Psychopata na wygnaniu – Anonim – „Diabelski cmentarz” [recenzja]

Anonimowy autor, którego powieści cieszą się na całym świecie sporą popularnością, powrócił na polski rynek wydawniczy. Choć po lekturze Oka księżyca, czyli drugiej części serii z udziałem Bourbon Kida, wydawało się, że wszystko w tej historii zostało już opowiedziane – niespodzianka. Diabelski cmentarz to kolejna odsłona przygód najbardziej bezwzględnego seryjnego mordercy, jakiego widziała planeta Ziemia! Dzięki niezbyt wyszukanemu, ale skutecznemu zabiegowi, jakim było cofnięcie historii Kida o kilka lat, Anonim po raz kolejny przenosi nas w swój pokręcony świat. Tym razem opuszczamy zamieszkałą przez wampiry i wilkołaki Santa Mondegę, nawet na chwilę nie zatrzymujemy się w prawdopodobnie najbardziej obskurnym barze w historii literatury – Tapioce; w porównaniu do poprzednich części cyklu mniej jest też brutalnych morderstw i łaciny rodem z rynsztoku, mniej jest nawet samego głównego bohatera. Czy zmiany te odbiły się korzystnie na odbiorze Diabelskiego cmentarza? Z przykrością muszę stwierdzić, że niestety nie, jednak nadal jest to kawałek przyjemnego, lekkiego i niewymagającego czytadła. [RECENZJĘ JAK I SAMĄ POWIEŚĆ MOŻNA CZYTAĆ BEZ ZNAJOMOŚCI POPRZEDNICH CZĘŚCI]

Nawet po zakończeniu lektury nie jestem pewien, czy tytułowy Diabelski cmentarz to nazwa samego cmentarza, czy też całego obszaru, na którym znajduje się Hotel Pasadena. Tak czy inaczej, to właśnie w tym hotelu co rok odbywa się ogólnokrajowy konkurs wokalny: Powrót z martwych. Rzecz jasna wszystko – jak w każdym utworze Anonima – ma miejsce w Halloweenową noc. Do ogromnego, luksusowego kompleksu zjeżdżają amatorzy… wykonywania utworów nieżyjących już artystów; znajdziemy więc między innymi naśladowców Freddiego Mercury’ego, Jamesa Browna, Janis Joplin, Michaela Jacksona, Franka Sinatry i wielu wielu innych. Całe tłumy wierzących w swój talent wokalistów przybywają do Pasadeny, gdyż nagroda jest całkiem kusząca – kontrakt na roczne występy w hotelu oraz milion dolarów gotówką. Całość pod czujnym okiem kamer oceniana jest, jak w większości talent show, przez „wykwalifikowane” jury, w skład którego wchodzi również uwielbiany przez widownię dyrektor hotelu – Nigel Powell. I to właśnie on, jako (wydawałoby się) jedyny wie, że w całym tym przedsięwzięciu kryje się mały haczyk. Otóż zwycięzca nie podpisuje wcale kontraktu na kolejne występy, a wyrok na zaprzedanie duszy samemu diabłu.

Akcja powieści czasowo osadzona jest osiem lat przed wydarzeniami z pierwszej odsłony cyklu, czyli Księgą bez tytułu, dlatego właśnie – nie zdradzając zakończenia Oka księżyca – po raz kolejny spotykamy zakapturzonego psychopatę, który zabija kogo popadnie, Bourbon Kida. Tylko… co on właściwie miałby robić na takim konkursie? Ano właśnie… okazuje się bowiem, że cała zabawa jest z góry ukartowana, ponieważ z setek wykonawców pięcioro już wie, że to właśnie oni znajdą się w ścisłym finale, z którego wyłoniony zostanie zwycięzca. Komuś jednak ten pomysł wcale się nie spodobał, dlatego też wynajmuje Kida, by ten zlikwidował wytypowanych do finału wokalistów. Jako że bezwzględnemu mordercy wszystko jedno, kogo zabija, bez mrugnięcia okiem przyjmuje zlecenie i właśnie wtedy sprawy zaczynają się komplikować.

Zacznijmy od zalet trzeciej odsłony serii, których – niestety – mniej jest niż wad. Na plus, z całą pewnością, można zaliczyć kreacje drugoplanowych postaci, co jest już chyba znakiem firmowym Anonima. Na uznanie zasługują w zasadzie wszyscy – od demonicznego Powella, przez dwójkę występujących naśladowców, Jacko (jako Blues Brother) oraz Emily (jako Judy Garland), aż po kolejną z jurorek Candy Perez, której, cytując: cycki są tak ściśnięte, że zaraz wyskoczą. Po raz kolejny autor bawi się formą, nawiązuje do popkultury i serwuje masę niewybrednych żartów, co stanowiło o sukcesie dwóch poprzednich powieści. Jako ostatni z plusów wymienię… Sancheza, czyli rubasznego barmana z Tapioki, który dzięki wygranemu na loterii biletowi, także przybywa do Pasadeny i trzeba przyznać, że bez niego powieść ta znacznie straciłaby na wartości, gdyż obok Bourbon Kida jest on najważniejszą i najzabawniejszą postacią cyklu. No i to by było na tyle w kwestii zalet, przejdźmy więc do tego, co zaniża ocenę Diabelskiego cmentarza.

Wydawać by się mogło, że przeniesienie akcji poza Santa Mondegę, gdzie już dwa razy spotykaliśmy się w zasadzie z tymi samymi bohaterami – a Oko księżyca, było niemal kalką Księgi bez tytułu – będzie dobrym pomysłem. Anonim wyciągnął z zapyziałej mieściny dwóch najciekawszych bohaterów i umieścił ich w zupełnie nowym otoczeniu; wszystko to może i by się udało, gdyby nie fakt, że zabrakło autorowi przysłowiowych jaj, a także konsekwencji. Dwie poprzednie powieści zyskały popularność dzięki świetnemu, luźnemu stylowi, całej masie umiejętnie wpasowanych wulgaryzmów oraz szaleństwie Bourbon Kida, który gdzie by nie wszedł, zostawiał za sobą krwawy ślad i bebechy spływające po ścianie. Ponadto mieliśmy do czynienia z zaskakującymi zwrotami akcji i tabunami przeróżnych kreatur, które – mimo powtarzalności – nadal przykuwały uwagę. Pomijając luźny styl, który nadal towarzyszy Anonimowi, zabrakło wszystkich innych wymienionych cech. Morderstwa? Są, jednak w znacznie mniejszej ilości oraz zdecydowanie mniej brutalne. Ostry język? Nadal jest go więcej niż w każdej innej powieści, jednak to już nie to, co w Księdze czy Oku. Zwroty akcji? W zasadzie jest jeden i to nie taki, przy którym czytelnik mówi sam do siebie: „wow”. Potwory rodem z horroru klasy B? Nie ma tu nic poza zombie, których sceny zajmują zresztą może ze 20 stron. Najważniejszy – Bourbon Kid? Jest i choć nadal to ten sam zimny sukinsyn, to i jego jest tu mniej, a co gorsza – pokazuje się z tej lepszej, bardziej empatycznej strony, co niestety nie było dobrym posunięciem ze strony anonimowego autora. W tym momencie, mógłbym zakończyć wymienianie ujemnych stron lektury i w zasadzie tak będzie, jest jednak jeszcze jedna kwestia o której nie da się nie wspomnieć, tyle tylko że nie tyczy się ona pracy autora ani powieści samej w sobie, chodzi mianowicie o nasze rodzime wydanie Diabelskiego cmentarza. Normalnie może przymykam na takie rzeczy oko, jednak to co zaprezentowało tutaj wydawnictwo Yumeka, woła o pomstę do nieba! Nie wiem, czy to tylko wina Pani, która przekładała książkę, bo ktoś chyba – tak mi się wydaje – powinien to zredagować zanim wyśle do drukarni, i jeśli ta osoba istnieje i wzięła za tę robotę pieniądze, to mam tylko jedną prośbę – człowieku, miej honor i oddaj zarobioną kasę na cele charytatywne! Tylu błędów, ile znajduje się w tej jednej książce, nie przeczytałem we wszystkich innych powieściach do tej pory (razem wziętych)!! Początkowo, po jednym czy dwóch tylko się uśmiechnąłem, myśląc, że to przypadek, jednak… Może inaczej; pozwolę przytoczyć sobie kilka cytatów z jednego (liczącego około dziesięciu stron) rozdziału: „Emily podbiegła, wskoczyła do meble”, „Miał dobrze ponad metr osiemdziesiąt i wygoloną głową”, „Na pewno miał zamiaru dawać jej zatrutego pączka”, „Zabił ich inny facet, Bourbon Kida”. Tak, tak, autentycznie przepisałem to z książki, później już szkoda mi było czasu na zaznaczanie fragmentów, bo nie wiem, czy starczyłoby mi tuszu w długopisie na zakreślanie kwiatków typu „możb” (zamiast może) czy „prz erwa” (heh, to ostatnie było nawet ciut zabawne). Ja rozumiem, że wydawnictwo, które podjęło się wypuszczenia na rynek tej powieści, jest wydawnictwem młodym i mogą zdarzyć się wpadki, ale to z czym miałem do czynienia podczas tej lektury, można nazwać tylko masakrą albo kpiną z czytelnika.

Podsumowując, Diabelski cmentarz jest z pewnością najsłabszą częścią przygód psychopaty w kapturze, bo choć po raz kolejny udało się Anonimowi stworzyć ciekawe postaci i po raz kolejny na pełnej swobodzie opowiedział odrealnioną historyjkę w specyficznym dla siebie wulgarnym i zabawnym stylu, to zabrakło jednak „tego czegoś”, tej pary, tych jaj, tego pier… no już nie dokończę, ale słowo to rymuje się z „przegięcia”. Generalnie, nie jest to zła książka, czyta się płynnie, a Ci, którym dwie poprzednie części się podobały, i tutaj znajdą coś dla siebie, jednak mimo wszystko widać obniżenie lotów. Nie znaczy to jednak, że nie sięgnę po kolejną (nie wydaną jeszcze w Polsce) czwartą powieść The Book Of Death, wręcz przeciwnie, zrobię to z wielką przyjemnością, jednak dobrze by było, gdyby tym razem ktoś przeczytał ją, zanim ukaże się ona w księgarniach.

Fot.: Wydawnictwo Yumeka

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.