Zgryźliwy nowojorczyk – Howard Sounes – „Lou Reed. Zapiski z podziemia” [recenzja]

lou reed

Dawno nie czytałem tak przygnębiającej biografii. Takie odczucia towarzyszą mi po lekturze Lou Reed. Zapiski z podziemia autorstwa Howarda Sounesa nie dlatego, że jest to zła pozycja. Powód jest zgoła odmienny – Lou Reed to chyba najbardziej antypatyczna postać z całego rockowego panteonu.

Dość powiedzieć, że Sounes lubi przytaczać negatywne opowieści przyjaciół i znajomych Reeda o nim samym. „Fiut”, to chyba ulubione wspomnienie o Reedzie. Tak, nie przewidziało Wam się, Drodzy Czytelnicy. Lou Reed nie był lubiany, miał sporo wrogów, sam ich tak naprawdę sobie tworzył, był niezwykle trudny we współpracy – zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i prywatnej. Mam wrażenie, że on nawet nie lubił swoich fanów. Muzyków i menedżerów zmieniał jak rękawiczki; wydaje się, że spokój w życiu osiągnął dopiero wtedy, gdy poznał Laurie Anderson w latach dziewięćdziesiątych. A Reed aktywny był na scenie od połowy lat sześćdziesiątych, gdy wspólnie z Johnem Calem przy błogosławieństwu Andy’ego Warhola założył słynny The Velvet Underground, który nie został doceniony przez im współczesnych, lecz dopiero następne pokolenia poznały się na niewątpliwym geniuszu tej formacji, która była inspiracją dla mnóstwa alternatywnych kapel, głównie ze Starego Kontynentu.

Całe szczęście, że Sounes dużą część narracji poświęcił na czasy The Velvet Undeground, inaczej ktoś nie znający twórczości Reeda uznałby, że jest on kiepskim artystą, ale nie wyprzedzajmy faktów. Wspólnie z autorem przenosimy się w czasy artystycznego oraz rockowego boomu drugiej połowy lat sześćdziesiątych. Czytelnik ma okazję posmakować nowojorskiej bohemy, pełnej odświeżających pomysłów, niecodziennych artystów i niespotykanego wybuchu talentu. Taki się ten światek wydaje dzisiaj, jednak za sukcesami artystycznymi Velvetów niekoniecznie szły sukcesy komercyjne. Z czasem Lou miał dosyć, czuł, że może osiągnąć więcej jako artysta solowy, a potencjał miał, co potwierdzała każda płyta The Velve Undeground z jego udziałem – był charyzmatycznym liderem, pomimo braków wokalnych i co gorsza – kompozycyjnych, co Cale przykrył swoim aranżacyjnym zmysłem w nagraniach Velvetów, to w piosenkach Reeda z czasów solowych dobitnie raziło.

Sounes, pomimo że lubi i ceni Reeda, to zdecydowanie nie napisał tej biografii z pozycji klęczącej. Autor dosyć brutalnie ocenia solową twórczość Reeda. Nawet ja, zaledwie umiarkowany fan artysty, byłem zszokowanym ostrymi opiniami na ten temat. Sukces Transformera z 1972 roku? Owszem, Sounes nie mówi, że było inaczej, lecz szczerze stwierdza, że gdyby nie osoba producenta, czyli Davida Bowiego, mogło być znacznie gorzej. Artystyczne walory rok późniejszego Berlina? Autor wypomina, że Reed przechodził trochę obok nagrywania tej płyty, a ostateczny jej kształt to zasługa Boba Ezrina, producenta. Sounes nie ukrywa, że im dalej w las, tym gorzej – nie szczędząc płyt, jak The Bells, Street Hassle czy Growing Up In Public. Tak naprawdę hołd dla Andy’ego Warhola nagrany z Johnem Calem, czyli Songs for Drella z 1990 roku i o rok wcześniejszy New York, to według Sounesa, powrót Reeda do jakiejkolwiek, przyzwoitej formy kompozytorskiej. Czytelnicy biografii rockowych z pewnością będą zaskoczeni tym, że to ani trochę nie jest reklama katalogu dorobku Reeda, tylko ostra, często bezpardonowa krytyka. Z drugiej strony Reed sam sobie jest winny, artysta od lat pogardzał dziennikarzami, a ci z nawiązką mu się odpłacają, nawet po śmierci. Niewątpliwie zaletą w tym przypadku jest fakt, że Sounes nigdy nie miał okazji rozmawiać bezpośrednio z Reedem, pozwoliło to autorowi zachować niezbędny obiektywizm i dystans do kariery oraz twórczości Reeda.

Lou Reed. Zapiski z podziemia to pesymistyczna i ponura opowieść. To nie pełna przygód i śmiesznych anegdotek historia rockmana, tylko brutalna opowieść o przetrwaniu w świecie, który dla Reeda był trudny do zaakceptowania, a z każdą porażką artystyczną i komercyjną, muzyk stawał się dla najbliższych i otoczenia coraz bardziej zgryźliwy, nieufny, zaczął być outsiderem. Z czasem to przyniosło mu efekt, przestał płynąć z nurtem, co mu kiepsko wychodziło, wrócił wraz z płytami Songs for Drella i New York do swojego niepowtarzalnego stylu oraz brzmienia i nagle okazało się, wraz z renesansem popularności The Velvet Underground, że Reed jest ważną i inspirującą postacią dla rockowego światka. Niewątpliwie to oraz znalezienie miłości życia, czyli Laurie Anderson, pozwoliło mu odnaleźć spokój, swoje miejsce na ziemi i w rockowym panteonie, co zaowocowało miejscem w Rock & Roll Fame (najpierw z Velvetami, solowo dopiero po śmierci znalazł tam swoje miejsce) oraz współpracą z wielkimi tego świata, jak Metallica, co zresztą okazało się kompletną katastrofą – artystyczną i komercyjną.

Sounes rzetelnie przygotował materiał źródłowy, pomimo faktu że nie porozmawiał ani przez chwilę z Reedem czy nawet Laurie Anderson. Natomiast przeprowadził ponad setkę rozmów ze świadkami i towarzyszami życia artysty, wliczając w to nawet jego kochanki. Niech nie zdziwią więc czytelnika pikantne opowieści oraz anegdoty, szczególnie że Reed do końca życia nie określił swojej seksualności. Niezwykle ważne, że Sounes dokładnie zbadał okres dzieciństwa i dorastania Reeda, który delikatnie mówiąc, nie był najszczęśliwszy, naznaczony kłopotami z własną orientacją seksualną oraz problemami psychicznymi, leczonymi za pomocą elektrowstrząsów. Niewątpliwie ten czas wpłynął poważnie na całe późniejsze życie Reeda i jego twórczość; czytając Zapiski z podziemia, odniosłem wrażenie, że to jest klucz do całej postaci artysty i do jego twórczości.

Brutalna, szczera, bezkompromisowa – te trzy słowa najlepiej podsumowują biografię Lou Reed. Zapiski z podziemia. Niewątpliwie jest to pozycja wybijająca się pośród dziesiątek rockowych biografii – rzetelnością, obiektywnością i momentami wręcz przesadną krytyką wobec bohatera opowieści. Sounes mógł sobie pozwolić na taki komfort pracy, dlatego stworzył biografię praktycznie pozbawioną wad, fascynującą i wciągającą aż do ostatniej strony. Ta książka pięknie koresponduje z samą postacią Reeda, który choć pozornie wydaje się nie do końca miłym człowiekiem, to mimo wszystko jego twórczość i dorobek przyciągają do siebie kolejne pokolenia.

Fot.: Wydawnictwo Kosmos Kosmos

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Gustuje w każdym gatunku oprócz rapu, jednak im większy gitarowy hałas, tym lepiej. Z każdą kolejną recenzją coraz bardziej złośliwy, krytyczny i cyniczny. Jeśli boisz się krytyki albo jej nie lubisz – odpuść sobie.

W sprawie kontaktu proszę pisać na: redakcja@gloskultury.pl lub pozar.j@gmail.com. Zachęcam do kontaktu szczególnie młode, debiutujące zespoły, kontaktujcie się z nami i podsyłajcie mp3 – z pewnością napiszę parę słów o Was!

2 komentarze

  1. Łukasz napisał(a):

    Miałem podobne do opisywanego przez autora recenzji uczucie przygnębienia po lekturze świetnie napisanej biografii Lou. Jedna istotna uwaga. Początkowo sądziłem, że to omyłka drukarska, ale po tym jak recenzent kilkakrotnie wymienia w kontekście Lou nazwisko J.J. Cala zwątpiłem. Otóż John Cale i J.J. Cale , to dwie różne osoby, dwaj różni muzycy, z różnych muzycznych światów. Lou współpracował oczywiście z Johnem Calem i była to współpraca burzliwa, ale jakże owocna!

    • Jakub Pożarowszczyk napisał(a):

      Mój błąd, który nie jest niczym wytłumaczalny. Nie mam nic na swoją obronę. Oczywiście pisząc recenzję, miałem cały czas na myśli Johna Cale’a. Poprawione. Dziękuje bardzo za czujność :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *