Emocje w muzyce są bardzo ważne, ale występują jedynie wtedy, kiedy muzyka jest szczera i prawdziwa – wywiad z Youth Novels

Youth Novels to zespół Ani Babrakowskiej i Emila Nowaka, który założony został w roku 2015, a na koncie ma dwie EP-ki: I Used to Wreck It All (2016) i Chaos I Create (2017). Młodzi i utalentowani artyści tworzą muzykę z pogranicza alternatywy, folku i indie-popu, ale ich najnowsze utwory mają shoegaze’owe i nieco mroczne akcenty. Ania i Emil porozmawiali ze mną o drugim wydawnictwie tuż przed koncertem, który był częścią małej trasy prezentującej najnowszy materiał, w warszawskim klubie Chmury [11 lutego]. Opowiedzieli o pracy nad EP-ką, popularności, emocjach związanych z muzyką, a także o poznańskiej wystawie Body Worlds.

Chaos I Create, Wasza najnowsza EP-ka, to brzmienia bardziej mroczne od tych, prezentowanych na I Used to Wreck It All. Można znaleźć na niej więcej patosu, zawiera melancholijne ballady, akcenty shoegaze’owe. Czy stanowi tym samym otwarcie nowego rozdziału w Waszej twórczości?

Ania Babrakowska: Myślę, że tak. Z pewnością każda płyta stanowi dla artysty pewien nowy rozdział.

Emil Nowak: To dla nas otwarcie nowego rozdziału, a także pokazanie, w jakim kierunku podążamy. Druga EP-ka pokazuje, że odnaleźliśmy drogę, która jest bardziej nasza, oraz brzmienia, które chcemy prezentować.

Na płycie słyszalne są organy, chóry, smyczki, przesterowane gitary, elektronika, co stanowi dużą różnorodność dźwiękową. Czy powiększenie instrumentarium planowaliście od dawna?

Ania: Zawsze marzyliśmy o tym, by w naszej muzyce pojawiły się elementy takie jak choćby skrzypce czy wiolonczela, ponieważ są przepiękne. Tak jak wspomniał Emil, cały czas poszukujemy, więc dodajemy nowe rzeczy i wszystko wychodzi w trakcie tworzenia. Nie planowaliśmy tego z dużym wyprzedzeniem, pisaliśmy piosenki i podczas tego procesu rodziły się pomysły na poszerzenie składu i… tak wyszło.

Emil: Przy pierwszej EP-ce na pewno bardzo martwiliśmy się, jak to będzie wyglądało na koncertach. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że grając we dwójkę, będziemy potrzebować jakiejś pomocy. Wtedy też używaliśmy laptopa, a chcieliśmy mniej z niego korzystać, co było powodem tego, że I used to wreck it all była nieco okrojona. Przy najnowszej płycie w ogóle się nie martwiliśmy tym, jak materiał wypadnie na żywo. Tu pasowały nam chórki, tam smyczki…

Ania: … a na żywo to się zobaczy (śmiech).

Materiał na tę płytę mieliście jednak dokładnie opracowany.

Emil: To prawda, koncepcyjnie było to dość dobrze przemyślane i materiał na nią powstawał dość długo, prawie rok. Dużo przeżyliśmy podczas tego roku, wiele się nauczyliśmy, pracowaliśmy ze sporą ilością różnych ludzi, co dało nam sporo do myślenia.

W gronie różnych ludzi znalazł się między innymi producent, Piotr Maciejewski. Wniósł sporo świeżości i doświadczenia do tego muzycznego projektu?

Ania: Spotkanie z Piotrem było bardzo owocne, bo jednak jest twórcą doświadczonym, robił w swojej karierze wiele rzeczy, grał w zespole MUCHY, który ma swoją historię i jest swoistą legendą polskiej sceny. Cieszy mnie to, że już na etapie początkowym wiedzieliśmy, iż nasza wizja albumu jest bardzo zbliżona do jego pomysłu. Utwierdził nas w przekonaniu, że to jest to.

Materiał na pierwszą EP-kę nagrywaliście u Emila w pokoju…

Ania: … wokale w szafie (śmiech)!

Historia znów się częściowo powtórzyła, prawda?

Emil: Tak, wszystkie demówki powstały w moim pokoju i bardzo dużo nagrań tam zarejestrowanych zostało wykorzystanych na drugiej EP-ce.

Ania: Wokale natomiast nagrywaliśmy u Piotra, żeby brzmiało to lepiej.

Emil: Niektóre instrumenty też dograliśmy u Piotra.

Na Chaos I Create można wyróżnić różne klimaty, nawet taneczne, jak choćby w Shelter. Pamiętam, że przedpremierowo odsłuchiwałam tej wersji podczas TAURON Festivalu, na którym się spotkaliśmy. Czy na koncertach gracie właśnie ją, czy uległa jakimś modyfikacjom?

Ania: Właściwie na dwóch pierwszych koncertach (w Poznaniu i Warszawie) graliśmy dodatkowo ze smyczkami, a w oryginale Shelter nie ma smyczków, bo to wersja trochę elektroniczna, taneczna. Na koncercie smyczki dodały tej tanecznej elektronice trochę patosu. W Chmurach będzie jednak bliżej wersji pierwotnej – tanecznie, i nie tylko w przypadku Shelter.

Na poprzednich koncertach publiczność tańczyła?

Ania: Nie mogła, bo siedziała…

Emil: To wygląda tak, że oni siedzą i wcale się takiego czegoś nie spodziewają. Nagle jest „wow” i zanim otrząsną się z tego szoku, to już się kończy piosenka.

Ania: Ludzie są przygotowani na smutne, melancholijne utwory, nie są gotowi na takie zmiany.

W Chmurach za to potańczyć można, bo w sali koncertowej żadnych krzeseł nie widzę (śmiech).

Ania: Można potańczyć, będzie do czego chwilami.

Emil: Klub, w którym gramy, ma klimat nieco rave’owy, to może coś wypali.

Wracając do koncepcji płyty i jej dopracowania, widać to nawet na okładce, która przedstawia Meduzę inspirowaną rzeźbą Giovanniego Lorenzo Berniniego. Sama rzeźba znajduje się w Muzeum Kapitolińskim i kiedy rok temu ją oglądałam, nie miałam pojęcia, że zagości w Waszym projekcie. Skąd to nawiązanie do baroku i mitologii?

Ania: Jak już wspomnieliśmy, na EP-ce bez problemu można odnaleźć trochę patosu, a sam barok jest bardzo patetyczny, bogaty, pełen złota. Chcieliśmy żeby Chaos I Create również taka była, a moje zainteresowania historią sztuki i sztuką samą w sobie musiały się tutaj pojawić. Emil zainspirowany okładką Arcade Fire – Reflektor podpowiedział, aby umieścić jakąś rzeźbę. Niestety trudno zdobyć zdjęcia, których moglibyśmy użyć. Stwierdziłam, że zamienimy fotografię na ilustrację, a wtedy uznaliśmy, iż będzie to idealną kontynuacją dla pierwszej EP-ki, ponieważ obie okładki są w zbliżonej konwencji.

Czarne tło, na nim głowa postaci…

Emil: Ta EP-ka opowiada też o bałaganie, który nas otacza. Szukaliśmy motywu, który mógłby to wyrazić, a sama meduza z wężami na głowie idealnie chaos odzwierciedla.

Powiedziałabym, że podążacie od chaosu, poprzez szaleństwo, do bezpieczeństwa (Shelter – schronienie). Czy historię zawartą na tej płycie można w ten sposób interpretować?

Ania: Jak najbardziej. Kolejność utworów na koncercie też nie jest taka jak na płycie, staje się nieco pomieszana.

Znów dopasowanie do tytułu. Chaos I Create to zdanie w pierwszej osobie liczby pojedynczej, co może być postrzegane jako dodatkowa możliwość dla słuchacza większego utożsamiania się z materiałem.

Ania: Początkowo Chaos I Create miał być tytułem jedynie utworu, nie całego wydawnictwa, ale analizując teksty po raz kolejny, stwierdziłam, że właściwie to najlepszy ich opis. Każdy też może interpretować go indywidualnie i odnaleźć coś, z czym może się utożsamić. Nasza znajoma, Martina M, gdy tylko usłyszała demo tej płyty, od razu pokochała tę piosenkę, choć wtedy zawierała jedynie mój wokal, pojedynczy bas i chóry, nagrane przeze mnie i Emila. Już wtedy się w tym zakochała i poczuła ten tekst, co jest chyba dobrym dowodem na to, że każdy może odnaleźć w nim cząstkę siebie.

Mieliście w takim razie pierwszego testera płyty. Wcześniej był nim zawsze tata Ani, o czym nawet wspominaliście w naszym poprzednim wywiadzie.

Ania: Mój tata jest bardzo krytyczny co do naszej twórczości i zawsze po stworzeniu czegoś siadamy, słuchamy tego i dzieli się on z nami masą uwag. Czasem są bardzo trafne i zawsze z nich korzystamy.

Przy najnowszym albumie również przeszliście przez ten sam proces kontroli jakości?

Emil: To wyglądało tak, że siedzimy w moim pokoju i stwierdzamy: to brzmi fajnie, jest w porządku. Kończymy nagrywanie, Ania idzie do domu. Parę godzin później, wieczorem: Wiesz co, Emil, mi się tutaj coś nie podoba jednak… Pytam: pokazałaś tacie? Ania: Tak (śmiech).

Czyli historia się powtarza (śmiech).

Emil: Rzeczywiście się powtarza.

Ania: (śmiech) Ale mój tata uwielbia tę EP-kę i słucha jej naprawdę codziennie w samochodzie.

 

Youth Novels - Madness (Official Video)

 

W poprzedniej rozmowie poruszyliśmy również temat tekstów na płytę. Ania opowiadała o tym, że zaczyna je pisać sama (Shelter), a w trakcie tworzenia dołączył Emil. Jak do tego doszło?

Ania: Przez ten twórczy rok pisałam teksty, najczęściej w pociągu, bo obecnie większą część swojego życia spędzam w pociągach. Podróż to moment, w którym mogę się skupić, obserwować ludzi i przychodzi mi do głowy najwięcej pomysłów. Pewnego dnia Emil poinformował mnie, że napisał fragment tekstu i wtedy do tego usiedliśmy, dopisałam resztę. W ten sposób zaczęliśmy tworzyć je wspólnie i wtedy powstało Don’t let me down.

Nigdy nie pytałam o Twój głos, Aniu, a przy ostatnim odsłuchu Chaosu zaczęłam się zastanawiać, czy ten głęboki i poruszający głos to efekt samouctwa czy może uczęszczałaś na lekcje śpiewu?

Ania: Moje lekcje śpiewu było właściwie uczęszczaniem na zajęcia chóru w gimnazjum, razem z Emilem. Najwięcej nauczyłam się tam, bo wtedy też otworzyłam się na śpiew i dowiedziałam się, że jednak mam głos, którego mogę dobrze użyć. Byłam jeszcze przerażona, ale ostatecznie udało się przełamać i próbowałam lekcji śpiewu, ale to nie pomogło. Wręcz pogorszyło sprawę, bo bardziej się zamknęłam. Stwierdziłam, że wolę sama się tym zająć. Obecnie uczęszczam na pozalekcyjne zajęcia w mojej szkole, na których przygotowujemy pewien materiał, który później wystawiamy, ostatnio np. projekt z utworami Wojciecha Młynarskiego. To raczej kwestia samouctwa.

Odnosząc się do przeszłości i porównując to, co miało miejsce po premierze pierwszej EP-ki, a to, czego świadkiem możemy być teraz, wydaje mi się, że Wasz poziom popularności wzrósł. Czy odczuwacie to? Chociażby w Głosie Wągrowieckim ukazały się o Was artykuły.

Emil: Wzrósł poziom fejmu w Wągrowcu (śmiech).

Ania: W Wągrowcu może jeszcze nie tak…

Emil: Jak to nie?

Ania: Panie z mojego ulubionego lumpeksu czy banku bardzo nas wspierają (śmiech). Ostatnio mieliśmy okazję być na szatni podczas koncertu Oh Wonder, zespołu, który poprzednim razem supportowalismy.

Emil: Ludzie podchodzili i mówili: szkoda, że nie gracie supportu tym razem.

Ania: Albo: o! Wy jesteście z tego zespołu! Ale super! Było to naprawdę miłe. Wcześniej żadnych tego typu sytuacji nie mieliśmy, więc byliśmy pozytywnie zaskoczeni.

Po wydaniu płyty widziałam trochę porównań Waszej twórczości, choćby do The Antlers. Czy lubicie jak ktoś Was do kogoś porównuje, może do artystów, których cenicie? Uważacie to za wartościowe, czy wolelibyście, żeby porównania się nie pojawiały?

Ania: Każdy szuka porównań i to chyba nigdy się nie zmieni. Z jednej strony może być to krzywdzące, bo mieliśmy przykrą sytuację, w której ktoś porównał nas do pewnego zespołu i stwierdził, że nie możemy nic więcej zrobić, bo nie ma w tym nas. Z drugiej strony może być to nieco pomocne, na przykład w zdobywaniu nowych słuchaczy, którzy trafiają na nas na zasadzie szukania podobieństw do tego, czego słuchają. Nie potrafię stwierdzić, czy jest to dobre, czy nie.

Podczas słuchania nowych dźwięków automatycznie jesteśmy czasem w stanie wychwycić fragmenty przywołujące nam na myśl inne utwory. Jeśli zaś chodzi o proces tworzenia, na całość składa się wiele elementów i chyba niełatwo o muzyczne innowacje, bo dużo już powstało.

Ania: Dla mnie świetne jest to, że muzykę, jak i sztukę, można w jakiś sposób łączyć – zawsze znajdzie się jakieś odniesienia do czegoś. Jeżeli czymś się inspirujesz, to jesteś w stanie znaleźć jakieś połączenia, choćby między artystami czy albumami. Wtedy drugi element nie jest kopią, ale jednak budzi podobne skojarzenia i świadczy o tym, że ludzie słuchają się nawzajem, podziwiają i szanują. Chciałabym być kiedyś na miejscu tego, kim ktoś może się zainspirować i uzna, że to, co stworzyłam, jest dla niego ważne.

Czy uważacie, że w muzyce najważniejsze są emocje? JIMEK przy okazji opowiadania o soundtracku do Ataku Paniki wspominał o tym, że dla niego sposób zapisu to jedynie droga, a chodzi o to, żeby odbiorcy odczuwali to, co chciałby pokazać. Czujesz coś i chcesz, żeby inni też to czuli. Macie podobne wrażenie?

Emil: Trudne pytanie.

Ania: Emocje zawsze są ważne. Jeżeli ktoś ma w sobie jakąś wrażliwość, to raczej trudno obyć się bez poddania się wpływom tego, czego się słucha. Najbardziej istotne jest występowanie emocji pomiędzy ludźmi, szczególnie podczas koncertów. Przyjemnie jest czuć chemię między publicznością, kiedy widzisz, że też to czują i przeżywają.

Emil: Wydaje mi się, że emocje w muzyce są bardzo ważne, ale występują jedynie wtedy, kiedy muzyka jest szczera i prawdziwa, kiedy jest to nagrane i zagrane całym sobą. Nie odegrane tylko po to, żeby zarobić.

Sądzę, że taka autentyczność bije od Was i można to zauważyć w szczególności na koncertach.

Emil: Bardzo się o to staramy.

Kolejną właściwością muzyki jest możliwość przywoływania wspomnień. Sama wielokrotnie miewam skojarzenia muzyki z pewnymi sytuacjami i przy kolejnych odsłuchach dane obrazy powracają. Jakie są Wasze najważniejsze wspomnienia związane z muzyką?

Ania: Jestem bardzo sentymentalną osobą, więc właściwie każdą piosenkę mogę do czegoś dopasować. Wiąże się to czasem z koncertami, z wyjazdami. Najważniejsze wspomnienia łączą się u mnie z muzyką Florence and The Machine, towarzyszy mi od dłuższego czasu. Albo utwór Mieć czy być Myslovitz, bardzo kojarzy mi się z naszymi początkami.

Emil: Lub Na jednej z dzikich plaż. Ostatnio często trafiam na te dwa utwory w radiu.

Ania: Zawsze gdy słyszę Mieć czy być to mam przed oczami takiego małego Emila, który stoi z gitarą akustyczną w niebieskiej koszulce i gra. Szczęśliwy, bo nie wie, co go czeka (śmiech).

Emil: W ostatnim tygodniu powróciłem do zespołów, których słuchałem na początku głębszych zainteresowań muzyką, jak chociażby The Lumineers czy Fun, który już nie istnieje. Przypomniałem sobie wtedy własne początki z gitarą, próby coverowania.

Poruszę więc temat bliższego wspomnienia: niedawno odbyła się w Poznaniu wystawa związana z projektem artystycznym, na której pojawiła się praca Ani, Moje ciało, mój dom. Był to ogólnopolski konkurs projektowy dla uczniów szkół plastycznych. Jak wyglądał w nim udział?

Ania: Moja szkoła od dziesięciu lat organizuje konkurs, w którym mogą wykazać się wszystkie licea w Polsce. Co roku temat jest inny, w tym stał się on hasłem DOM, który można było różnie interpretować. Wygrywały pomysły dość typowe, traktujące dom jako budynek. W mojej grupie zaproponowano przedstawienie metaforyczne, a kiedy usłyszałam dom, od razu pomyślałam o swoim ciele, jest przecież ono naszym najbliższym domem. Realizacja tej koncepcji okazała się czasochłonna, gdyż trwała prawie trzy miesiące. Jestem bardzo zadowolona z efektu, ponieważ pokazałam siebie i udało mi się coś osiągnąć. Nie wygrałam nic, jeśli chodzi o miejsca, ale otrzymałam wyróżnienie bycia wybraną poza konkursem, w dodatku jako jedyna z Poznania. Bardzo się cieszę, że udało mi się tam dostać.

Widziałam też na Twoim instagramowym profilu zdjęcia z wystawy Body Worlds, która odbywała się w Poznaniu. Jakie były Twoje wrażenia podczas wędrówki między plastynatami?

Ania: Byłam bardzo zszokowana, obejrzenie wystawy zajęło mi dwie godziny i przez pierwsze trzydzieści minut nie wierzyłam, że ciała są prawdziwe. Czytałam wyjaśnienia dotyczące plastynacji i próbowałam to zrozumieć, jak to jest naprawdę możliwe. Każdy eksponat był szokujący i imponujący, a sama wystawa uświadamiała mi, że tak naprawdę nie znamy swojego ciała, siebie. Tam wszystko było rozłożone na części i szczegółowo ukazane. Wielu oglądających było zdegustowanych.

Mam znajomego, który po obejrzeniu podobnej wystawy nie czuł się komfortowo. Trzeba posiadać chyba odpowiednią wrażliwość, a może wytrzymałość, by oglądać z bliska takie rzeczy?

Ania: Też tak sądzę. Nie budziło to we mnie żadnych negatywnych emocji, byłam zszokowana. Im dalej oglądałam eksponaty, tym bardziej mnie to fascynowało. Najbardziej przerażona byłam jednak gablotą, w której ustawione były sylwetki ludzkie należące do łyżwiarzy. Kobieta była pochylona, z uwidocznionymi wszystkimi mięśniami i kośćmi, a także oczami, które były niebieskie, zupełnie jak moje. Wyglądało to tak realistycznie, że czułam, jakby zaraz miała się na mnie spojrzeć.

To też w zasadzie rodzaj sztuki…

Ania: Trochę drastyczny, ale tak.

Nie będę używać słowa „drastyczny” dla określenia przemysłu muzycznego, ale to też nie jest najprostsza dziedzina, w której jest Wam dane się poruszać. Wspominaliście w jednym z wywiadów o chłodnej kalkulacji, która wiąże się z tym, czym się zajmujecie. Czy bez zobowiązań wobec wytwórni, co właściwie jeszcze Was nie dotyczy, bez narzucania terminów i całego mechanizmu, który przemysł ten nakręca, tworzenie muzyki samej dla siebie byłoby prostsze i przyjemniejsze?

Ania: Na pewno byłoby prostsze.

Emil: Byłoby łatwiejsze, bo dzieje się tak, gdy siedzi się samemu w pokoju i tworzy, tak jak my, a później tę muzykę jedynie udostępnia, a ona dociera do odbiorców. Kiedyś dużo o tym myślałem. Taki proces jest naprawdę ciekawy. Za przykład podam Keatona Hensona, który koncertuje bardzo mało, a bardzo dużo tworzy. Fajne jest to, że każdym koncertem się stresuje, przeżywa go, a nie traktuje jak codzienność. Nie ma wokół siebie wielu osób, wiem, że na pewno ma menadżerkę. Też chciałbym mieć menadżera kobietę, bo wydaje mi się, iż mogłaby okazywać więcej wsparcia niż mężczyzna.

Ania: W zasadzie nie wiadomo.

Emil: To prawda, ale zwykle kobiety są bardziej troskliwe. Trochę mu zazdroszczę, bo też chciałbym więcej tworzyć. Nie koncertujemy może zbyt dużo, ale i tak każdy występ okupiony jest sporym stresem, szczególnie jak gramy sami jako zespół.

To, co tworzy Keaton Henson, bez problemu można znaleźć w Internecie. Co Waszym zdaniem bardziej pomaga w promowaniu muzyki – media społecznościowe czy rozgłośnie radiowe?

Ania: Trudno stwierdzić. Nadal wierzę w radio, ale dostrzegam, że to Internet odgrywa główną rolę w promocji, choćby YouTube czy serwisy streamingowe.

Przed Wami koncert w Krakowie, który kończy minitrasę, rozpoczętą w Poznaniu [23 listopada 2017]. Emil wspomniał o stresie związanym z koncertowaniem, ale co jest dla Was ciekawszym doświadczeniem: tworzenie muzyki czy wyjście z nią do słuchaczy w trakcie koncertu? Czy może są to na tyle odmienne kategorie, że nie da się ich porównać?

Emil: Mam takie etapy, w których lubię grać na żywo, a zaraz przychodzi chęć tworzenia. Mamy swoje obowiązki, szkoły, nie jesteśmy w stanie jednocześnie grać i tworzyć. Gramy koncerty i miewam ochotę usiąść i stworzyć coś nowego. Tak to wyglądało przy drugiej EP-ce, kiedy na poważnie procesem tworzenia zajęliśmy się w trakcie ferii i przez dwa tygodnie oddawaliśmy się tylko temu. Po tym czasie byłem naprawdę usatysfakcjonowany z efektów i przyszła ochota, żeby grać koncerty.

Po krakowskim koncercie [15 lutego 2017] czeka Was przerwa, ale powiedzieliście, że w kwietniu zagracie jeszcze jeden?

Ania: Jeszcze nie został zapowiedziany, ale się odbędzie.

Możemy go w takim razie zapowiedzieć w wywiadzie?

Ania: Oczywiście. Zagramy w Poznaniu i już teraz zapraszamy. Szczegóły pojawią się niebawem.

Przerwa, o której mowa, z tego co wiem, także ma być wypełniona przez proces twórczy.

Emil: Tak, teraz planujemy sporo skomponować, ponieważ dążymy do stworzenia albumu i chcemy, by był od początku do końca dopracowany. By każdy dźwięk, każdy element nie wymagał żadnych poprawek, a my byśmy po odsłuchu z dumą mogli powiedzieć: wow, to jest to.

To chyba nie takie łatwe do osiągnięcia.

Emil: Racja, ale może nam się uda. Trzymajcie kciuki!

Czy poza komponowaniem dla siebie, chcielibyście pojawić się gościnnie na czyjejś płycie? Przywołam tu występ Kasi Kowalczyk z zespołu Coals, z którą się kolegujecie, w Żyrandolu Taco.

Ania: To akurat bardzo ciekawe połączenie. Jesteśmy bardzo otwarci na współpracę.

Emil: Nie, wolimy siedzieć sami w pokoju (śmiech).

Ania: To wizja Emila (śmiech). Sama bardzo chciałabym u kogoś wystąpić, podejrzeć innych artystów przy twórczym procesie, nawet od momentu pisania tekstów. Zawsze można się wtedy czegoś cennego nauczyć.

Emil: Na pewno chciałbym pracować z wieloma producentami, by zobaczyć różne sposoby pracy, od początku do końca.

Tego Wam w takim razie życzę.

Ania, Emil: Dziękujemy bardzo.

Fot.: Youth Novels

Write a Review

Opublikowane przez

Małgorzata Kilijanek

Pasjonatka sztuki szeroko pojętej. Z wystawy chętnie pobiegnie do kina, zahaczy o targi książki, a w drodze powrotnej przeczyta w biegu fragment „Przekroju” czy „Magazynu Pismo”. Wielbicielka festiwali muzycznych oraz audycji radiowych, a także zagadnień naukowych, psychologii społecznej i czarnej kawy. Swoimi recenzjami, relacjami oraz poleceniami dzieli się z czytelniczkami i czytelnikami Głosu Kultury.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *