet więcej niż “całkiem niebrzydka”, jednak można mieć pewne zastrzeżenia, co do niektórych jej wyborów i zachowań. Choćby to, jak potraktowała swojego narzeczonego, z którym w zasadzie związała się na siłę, mimo że zarówno ona, jak i widzowie wiedzieli, że nie czuje do niego “tego czegos”. Ale któż z nas nie popełnia błędów? Poza tym postać na plus, choć jej głos może być momentami nieco irytujący ;).

Przemek: „Ostatni będą pierwszymi” głosi powiedzenie i okazuje się ono pasować do Lovesick idealnie, ponieważ przebywający najbardziej na uboczu grupy przyjaciół Angus to prawdziwa wisienka (lub jak kto woli „truskawka”) na Lovesickowym torcie! O dziwo (patrząc na cały serial) to właśnie Angusa możemy nazwać głównym bohaterem pierwszego odcinka produkcji, ponieważ historia rozpoczyna się w dniu ślubu owego rudzielca z niejaką Helen, kobietą do której ni w ząb nie pasuje. Grana przez Joshuę McGuire’a postać wzbudza najwięcej ciepłych emocji oraz śmiechu spośród całej ekipy serialu i naprawdę trudno nie być fanem Angusa. Początkowo wydaje się być nieco gapowaty, ciapowaty; taki – ot, dający sobą pomiatać koleś z zabawnym wyrazem twarzy. Z czasem okazuje się jednak, że w środku skrywa zarówno gołębie serce, jak i potrafi być „twardy”, stawiając na swoim. Bardzo dobry, oddany i lojalny przyjaciel, jakiego każdy chciałby mieć. Kradnie większość scen, w jakich się pojawia (pamiętasz Sylwio scenę, a raczej sceny, w których próbuje wygrać misia dla dziecka? ;) ).

Sylwia: Pamiętam! I trzeba oddać tej scenie i aktorowi (a także postaci) jedno – gdyby dotyczyła ona jakiegokolwiek innego bohatera serialu, już w połowie zaczęłaby irytować, a widz uznałby ją za przeciągniętą, tymczasem w jej centrum stoi Angus, więc nic takiego się nie dzieje.

No i został nam jeszcze nasz niesforny Luke… Luke, który jest najbardziej wielowymiarową postacią w Lovesick. Poznajemy go bowiem jako kobieciarza, flirciarza, takiego typowego serialowego casanovę. I przez jakiś czas nawet nie przychodzi nam do głowy, że może pod tą fasadą kryć się coś więcej. Tymczasem kilka ważnych dla fabuły epizodów zdradza nam nie tylko to, że Luke to tak naprawdę świetny facet, który wiele by zrobił dla przyjaciół, i który skrywa prawdziwe uczucia, a nawet prawdziwą osobowość pod płaszczykiem powierzchowności narcyza i psa na baby, ale także to, dlaczego Luke stał się takim człowiekiem, jakim jest. Najważniejsze są w zasadzie dwa odcinki, ale tak naprawdę, kiedy następuje pewien przełom, widz patrzy już na tego bohatera zupełnie inaczej – wiele jego czynów i decyzji tłumaczymy sobie na nowo i próbujemy zrozumieć. Ostateczną konkluzją po tych kilku przełomowych scenach jest stwierdzenie przez widza, że wbrew pozorom to Luke, a nie Dylan, najbardziej potrzebuje ciepła, miłości i akceptacji. Dylan bowiem świetnie odnajduje się w zranieniu i kolejnym “dołku” po zerwaniu – to jakby było to jego naturalne środowisko. Tymczasem Luke bez kogoś stałego do kochania (a dociera to do nas dość późno) będzie tracił na wartości… w swoich własnych oczach. Szybko “pogodził się” z faktem, że jest mężczyzną, który poza ciałem i sprawnością seksualną nie ma kobiecie wiele do zaoferowania (co okazuje się ostatecznie nieprawdą) i nie próbuje tego ukrywać. Kolejne podboje jednak tak naprawdę maskują jego ból i samotność, a także – przede wszystkim – ogromny strach przed zranieniem i odrzuceniem. Bardzo fajna postać, która poczatkowo wcale się na taką nie zapowiadała. To też – warto dodać – niezwykle oddany przyjaciel.

AKTORSTWO

Sylwia: Zastanawia mnie, na ile Dylan miał być właśnie taką postacią, a na ile wykreowała go poniekąd odpowiednia maniera Johnny’ego Flynna. Nie widziałam aktora w żadnych innych produkcjach, więc trudno mi to ocenić. W związku z tym pojawia się pytanie, czy aktor tak świetnie wywiązał się ze swojego zadania, bo irytowanie widza miało być cechą Dylana, czy może nie do końca? Wiem, na początku wyraziłam się dość jasno w tym temacie, ale w końcu… nigdy nic nie wiadomo, prawda? Partnerująca mu Antonia Thomas zagrała naprawdę bardzo dobrze, a po obejrzeniu bodajże trzech odcinków serialu Misfits, muszę powiedzieć, że wykreowała w tych dwóch produkcjach dwie zupełnie inne postaci i pokazała, że nie jest aktorką jednej roli i potrafi zagrać kompletnie różne bohaterki. Daniel Ings świetnie spisał się, tworząc postać bawidamka, kobieciarza, faceta, którego w pełni zadowalają jednonocne przygody, a każda kobietę traktuje jak kolejny podbój. Na szczęście dla serialu w pewnym momencie przestaje on być płaską i jednowymiarową postacią, a jego zachowanie w pewien sposób zostaje wyjaśnione, o czym wspomniałam już powyżej. Tu również osoby odpowiedzialen za casting bardzo dobrze się spisały, bo kiedy trzeba, Luke wygląda po prostu na pustego, głupiutkiego faceta, dla którego liczy się tylko wygląd, ale innym razem jesteśmy przekonani, że skrywają się w nim zarówno głebokie uczucia, jak i refleksje. No i oczywiście jest jeszcze Joshua McGuire, który wprowadza do serialu jakiś kompletnie inny element – z pozoru nie pasuje do trójki przyjaciół, ale z czasem dla widza staje się jasne, że właśnie świetnie swoją odmiennością uzupełnia ten skład. Nie można zapomnieć równiez o Hannah Britland – uważam, że Brytyjka odwaliła kawał świetnej roboty, wcielając się w rolę Abigail, a każda scena z jej udziałem była niezwykle przyjemna w odbiorze; gra ona bardzo naturalnie – zarówno głosem, jak i mimiką. Jedna z końcowych scen z jej udziałem była chyba najbardziej wzruszającą w całym serialu.

Przemek: Odniosę się delikatnie do tego, o czym napisałaś, Sylwio, i raz jeszcze podkreślę, że osoba prowadząca casting odwaliła kawał świetnej roboty. Pomijając oczywiście Johnny’ego Flynna. Również nie miałem “przyjemności” oglądać go w innych produkcjach, jednak jestem niemal pewien, że irytująca mimika i całe to “rozciapcianie” nie wynika z aktorskiego kunsztu, a wręcz przeciwnie, on jest po prostu słaby.

Reszcie nia można nic zarzucić. Antonię Thomas oglądałem przez kilka sezonów w Misfits i uwielbiam tę dziewczynę. W obu produkcjach wykreowała dwie zupełnie różne, a zarazem przekonujące postaci. Co do pozostałej części paczki również nic, tylko przyklasnąć. Zarówno Daniel Ings, jak i Joshua McGuire, wcielają się w pozornie jednowymiarowych bohaterów – jeden to typowy przystojniak-kobieciarz, drugi z początku jawi nam się jako ciapa. Z czasem okazuje się, że obaj mają w sobie życiową mądrość (być może za mocno powiedziane, jednak Sylwia oraz pozostali widzowie Lovesick wiedzą chyba co mam na myśli), odkrywają przed widzem kolejne oblicza, a wszystko to nadal współgra. No, poza tym nieszczęsnym Dylanem, oczywiście.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Sylwia: Lovesick to – tak jak powiedziałeś, Przemek – serial, który może nie urywa przysłowiowej i kolokwialnej dupy, ale ogląda się go niezwykle przyjemnie, a poza głównym bohaterem naprawdę niewiele rzeczy (jeśli w ogóle) da się w nim wskazać, które by raziły widza. Mamy tu ciekawy punkt wyjściowy, mamy teraźniejszość przeplataną retrospekcjami, co działa na korzysć serialu, mamy świetny zespół aktorski, który – mam wrażenie – bardzo dobrze czuje się ze sobą na planie… i przede wszystkim to, o czym wspominałam na poczatku: niewydumane problemy. Lovesick to lekka, ale nie głupia historia, która będzie świetną propozycją dla tych, którzy chcą z jednej strony obejrzeć wieczorem coś niezobowiązującego, a z drugiej nie marzą jedynie o tandetnej lub grubiańskiej komedii, która będzie wyłącznie zapychaczem. Osobiście mam nadzieję, że powstanie 4 sezon, tym bardziej że ciekawi mnie niezmiernie wątek Angusa i bardzo, ale to bardzo kibicuję jego związkowi z prześliczną Holly (Klariza Clayton).

Przemek: No to się zgadzamy (jak i przez większość tego tekstu) Sylwio, bowiem ja także trzymam kciuki za związek Angusa i Holly, to się po prostu nie może – wbrew pozorom – nie udać! Poza tym, kończąc temat, należy się już tylko podpisać zarówno pod ostatnimi słowami poprzedniczki, jak i pod całością. Ciekawa sprawa z tym Lovesick – dwoje serialowych maniaków poleca produkcję, której największym (i jedynym?) minusem jest… główny bohater, obecny w zdecydowanej większości scen. Brzmi dziwnie, prawda? Może i brzmi, jednak wszystkie powyższe pochwały są w pełni zasłużone, a brytyjskiej produkcji nie sposób odmówić uroku. Z jednej strony to lekka, niezobowiązująca komedia, która potrafi poprawić humor niewymuszonym dowcipem, z drugiej mamy i życiowe rozterki i małe dramaty, jednak nie przygniatające, a zwyczajnie ludzkie, takie, które mogą dotknąć każdego. Ze swojej strony polecam, polecam i jeszcze raz polecam; Lovesick umili Wam kilka wieczorów, a po zakończeniu ostatniego dostępnego odcinka, tak jak ja i Sylwia – uwierzcie – będzie wyczekiwać sezonu numer cztery.

Fot.: Netflix

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *