Zezwierzęcenie – Art Spiegelman – „Maus. Opowieść ocalałego” [recenzja]

Maus

To co spotkało Żydów podczas II wojny światowej (a przecież nie tylko ich), to co zgotował im Hitler (a przecież nie tylko on), to temat, który pojawił się już chyba w każdej dziedzinie sztuki. Powstały o tym filmy, książki, pamiętniki, obrazy, utwory muzyczne. Dowodem tego, jak niewyobrażalne i dramatyczne były to wydarzenia, jest to, że pomimo lektury wielu powieści na ten temat, pomimo wielu obejrzanych produkcji, które o tym opowiadają – po każdej kolejnej opowieści nadal jesteśmy zdruzgotani. Nadal trudno nam w to uwierzyć. Nie mówię nawet o wyobrażaniu sobie tego, bo nikt, kto nie przeżył Holocaustu, nie będzie w stanie w pełni, a nawet w połowie zrozumieć ludzkiego przerażenia, okrucieństwa, paniki, głodu, osamotnienia, tęsknoty i bezsilności. W tych historiach istnieje inny dla nas świat – brzmi jak wymyślony, bo przecież takie okrucieństwo nie może być prawdą, ale ów świat był realny – realny niemożliwie i do bólu. Ci, którzy ocaleli, mogli mówić o szczęściu, a raczej o cudzie. Jednak z obozu koncentracyjnego nigdy nie wychodzi się do końca – umysł i ciało zapamiętują tak silny lęk i takie wycieńczenie. Ocalali nie wyszli cało – ich rany to pocztówki z piekła. Nosił je w sobie przez resztę swojego życia Władek Szpigelman, Żyd polskiego pochodzenia, chłopak z Częstochowy, ojciec Arta Spiegelmana, autora komiksu Maus. Opowieść ocalałego – jedynej opowieści graficznej uhonorowanej nagrodą Pulitzera – w którym artysta opowiada losy swojego ojca.

Przede wszystkim trzeba powiedzieć o kontraście. Po pierwsze: komiks i Holocaust. Czy można opowiedzieć wstrząsającą historię w rozrywkowej formie komiksu? Czy można w ogóle rościć sobie prawo do podejmowania jednego z najtrudniejszych tematów w historii właśnie za pomocą rysunków? Po drugie: no właśnie, rysunki. Znamy przecież komiksy, których kunszt wykonania rysunków zachwyca – nie muszą być one zabawne czy karykaturalne, mogą być z powodzeniem poważne, piękne i nawet dostojne. Mogą, owszem, ale Art Spiegelman nie wspina się w Mausie na wyżyny swoich artystycznych umiejętności. Jego grafiki są czarno-białe, a grube konturowanie oszczędne i proste. Co więc otrzymujemy? Poważny temat ujęty w nieporadne, śmieszne rysunki? Wstydliwą i czarną kartę historii zamkniętą w kadrach przeznaczonych dla superbohaterów w pelerynach, która nijak nie może się w nich odnaleźć? Nie i nie. Otrzymujemy jeden z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy komiks w dziejach. Otrzymujemy wstrząsającą opowieść, która chwyta za gardło, wzrusza, przeraża, zniechęca do ludzi i przywraca w nich wiarę. Otrzymujemy graficzną opowieść syna o ojcu, który przeżył piekło, a piekło to żyło w nim do końca, nawet jeśli nie zdawał sobie z tego sprawy. Otrzymujemy dowód miłości i próbę zrozumienia, świadectwo i przepiękną opowieść o miłości i stracie. To wszystko zostaje wyeksponowane i silniej działa na emocje czytelnika właśnie przez wspomniany wyżej kontrast. Nieporywające rysunki, ich prostota i minimalizm podbijają cały wachlarz emocji, który towarzyszy kolejnym kadrom. A emocji jest tu zatrzęsienie.

 

 

Nie sposób nie wspomnieć także o koncepcie Spiegelmana. W końcu nie co dzień otrzymujemy prawdziwą historię opowiedzianą w rysunkach, w której każdy naród zostaje przedstawiony jako inne zwierzęta. Ten pomysł idealnie sprawdził się w przypadku Opowieści ocalałego. Można oczywiście zadawać sobie (lub twórcy) pytania o przyczynę takiego rozwiązania. Chciał być oryginalny? Chciał przemycić w komiksie jak najwięcej symboliki? A może po prostu nie był w stanie nadać ludzkim postaciom cech tak brzydkich i paskudnych? Może doszedł do wniosku, że skoro ludzie doprowadzili do zezwierzęcenia swojego gatunku, on nie ma prawa ich od tego zezwierzęcenia uwalniać? Można zadawać sobie (lub twórcy) te pytania, ale czy odpowiedź będzie aż tak istotna? Być może każda z powyższych ma w sobie jakieś znamiona prawdy, a być może żadna. Być może sam Spiegelman nie pamięta prawdziwej przyczyny. Faktem jest jednak, że to właśnie ten koncept tak mocno wyróżnia Mausa na tle innych opowieści o Holocauście. Dodaje mu jednocześnie realności, jak i przeświadczenia, że działo się to w innym świecie. Symbolika najbardziej widoczna jest oczywiście podczas przedstawiania Żydów i Niemców. Ci pierwsi każdorazowo ukazywani są jako myszy, drudzy zaś jako koty. Tutaj nie jest chyba potrzebne żadne dodatkowe wyjaśnienie. Amerykanie to psy, Francuzi są żabami, a Polacy… no właśnie –  w tym miejscu chciałabym odnieść się do pewnej kwestii. Niezmiernie śmieszą mnie i jednocześnie lekko irytują opinie, w których ostateczna ocena dzieła Spiegelmana jest zaniżana ze względu na to, jak zostali w nim ukazani Polacy. Tak, jesteśmy świniami, owszem. I w czym taka świnia jest gorsza od myszy, kota lub żaby? Oburzeni czytelnicy doszukują się w tym docinków ze strony twórcy… Szkoda tylko, że nie zdają sobie sprawy, że to co w naszym kraju ma negatywny wydźwięk, nie w każdym musi taki mieć. Równie wiele kontrowersji wzbudza w polskich czytelnikach to, że komiks nie pokazuje “prawdy” (czymkolwiek by ona była) o naszym narodzie. Niektórzy Polacy w Mausie – o zgrozo! – donoszą na Żydów, wydają ich w ręce Niemców lub są kapo w obozie. Oburzenie musiała wzbudzić również jedna z ostatnich scen, kiedy ojciec opowiada synowi o pewnym Żydzie, który ocalał tylko po to, by po powrocie do rodzinnego domu zostać zabity przez Polaków, którzy przejęli jego dom i majątek. Krzyki oburzenia rosną – a gdzie Ci wszyscy Polacy, którzy pomagali Żydom, narażając własne życie? Też są. Jest ich za mało? Komiks jest zakłamany? Nie pokazuje całej prawdy? Oczywiście, że nie pokazuje całej prawdy! Nie jest podręcznikiem do historii, żeby musiał spełniać takie kryterium – jest relacją jednego człowieka, który spotykał na swojej drodze takich, a nie innych ludzi, i relacją jego syna, który tę opowieść spisał. Nie na tym polegała rola Arta Spiegelmana, by wybielać Polaków na podstawie swojej własnej wiedzy lub tłumaczyć pewne fakty w oparciu o historię, lecz by spisać opowieść swojego taty. A źli, mściwi i chciwi Polacy również istnieli – tak jak Niemcy, Francuzi, Amerykanie i Żydzi. Tak jak ci dobrzy – w każdym narodzie. Nie chodzi o to, by dzielić ludzi na dobrych Polaków i złych Niemców, lecz na dobrych i złych ludzi. Czyż nie taką naukę powinniśmy wynieść z tej konkretnej lekcji historii?

Maus. Opowieść ocalałego  to jedna z tych publikacji, których się nie streszcza. Jej przebieg jako tako znamy – emocje natomiast poznamy, dopiero zagłębiając się w nią pełni, towarzysząc zarówno Władkowi Szpigelmanowi próbującemu przeżyć i dowiedzieć się czegokolwiek o ukochanej żonie, z którą został rozdzielony, jak i Artowi, który pragnie spisać jego historię, lecz któremu czasami brakuje cierpliwości do starego ojca, na którym przeżyte wydarzenia zostawiły tak wyraźne ślady, że można tylko snuć fantazje o tym, jakim byłby człowiekiem, gdyby Holocaust nigdy nie miał miejsca, a on spokojnie prowadził fabrykę tekstylną. Cieszę się, że Spiegelman zdecydował się podzielić swój komiks na dwie linie czasowe, przenikające się poprzez wspólną poniekąd narrację. W jednej chwili towarzyszymy młodemu mężczyźnie, który odwiedza kapryśnego ojca i próbuje dowiedzieć się od niego wszystkiego o tamtych strasznych czasach, by w następnej zanurzyć się w historii ojca – niekiedy poirytowanego, że musi do tego wracać, niekiedy rozemocjonowanego, na nowo przeżywającego wydarzenia z przeszłości. Dzięki takiemu zabiegowi widzimy również, jakim człowiekiem jest Władek na wiele lat po wojnie – przeżywszy stratę niemal wszystkich bliskich, znający zarówno fizyczne, jak i psychiczne cierpienie nie do opisania. Co niezwykle istotne w tej historii to fakt, że syn nie wybiela ojca, nie tworzy mu komiksowego pomnika. Niejednokrotnie obserwujemy jego przywary, widzimy jego nieufność wobec ludzi, jego skąpstwo, oszczędzanie praktycznie na wszystkim, co często prowadzi do wstydliwych sytuacji. Jest zrzędliwy, a relacje z nim należą do niezwykle trudnych i zawiłych. Przewrotne jest to, że z Mausa wyłania się poniekąd wizerunek stereotypowego Żyda. Ważne jednak, by zdawać sobie sprawę, jak wiele z tych stereotypów nie siedliło się we Władku Szpiegelmanie od zawsze, a było efektem wojny, obozu, cierpień i niedostatków, na jakie był wystawiony.  Nauczony odkładać każdy kawałek chleba – teraz nie wyobraża sobie marnowania jedzenia; nauczony dyscypliny, za brak której można było pożegnać się z życiem – teraz również jej podlega i wymaga tego od innych. Spryt, który w tych strasznych latach pozwolił mu przeżyć, po wojnie przybrał formę pewnego rodzaju upierdliwości – jeśli mogę pozwolić sobie na kolokwializm. Ów spryt, którym w komiksie niewątpliwe mężczyzna się wyróżnia i którym nie raz ratował sobie skórę, na starość przestał mieć zastosowanie, jawił się natomiast właśnie jako skąpstwo i bezczelność.

W Mausie ogromny nacisk położony został nie tylko na tragedię samego przebywania w obozie czy pociągu, w którym brakowało powietrza, nie tylko na tragedię doświadczenia na własnej skórze cierpienia, bliskości śmierci czy upokorzenia, ale także na tę, która wiązała się ze stratą (czasami naoczną) członków rodziny i przyjaciół. Niektórzy stracili wszystkich bliskich sobie ludzi, pogrążając się w kompletnej samotności. Przeżywszy Holocaust, ocalawszy cudem – nigdy do końca nie potrafili cieszyć się tym, że pozostali przy życiu, będąc świadkami upokarzającej i bolesnej śmierci swoich przyjaciół, żon, mężów, córek, synów, rodziców czy rodzeństwa. Władek Szpiegelman przeżył i jego żona również – ale stracili podczas wojny, podczas bestialskiego pogromu Żydów wszystkich – łącznie z kilkuletnim synkiem, któremu tak bardzo pragnęli zapewnić bezpieczeństwo… nawet kosztem rozstania. Ten dramat rodzinny również wpłynął na autora komiksu – niejednokrotnie wspomina lub tylko daje do zrozumienia, że fotografia brata, którego nigdy nie poznał, sprawiała, że czuł się gorszy i zawsze miał wrażenie, że choć żyje, to w sercach rodziców bardziej żywy jest ten, który umarł, mając kilka lat.

Wiele tragedii przeplata się w Mausie, ale – co ważne – zdarzają się również (choć może wydawać się to nie do pomyślenia) humorystyczne akcenty, jeśli nie wywołujące wybuch śmiechu, to takie, podczas których uśmiechniemy się szczerze, choć delikatnie. Również to stanowi o sile i popularności tego wyjątkowego komiksu – jest jak życie – bo jest życiem –  w którym tragedia przeplata się z drobnymi urokami życia. Przewrotne jest również to, że – jak pisałam na początku – choć przyodzianie ludzi w skóry zwierząt można by uznać za tezę o zezwierzęceniu gatunku ludzkiego, to jednocześnie niecodzienna sytuacja, w której kot stoi z karabinem lub świnia bierze pieniądze za czyjeś życie, sprawia, że przez cały czas towarzyszy nam myśl, że zwierzęta nigdy nie zabiłyby dla czystej przyjemności, fanaberii lub kaprysu wynikłego z pokrętnej logiki czy idei. Zwierzęta zabijają, by przeżyć – zabijają dla pożywienia i dla ochrony młodych. Może więc – paradoksalnie – ubierając ludzi w postać różnych gatunków zwierząt, Spiegelman chciał dać naszemu gatunkowi szansę, bo zgubiło nas właśnie myślenie – złe myślenie i podział ludzi na lepszych i gorszych, na tych, którzy mogą żyć i tych, którzy na to rzekomo nie zasługują.

Maus. Opowieść ocalałego to niezwykła lektura, którą powinien przeczytać każdy – bez wyjątku. Choć na pozór uboga poprzez mało kunsztowne rysunki i ograniczenie się do czerni i bieli, jest przebogata w treść i emocje, jakimi karmi czytelnika. Pozostaje w pamięci długo i zaryzykuję stwierdzenie, że może pozostać na zawsze. Prostota rysunków i symbolika zwierzęcych postaci (chowających się po kątach, przerażonych myszy) potęguje emoje i dodaje komiksowi głębi. Ta opowieść, opowieść o Holocauście, przecież nie mówiąca o niczym, czego byśmy już gdzieś nie przeczytali, nabiera nowego znaczenia i wymiaru. Wymazując z niej ludzki wygląd, Art Spiegelman sprawił, że stała się prawdziwsza, bardziej dosadna i jeszcze bardziej przerażająca. W podsumowaniu nie można pominąć także tego, jak pięknie – jednocześnie prosto i z klasą – został ten komiks wydany przez Wydawnictwo Komiksowe. A przecież tak łatwo można było oprawę graficzną uczynić infantylną, a nawet ocierająca się o parodię. Myszy na okładce komiksu, za którymi w  tle czai się swastyka? Czy to może w ogóle wyglądać poważnie? Może i wygląda – wygląda od samego początku przerażająco i chwyta za gardło i serce. Grzechem byłoby nie wspomnieć także o tłumaczeniu – a to nie należało, jak się domyślam, do łatwych zadań. Choć bowiem Władek Szpiegelman nauczył się mówić po angielsku – nie pozbył się typowego przekręcania słów i stylistycznych błędów w zdaniach, typowych dla obcokrajowców. Tłumacz, Piotr Bikont, miał dylemat, jak ugryźć ów problem, bo przecież, jak sam przyznaje, główny bohater językiem polskim posługiwał się doskonale, a jednak trzeba było w przekładzie zachować jakoś tę nieporadność, jaka wkradła się, kiedy Władek posługiwał się angielskim. Bikontowi należą się brawa za to, jak podszedł do tematu, bo czytelnicy w efekcie otrzymali postać, która z synem rozmawia po angielsku, a my – choć czytamy ich dialogi po polsku – zdajemy sobie sprawę, że błędy, które popełnia mężczyzna, lokują się na płaszczyźnie języka obcego, nie naszego.

Mausa trzeba przeczytać – choć nie jest lekturą łatwą, jak każda publikacja podejmująca ów temat. Ale są to problemy, z którymi trzeba się zmierzyć. Opowieść Władka Szpiegelmana i opowieść jego syna, którego wojna i Holocaust również naznaczyły w jakiś sposób, choć urodził się już po tych wydarzeniach, to dramat, którzy czytamy z zapartym tchem, mimo iż wiemy, jak się skończy. Jednak wszystko, przez co przeszedł mężczyzna, jest tak niewiarygodne dla nas, ludzi siedzących w wygodnych fotelach w ciepłych domach, że momentami można odnieść wrażenie, że to fikcja, że przecież ludzie nie mogą być aż tak źli. Ale jednak mogą. Przebrani w futerko myszy, przyozdobieni w wąsy kota, zaróżowieni od świńskiej skóry – nie potrzebowali żadnego z tych elementów, by dowieść swojego zezwierzęcenia. Dokładnie tego, które przyjęło się u nas rozumieć jako brak jakichkolwiek zasad moralnych i uczuć. Choć tak naprawdę w wielu sytuacjach moglibyśmy się uczyć od zwierząt.

Fot.: Wydawnictwo Komiksowe

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *