Wielogłosem o…: “Zakażenie”, Scott Sigler

Wydana w Polsce kilka lat temu powieść Scotta Siglera Infekcja była pierwszą częścią trylogii o tajemniczej chorobie, na którą zapadali – zdawałoby się – przpadkowi ludzie, stając się tym samym bezlitosnymi mordercami. Wydawnictwo Papierowy Księżyc, które wydało Infekcję, zdecydowało się jednak nie wydawać kontynuacji i wszyscy, których zaciekawiły losy ludzi opanowanych przez tajemnicze trójkąty, byli z pewnością niepocieszeni. Tymczasem Wydawnictwo Gmork wzięło sprawy w swoje kocie, wydawnicze łapki, a my możemy dowiedzieć się nieco więcej o historii infekcji, która przerodziła się w Zakażenie. O powieści – fabule i bohaterach – a także o tym, jak nastawiają się po niej na zamykającą historię Pandemię, rozmawia dwójka naszych redaktorów. I choć momentami mieli co nieco do zarzucenia, to ani przez chwilę nie żałowaliśmy, że objęliśmy powieść patronatem medialnym.

WRΔŻENIΔ OGÓLNE

Mateusz Cyra: Scott Sigler to facet – mam wrażenie – tysiąca pomysłów. Zakażenie jest jego trzecią książką, jaką miałem okazję przeczytać i chociaż w każdej z nich autor porusza się po zbliżonych rejonach literackich, za każdym razem robi to nieco inaczej. Wspólną cechą dla wszystkich z dotychczas przeze mnie przeczytanych jego powieści, to odpowiednie wyczucie. Sigler wie, w którym momencie rzucić suchym żartem na rozładowanie napięcia, kiedy palnąć czytelnikowi prosto w potylicę śmiercią ważnego bohatera oraz w jakim miejscu zagęścić atmosferę tak, aby dało się ją kroić piłą łańcuchową po to, by chwilę później rubasznie śmiać się z jakiegoś nawiązania do popkultury. Autor tym samym – rzecz jasna – z miejsca stawia się we właściwym miejscu w literackim świecie i zapewne nigdy nie będzie dane stanąć mu w szeregach z uznanymi i szanowanymi nazwiskami pisarzy, jednak Sigler nie wydaje mi się być osobą, która w którymkolwiek momencie by ku temu dążyła. Amerykanin jest geekiem i taka jest też jego twórczość. Jest w niej miejsce na niezbędne naukowe objaśnienia, jednak to, co jest tu kwintesencją, to rozrywka i rozwałka w najczystszej postaci.

Sylwia Sekret: Druga część trylogii o przedziwnej epidemii, która zamienia ludzi w śmiertelnie niebezpiecznych zabójców, pod wieloma względami różni się od otwierającej historię trójkątów powieści Infekcja. To z kolei sprawia, że Zakażenie raz czytało mi się lepiej, a raz gorzej w porównaniu do poprzedniczki. Na pewno fabuła jest o wiele bardziej rozciągnięta i momentami można odnieść wrażenie, że spokojnie dałoby się ją “ścisnąć” i zmieścić na mniejszej ilości stron, innym razem doznajemy olśnienia i stwierdzamy, że przecież tak ma być, że to musiało tak wyglądać i Sigler doskonale wie, co robi. Bywało zatem różnie, w ogólnym rozrachunku jednak Zakażenie trzyma poziom i potrafi spuścić łomot tam, gdzie się tego nie spodziewamy.

ZΔLETY I WΔDY POWIEŚCI

Mateusz: Zakażenie Siglera to powieść, w której – przynajmniej moim skromnym zdaniem – wady i zalety niejako koegzystują. Nierzadko jest tak, że pewien element tej książki jest dla mnie zarówno plusem jak i minusem. Przykładów nie trzeba daleko szukać: in plus z pewnością mogę zaliczyć kilku niezwykle barwnych bohaterów – później wspomnę jakich – jednak jednocześnie kilka innych postaci zaliczam jak najbardziej in minus, choćby poprzez ich sztampowe ukazanie. Na pewno do grona zalet mogę bez wahania zaliczyć również to, że autor rozwinął skalę zagrożenia i nie ograniczył się tylko do uciążliwych trójkątów choć, paradoksalnie, antagonista Infekcji podobał mi się bardziej niż zbiorowisko z Zakażenia. Generalnie lubię, jak w tego typu literaturze jest położony odpowiedni nacisk na wielowątkowość oraz na ukazanie problemu z kilkunastu punktów widzenia i tak również jest w powieści Scotta Siglera, ale…. taki sposób narracji miewał także mankamenty, jak choćby to, że miejscami kolejny punkt widzenia spowalniał akcję.

Sylwia: Ja z kolei do zalet Zakażenia muszę zaliczyć odpowiednie stopniowanie rosnącego zagrożenia. Autor w niezaprzeczalny sposób potrafi zaciekawić swojego czytelnika i trzymając tym samym jego zainteresowanie w garści, tak powoli odkrywa kolejne karty, że po dwóch częściach czytelnik nadal tak naprawdę nie wie, skąd wzięła się infekcja, co jest celem tych, albo tego czegoś, co ją rozprzestrzeniło, ani – tym bardziej – jak to się wszystko skończy. Z kolei przy minusach muszę się z Tobą zgodzić. O ile bowiem niektórzy bohaterowie zyskali w drugiej części trylogii i wzbudzili moją sympatię, która wcale nie była taka oczywista podczas lektury Infekcji, o tyle w Zakażeniu to, co było do zniesienia w przypadku pewnych postaci, tym razem jest już na tyle widoczne, że staje się po prostu irytujące. Dodatkowo dochodzi wielowątkowość, o której również wspomniałeś. W pierwszej powieści z uniwersum trójkątów mieliśmy tak naprawdę jeden ważny wątek – doprowadzenie Perry’ego do spotkania z Montoyą i Dew. Tymczasem w drugiej odsłonie trylogii wątki się mnożą – z jednej strony mamy nowe stadium zakażenia, z którym zespół badawczy musi się dopiero zapoznać, mamy pewną rodzinę, która pada ofiarą tego zakażenia, do tego dochodzą momentami bardzo ciekawe wątki przedstawiające relacje między poszczególnymi bohaterami znanymi z poprzedniej części, a także walka Perry’ego o to, aby w miarę możliwości cieszyć się tym, że dane mu było przeżyć. Sporo tego, ale dzięki temu powieść nie jest nudna i wymaga od czytelnika uwagi.

OMÓWIENIE WYBRΔNYCH POSTΔCI

Mateusz: Omawiając postaci, pozwolę sobie na niezbyt obszerny opis kilku bohaterów, choćby z tego względu, że ich kalejdoskop w Zakażeniu jest naprawdę pokaźny. Z tych “złych” godny odnotowania jest Satelita. To intrygująca osobowość, której pochodzenie oraz zadanie jest jednym z bardziej zajmujących w całej powieści.

Duet Perry – Dew to chyba najlepsze, co ma do zaoferowania Zakażenie. Rozdziały, w których możemy obserwować rozwój relacji tej dwójki to istna perełka, powodująca nieraz większe emocje niż kolejna partia zarodników wysłana w świat oraz zmagania Montoyi razem wzięte. Właśnie – Margaret Montoya to persona strasznie płaska, papierowa, nudna i oklepana. Jej wątki jeszcze w Infekcji były nawet przyzwoite, ale w kolejnej części zaczynały mnie coraz bardziej nużyć i irytować. Zwłaszcza ten niepotrzebny i nieco nachalny wątek miłosny z Otto w roli głównej oraz ten jej naiwny, trącący sztucznością mesjanizm. Jedynie ostatni jej wybór z Zakażenia pokazał, że postać ma przysłowiowe jaja, chociaż mnie, taki a nie inny, wybór autora nie przypadł do gustu. Jako rozwiązanie fabularne jest to zagranie bardzo ciekawe i dobre, jednak jako wybór personalny strasznie mnie uwiera. I na koniec nasza mała, słodka Chelsea… Dlaczego? Pytam, dlaczego pojawiła się taka postać? Ja rozumiem, że Sigler żongluje w swojej trylogii motywami, bawi się konwencją i balansuje na krawędzi groteski, autoironii oraz miejscami naśmiewa się wręcz z pewnych utartych schematów, ale Chelsea to zdecydowanie najgorsza postać i największy minus Zakażenia. To rozpieszczony, nastawiony konsumpcyjnie i roszczeniowo bachor, który zrządzeniem losu awansował do rangi ucieleśnienia zła, co tak cholernie mi zgrzytało i przeszkadzało niczym piach w zębach. Nie wiem, czy Sigler chciał, by jej postać była tak nieudana, przerysowana i komiczna (zamiast budzącej strach), ale w pewnym momencie poziom absurdu przekroczył ten dopuszczalny przeze mnie i nie mogłem przestać się śmiać. Nie wiem również, jaki cel mógłby mieć Sigler, żeby wykreować taką postać, ale w moim mniemaniu to jest pierwszy zgrzyt na twórczości Amerykanina.  

Sylwia: Niestety muszę się z Tobą zgodzić co do postaci Chelsea. Może nie uwiera mnie ona aż tak, jak Ciebie, ale zdecydowania obniżyła poziom przyjemności, jaką czerpałam z lektury. Poza tym to właśnie przy jej wątku wyzierać zaczynają pewne niedociągnięcia, których jeszcze nie mogę nazwać dziurami logicznymi, bo nie wiem, jak autor poprowadzi dalej tę historię i jak wyjaśni niektóre rozwiązania fabularne. Chelsea jest w swojej szatańskiej roli po prostu niewiarygodna. I nie chodzi absolutnie o to, że kilkulatka z blond lokami, słodkimi rumieńcami i błękitnymi, niewinnymi oczętami trzęsie całymi Stanami – o to Siglerowi chodziło i ja to rozumiem. Jednak mam wrażenie, że wszystko to, co dzieje się dookoła dziewczynki łącznie z głosem w jej głowie, który nakazuje jej pewne zachowania i podpowiada większość działań – nie do końca zostały przemyślane. Pewne rzeczy mi się nie zgadzają, o niektóre chętnie podpytałabym autora. Mam jednak nadzieję, że to ja się mylę i trzecia część sprowadzi mnie i moje oskarżenia do parteru.

Mateusz:  Mnie, poza tym, co już wspomniałaś, przeszkadza głównie kreacja tej postaci oraz fakt, że w pewnym momencie jej działania wymykają się spod kontroli, co zostało dla mnie dość skąpo objaśnione. Może tak miało być, może nie było potrzebne tu wcale większe wyjaśnienie, bo też takie rozwiązanie doprowadziło w końcu do finału, jaki otrzymaliśmy… W każdym razie Chelsea jest jedną z najbardziej niewiarygodnych postaci, jakie do tej pory miałem okazję poznać w popkulturze.

Sylwia: Dobra, zostawmy już małą Chelsea i przejdźmy do przyjemniejszych rzeczy. Miłym zaskoczeniem było dla mnie takie pokierowanie postacią Perry’ego, że polubiłam go dość mocno, podczas gdy w pierwszej części jedynie działał mi na nerwy. I znów masz rację: duet Perry – Dew to najlepsza energia tej powieści, a ich relacja to coś, co jest w niej najbardziej prawdziwe i ludzkie. Natomiast co do naszej kochanej Montoyi… – nie, nie i jeszcze raz nie. Jej postać doprowadzała mnie do szaleństwa, miałam ochotę jej przyłożyć, wyszarpać za włosy i zrobić to tak, by jednocześnie wyrwać ją z kart powieści na dobre. Margaret Montoya jest bohaterką, jaką spotkamy w co drugiej tego typu powieści – niestety; jest oczywiście świetna w swoim fachu, ale często robi w powieści za ucieleśnienie wszystkich tych moralno-etycznych wykładów, które muszą się przecież pojawić. Dlatego mam nadzieję, że – w zależności od zakończenia trylogii, jakie uszykował nam autor – nie wyrośnie ona na jakąś bohaterkę narodową. Nie wiem, czy moje czytelnicze poczucie godności by to zniosło.

STYL, JĘZYK

Mateusz: Język jest bardzo prosty, ale to się znakomicie sprawdza w literaturze stricte rozrywkowej, w której to nie chodzi o gimnastykę umysłową, a o wątki fabularne i… dobrą zabawę. Jak już wspomniałem wcześniej – Scott Sigler zręcznie żongluje nawiązaniami do popkultury, bawiąc się dialogami oraz skojarzeniami, dzięki czemu niejednokrotnie uśmiechniemy się pod nosem.  

Sylwia: A nawet pod wąsem, jeśli jesteśmy we władaniu takowego. Dla mnie z kolei jest coś zupełnie innego w stylu Zakażenia, czego nie było w Infekcji. Nie potrafię jednak jednoznacznie stwierdzić, cóż to takiego. Fabularnie powieść ta miała gorsze momenty i niektóre rozwiązania na tle poprzedniczki rysują się gorzej, jednak jeśli chodzi o styl, Zakażenie bije Infekcję na głowę. Nie wiem jednak za cholerę, czego to sprawka, najważniejsze wszak, że mnie czytało się drugą część  o niebo lepiej, choć – rzecz dziwna – dłużej.

Mateusz: Fakt. Nie wiem, czy to kwestia lepszego tłumacza, czy po prostu Sigler się rozwinął warsztatowo, ale Zakażenie jest po prostu lepsze pod tym względem.

WYDΔNIE

Mateusz: Wydawnictwo Gmork rozpoczęło swoją działalność właśnie ze względu na Scotta Siglera i po wydaniu dwóch wcześniejszych powieści, wreszcie udało im się wydać Zakażenie. Czy gra była warta świeczki? Zdecydowanie tak. Bowiem nie dość, że powstało ciekawie rokujące wydawnictwo, to jeszcze fani prozy Siglera mają okazję poznać dalsze losy bohaterów Infekcji i, miejmy nadzieję, będzie szansa na poznanie ostatniej części tej trylogii, a w dalszej przyszłości może pozostałych dzieł amerykańskiego pisarza. Okładka jest prosta, ale spełnia swoje zadanie – mijając półki księgarniane, z pewnością zwróci na siebie uwagę. Podoba mi się to, że w dalszym ciągu trójkąty stanowią isotny element całej książki i tu i ówdzie przewijają się jako symbole zapowiadające przeniesienie akcji w rejony opanowane przez zakażenie. Cieszy również fakt, że kwestie wypowiadane przez małe wredne stworki również są odpowiednio zaakcentowane.

Sylwia: Naprawdę dobrze, że Wydawnictwo Gmork wzięło się za drugą część trylogii porzuconej gdzieś w przestworzach niewydanych książek. Dla czytelnika nie ma chyba nic gorszego niż historia urwana w połowie. Oprawa graficzna Zakażenia podoba mi się po stokroć bardziej, aniżeli miało to miejsce w przypadku Infekcji, której okładka była nieco… przesadzona. Prosta kolorystyka i wzory na okładce Zakażenia sprawdzają się idealnie i do tego przyciągają uwagę intensywnie żółta barwą, która na niej dominuje. Jeszcze bardziej ucieszyłabym się, gdyby książka wydana była w formacie ze skrzydełkami, ale cóż – nie można mieć wszystkiego. Poza tym czcionka jest w sam raz, co do papieru również nie mam żadnych zastrzeżeń, a kartki przez cały czas trwania lektury przyjemnie drażniły nos zapachem drukarni.

Mateusz: Na początku byłem zwolennikiem wydania Infekcji, z tą nieco naiwną, przesadzoną i atakującą czytelnika z każdej strony grafiką przedstawiającą trójkąty, teraz jednak dochodzę do wniosku, że znacznie lepiej prezentuje się wydanie Zakażenia i tak naprawdę szkoda, że Gmorkowi nie udało się przejąć również Infekcji, żeby zwyczajnie – zrobić lepiej to, co zostało już zrobione.

Sylwia: W książce zdarzyło się dosłownie kilka literówek, które niemal zawsze się trafiają, jednak dość sporym zaniedbaniem ze strony korekty był niezwykle częsty brak przecinków zauważalny niemal na każdej stronie. Najczęściej miało to miejsce w zdaniach, w których pojawiały się imiesłowy i to właśnie one nie były oddzielane przecinkami od reszty orzeczeń. Może nie przeszkadzało to znacząco w lekturze, mnie jednak nieco rozpraszało, sprawiając, że za bardzo skupiałam się na wyłapywaniu kolejnych “niewidzialnych przecinków”.

Mateusz: Ja niestety, jako iż nie ukończyłem polonistyki, nie znam się tak na tych wszystkich zasadach języka polskiego, stąd nie wyłapałem tego, co Ty, ale pokazałaś mi to, otwierając książkę na chybił trafił i faktycznie można się do tej kwestii przyczepić. Na szczęście przeciętnemu zjadaczowi książek kwestia źle lub w ogóle nie postawionych przecinków w oczy się zapewne nie rzuci i w lekturze raczej to nie przeszkodzi.

SŁOWEM PODSUMOWΔNIΔ

Mateusz: Chociaż dla mnie w dalszym ciągu najlepszą powieścią Scotta Siglera jest Transplantacja, Zakażenie stanowi soczysty kawał porządnej rozrywki. I chociaż niektóre rozwiązania fabularne mi się nie podobają, wiem, że tak być musiało. Finałowa scena to z kolei coś pięknego i odważnego zarazem. Ciekaw jestem, jak zostało to odebrane w Stanach Zdjednoczonych. Mam nadzieję, że Pandemia będzie dobrym zwieńczeniem tej trylogii i mam nadzieję, że nie przyjdzie nam na nią czekać tyle, ile ludzie musieli czekać na wydanie Zakażenia.

Sylwia: Zakażenie na pewno nie pozostawia swojego czytelnika obojętnym. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie ciekawią mnie dalsze losy świata wykreowanego przez Siglera. Będę więc czekała na Pandemię, mając nadzieję, że nie wszystkie rozwiązania, które autor zaproponował w drugiej części trylogii znajdą swoje odbicie w trzeciej, zamykającej serię części. To bowiem, co amerykański pisarz zafundował nam na sam koniec Zakażenia było na pewno ciekawym i być może nawet wstrząsającym dla czytelnika rozwiązaniem, jednak sprawia, że w Pandemii może zabraknąć pewnych elementów, których bardzo bym nie chciała, aby zabrakło.

Fot.: Wydawnictwo Gmork

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *