Wielogłosem o…: “Party”

Dokładnie dwanaście miesięcy temu za sprawą Aurora Films mogliśmy oglądać w kinach (tych lepszych) w całej Polsce genialną włoską produkcję Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie (nasz wielogłos tutaj). Nie sposób nie odnieść wrażenia, że polski dystrybutor próbuje powtórzyć sukces, ponownie otwierając rok mocnym tytułem. Tym razem otrzymujemy bowiem czarną komedię prosto w Wielkiej Brytanii, zatytułowaną Party. Obydwa filmy łączy wiele, ale też tyle samo różni. Może to krzywdzące porównanie, ale jesteśmy przekonani, że dzieło Sally Potter jest w tym starciu skojarzeń i porównań skazane na porażkę, ale nie dlatego, że prezentuję niższą jakość niż produkcja Paolo Genovese. Party jest po prostu trudniejsze w odbiorze i nieco bardziej wymagające dla widza. Najważniejsze jest jednak to, że możemy z dumą ogłosić (z dumą, ponieważ objęliśmy ten film patronatem medialnym) bardzo udane i bardzo mocne wejście Aurora Films w 2018 rok, ponieważ brytyjska czarna komedia, którą od dziś możemy oglądać w polskich kinach z pewnością nie zaginie w gąszczu innych nowości kinowych.


WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Pamiętam, że moje pierwsze wrażenia związane z filmem Sally Potter to mieszanina zaciekawienia, radości z obiecującej obsady i cichej nadziei, że skojarzenia z filmem Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie nie są jedynie dziełem przypadku. I seans utwierdził mnie w tych pozytywach – obiecująca obsada z powodzeniem udźwignęła tę produkcję, a skojarzenia z hitem sprzed roku okazały się jak najbardziej słuszne, mimo oczywistych i znacznych różnic między obydwoma dziełami.

Sylwia Sekret: Tak, już zwiastun filmu przyniósł skojarzenia z włoską produkcją, która znalazła uznanie w oczach widzów i krytyków. I tak, jak wspominasz we wstępie, oba te dzieła zarówno łączy wiele, jak i dzieli. Jeśli jednak mówimy póki co o wrażeniach ogólnych, to wspomnę na razie, że film jest bardzo przyjemny w odbiorze, co może nie brzmieć dobrze, skoro mówimy o czarnej komedii, ale uwierzcie mi – to naprawdę zaleta. Podczas seansu nie nudziłam się ani przez chwilę, wydarzenia rozwijały się w interesujący sposób, a gra aktorska dopełniła całości.

PLUSY I MINUSY FILMU

Mateusz: Pierwszym argumentem przemawiającym za filmem Party jest oczywiście aktorstwo. Twórcom udało się zebrać w jednym miejscu piekielnie utalentowanych aktorów zarówno starszego, jak i młodszego pokolenia (przy czym najmłodszy Cillian Murphy rok temu przekroczył czterdziestkę), i po prostu pozwolono im grać. To zdecydowanie kino aktorskie, opierające się w 100% na dialogach. W dość krótkim, trwającym siedemdziesiąt jeden minut filmie skondensowano ludzkie emocje, dając widzom coś na kształt bomby, która wybucha prosto w twarz. Pod tym względem to film niemalże idealny, prawda?

Sylwia: Tak, aktorstwo to gigantyczna zaleta tego filmu – na aktorów patrzy się niemal z fascynacją i nawet najbardziej “nieruchawy” i milczący Timothy Spall wywołuje u nas przeświadczenie, że w granej przez niego postaci kotłuje się kłębowisko emocji (o ile kłębowisko może się dodatkowo kotłować). Aktorzy pokazali klasę, każdy przyciąga naszą uwagę i tworzy wrażenie – moim zdaniem słuszne – że nie tylko zostali idealnie dobrani do swoich ról, ale także, że na ekranie znalazła się ich idealna ilość. Świetnie wypadli też w aspekcie współpracy i chemii na planie – czuć między nimi prawdziwe napięcie, a widz dzięki temu wierzy, że naprawdę coś jest na rzeczy, że między nimi toczy się właśnie jedna z największych emocjonalnych kul śnieżnych, która może doprowadzić do lawiny. Ale jak to się w ogóle zaczyna?

Mateusz: Kiedy Janet zaprasza swoich najbliższych przyjaciół, aby uczcić jej awans na ministra zdrowia, ani goście, ani gospodarze nie spodziewają się, że spotkanie to przerodzi się w totalną katastrofę. Jednak widzowie mają przewagę – widzą, że gospodarz Bill siedzi tylko w fotelu, nie reagując w żadnym stopniu na pojawienie się kolejnych gości. Widzą także, że odrobinę spóźniony Tom z miejsca wchodzi do toalety, faszeruje się narkotykami i sprawdza, czy nadal ma przy sobie broń. Widzimy, że przygotowująca kolację, krzątająca się po kuchni gospodyni co rusz odbiera telefony i wymienia SMS-y z tajemniczym kochankiem… I kiedy wszyscy zgromadzeni (brakuje tylko Marianne, jednak Tom uprzedził, że jego żona się spóźni) składają Janet gratulacje, ogólny dobry nastrój burzy Bill za sprawą swojego wyznania, które wywołuje prawdziwą lawinę emocji, podejrzeń, oskarżeń i zjadliwych komentarzy, które krążą po niezbyt dużym mieszkaniu. Wszystko to kręci się wokół polityki (dodajmy, że zagraniczny tytuł nie jest wcale jednoznaczny, ponieważ oznacza zarówno imprezę jak i partię polityczną) i to może być powód, dla którego widzowie cieplej będą spoglądać na Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, które poruszało tematy mimo wszystko bardziej przyziemne i robiło to w odrobinę delikatniejszej formie.

Sylwia: A jednak i w jednym i drugim filmie rządzą prawdziwie soczyste ludzkie emocje, takie jak zazdrość, żal, wstyd, irytacja, nienawiść, pogarda… a z tymi, każdy z nas chyba w jakiś sposób będzie mógł się identyfikować. Polityki tak naprawdę nie ma tu aż tak wiele, przynajmniej ja nie odczułam jej znaczącego wpływu na fabułę. To ludzie i ich słabostki są głównymi bohaterami Party, a te znajdziemy w każdym zawodzie i w każdej dziedzinie życia.

Ja do plusów zaliczyłabym jeszcze kostiumy i scenografię, bo elegancja, która otacza bohaterów, przejawiająca się również w strojach, w jakie się ubrali, fantastycznie gryzie się z naturą, która prędzej czy później z każdego z gości i z gospodarzy wychodzi. Party angażuje widza, symbolicznie zdzierając z każdego bohatera eleganckie fatałaszki, by ujawnić, że pod nimi kryje się po prostu człowiek, taki sam jak inni, bez względu na to, jakiej partii przewodzi, i ile ma pieniędzy.

NAJLEPSZA SCENA

Mateusz: Cały film był bardzo dobry, każda scena udana. Trudno wyróżnić jedną, tym bardziej że niektórzy z Was filmu jeszcze nie widzieli i mogą nie wyłowić kontekstu. Jeśli jednak mam wybrać, będzie to scena, w której Tom i Gottfried leżą nad nieprzytomnym Billem.

Sylwia: Tak, to była świetna scena, której nie sposób odmówić “uroku”, idealnie wpisującego się w charakter czarnej komedii. Party jest jednak tak mocno naładowane intensywnymi emocjami i zdarzeniami, że wskazywanie jednej sceny będzie po prostu krzywdzące dla innych. Nie ukrywam jednak, że jako widz za każdym razem czekałam, aż na ekranie pojawi się Patricia Clarkson, która wykreowała postać April. Zjadliwej, wrednej, sypiącej jak z rękawa ciętym humorem April, której jednocześnie nie sposób było odmówić racji. Jej teksty ani razu nie pozostawiały widza obojętnym, co w połączeniu z jej klasą i wspaniała gra aktorską sprawiały, że nie sposób było oderwać od niej wzroku.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Mateusz: Tom to istny kłębek nerwów. Jego wejście do domu Janet i Billa zwiastuje huragan, no bo czego można się spodziewać po najmłodszym z towarzystwa, w dodatku z bronią i wciągającego co rusz kokainę? Oczywistym jest, że jest on osobą szukającą konfliktu i cel jego wizyty w domu gospodarzy to z pewnością nie gratulacje awansu. Dopiero z czasem poznajemy jego motywację i zaczynamy widzieć w nim pozytywnego bohatera, co stanowi przeciwieńśtwo do tego, jak Tom jest postrzegany przez współtowarzyszy spotkania.

Po przeciwnej stronie jest Gottfried – dojrzały mężczyzna w kwiecie wieku, partner niezwykle zaborczej i dominującej go kobiety, który stanowi element rozluźniający i humorystyczny dla całego Party. Jego spokój, niezłomna wiara i lekkość ducha zdają się kompletnie nie pasować do reszty – mimo to potrafią świetnie się ze sobą dogadać.

Sylwia: Owszem, April jest dominującą kobietą, ale też nie ma co ukrywać, że Gottfried na to pozwala, a podejrzewam nawet, że w pewien sposób mu to odpowiada i że to lubi. O jego partnerce wspomniałam już poniekąd w kategorii powyżej, ale warto dodać jeszcze kilka słów. Jest to kobieta, w której na pierwszy rzut oka nie polubimy nic – jest cyniczna, do każdego podchodzi z pobłażaniem, patrząc wręcz z pogardą na rozmówcę. Zawsze ma do wtrącenia swoje trzy grosze, które najczęściej zmiatają interlokutora z nóg, bo nie dość, że są zjadliwe i ubrane w ostre słowa, to w dodatku zazwyczaj… nadspodziewanie trafne. Sęk w tym, że April nie obchodzi to, że w niektórych sytuacjach, trzeba dobierać delikatniejsze słowa, a w innych… w ogóle zachować je dla siebie. Ja jednak nie mogłam ostatecznie nie polubić tej postaci, zwłaszcza kiedy tak celnie podsumowywała rzeczywistość i towarzyszy “imprezy”.

Karygodne byłoby również nie wspomnieć o Janet, gospodyni przyjęcia, która właśnie została ministrem zdrowia Wielkiej Brytanii. Kobieta od początku wzbudza ambiwalentne uczucia, bo choć kreowana jest na idealną – miła, spokojna, wspinająca się na szczyt politycznej kariery… to od początku wiemy, że ma romans lub że właśnie wchodzi na początek drogi, która ją do niego doprowadzi. To jednak niejedyna tajemnica, którą poznaje widz w tym filmie – to dopiero początek i nawet przyjaźnie nastawiona do świata Janet podda się buzującym w niej emocjom i pokaże swoją drugą twarz.

AKTORSTWO

Mateusz: Jak wspomniałem już wcześniej – to zdecydowanie najjaśniejszy element filmu. Chemia między aktorami jest wręcz namacalna. W zasadzie film Party kojarzy mi się bardziej ze sztuką teatralną aniżeli z produkcją kinową. Bliskość postaci, które oglądamy na dużym ekranie, jest niesamowita. Ma się wrażenie, jakbyśmy siedzieli w jednym z foteli bądź na ławce w ogrodzie i przysłuchiwali się kolejnym burzliwym rozmowom. Niesprawiedliwym byłoby wymienianie jednego aktora, bo wszyscy spisali się fenomenalnie, a dzięki scenariuszowi każda z postaci, mimo iż jest tylko lekko nakreślona, to stanowi indywiduum i bez problemu możemy odróżnić ją od pozostałych.

Sylwia: Dokładnie – pod absolutnie żadnym pozorem nie można wyróżnić jednego aktora, bo wszyscy dają popis swoich umiejętności w Party. To oczywiście również kwestia świetnego scenariusza i bardzo dobrze napisanych dialogów – aktorzy są tak naturalni, jak tylko mogą być. Słuchając ich, ani na moment nie ma się poczucia sztuczności, całkowicie zapominamy, że oglądamy film, na rzecz zatracenia się we wrażeniu, że jesteśmy świadkami prawdziwej towarzyskiej apokalipsy, jaka właśnie wybuchła w jednym z brytyjskich domów. Twoje skojarzenia ze sztuką teatralną są faktycznie bardzo trafne, kiedy tak o tym pomyśleć, i przyczynia się do tego również ta bliskość między aktorami. Fakt, że wszystko dzieje się jednego wieczoru, w jednym domu (znów mamy tu zasadę trzech jedności) sprawia, że zbliżamy się do bohaterów o wiele bardziej niż w wielu innych produkcjach ma to miejsce. Nie widzimy aktorów z oddali, nie oglądamy ich w plenerze i na otwartej przestrzeni. Jesteśmy z nimi zamknięci w jednym domu i towarzyszymy im w intymnych chwilach takich jak wymiotowanie czy kłótnia z partnerem.

KWESTIE TECHNICZNE

Mateusz:  W XXI wieku nie jesteśmy przyzwyczajeni do oglądania czarno-białych filmów. W dobie 3D, IMAX-u oraz technologii pozwalających na oglądanie wszystkiego przynajmniej w Ultra HD nikt nie myśli nawet, by dobrowolnie oglądać czarno-białe filmy, które przecież kojarzą się z czymś odległym, czymś, co dawno już przeminęło i czymś, co raczej odstrasza. Jednak dla filmu Party warto przełamać stereotypy i pozwolić aktorom robić swoje. Twórcy wyszli najprawdopodobniej z założenia, że kolory będą widzów tylko rozpraszać, dlatego postanowili na swoisty powrót do przeszłości. Wyszło im to połowicznie, ponieważ nie wiem czemu, ale w trakcie seansu często przeszkadzał mi efekt mocnego prześwietlenia obrazu, jaki towarzyszył wielu scenom. Nie wiem, czy jest to kwestia kopii, czy rzeczywiście niektóre momenty bądź detale celowo zostały tak prześwietlone, ale wliczam to w poczet drobnych niedoskonałości filmu Sally Potter. Pomijając kwestie koloru – praca kamery jest dynamiczna, momentami wręcz nerwowa – zachowuje się tak, jak bohaterowie, których obserwuje. Moim zdaniem jest to zabieg zdecydowanie na plus. Podobało mi się również pozornie kompletne niedopasowanie muzyki do wydarzeń.

Sylwia: Tak, mnie również dekoncentrowało odrobinę to prześwietlenie, o którym mówisz, na szczęście ma to miejsce w zasadzie dopiero pod koniec filmu. Poza tym nie ma nic, co można by zapisać po stronie minusów, jeśli chodzi kwestie techniczne. Wszystko zostało świetnie ze sobą zgrane, a postawienie na czarno-białe barwy było moim zdaniem trafnym wyborem. Postaci i wydarzenia są na tyle barwne i jaskrawe, że – tak jak wspomniałeś – kolory na ekranie mogłyby tylko rozpraszać widza. A tak otrzymujemy czarno-biały obraz, z całą feerią barw ukrytych w bohaterach i wydarzeniach wieczoru.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Mateusz: Poruszająca istotne tematy słodko-gorzka czarna komedia z piekielnie udanymi dialogami i fenomenalnym aktorstwem. Party  to pierwszy film, który widziałem w 2018 roku i chyba lepszego rozpoczęcia roku być nie mogło.

Sylwia: Film Sally Potter to doskonały przykład na to, że akcja nie musi toczyć się w pięćdziesięciu miejscach naraz, by była gęsta, napięta i intensywna. Party przenosi nas w skoncentrowany świat pewnej grupy znajomych, którzy jednego wieczoru dowiadują się o sobie wielu rzeczy, których mogli się nie spodziewać. Kłamstwa wychodzą na jaw, napięcie rośnie, w domu czai się broń i narkotyki, a wszystko kręci się wokół seksu. Fantastyczni aktorzy są kropką nad “i” tego filmu, który zwraca uwagę, przyciąga, rozbawia i nie pozostawia obojętny, pokazując jednocześnie, że cokolwiek by się nie działo – ludzie to tylko ludzie i przede wszystkim składają się z emocji, dopiero później z atomów.

Ocena Mateusza: 7,5/10

Ocena Sylwii: 7/10

Fot.: Aurora Films

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *