Nienawiść do czytelnika i pseudointelektualny bełkot – Karolina Korwin-Piotrowska – „Krótka książka o miłości” [recenzja]

Jak zarobić, ale się nie narobić? Trzeba wydać dwie dobre, a nawet bardzo dobre książki, potem napisać totalnego gniota i sprzedać go, wmawiając ludziom, że jest coś warty. Tak właśnie postąpiła Karolina Korwin-Piotrowska, a jej Krótka książka o miłości to najgorsza rzecz, jaką miałam nieprzyjemność czytać od bardzo dawna. Nie mam zwyczaju stawiać takich tez, jeśli nie jestem ich całkowicie pewna i naprawdę nie pamiętam, kiedy całym sercem odradzałam czytanie książki. W tym wypadku jest inaczej, bo wystarczy, że ja się męczyłam, reszta świata nie musi. No chyba że ktoś właśnie odkrył w sobie pokłady masochizmu, ogromne pokłady.

Autorka rozpoczyna stwierdzeniem, że jej publikacja ma w założeniu dotrzeć do zwykłego odbiorcy. Chce przypomnieć mu filmy jej zdaniem warte odświeżenia albo zachęcić do tego, by zobaczył je po raz pierwszy. Niby wszystko zaczyna się wspaniale, ma być miło i sympatycznie, ale niestety początkowe deklaracje nijak się mają do treści.

Karolina Korwin-Piotrowska wielokrotnie obraża czytelnika wprost, a jeśli tego nie robi, to niektóre jej stwierdzenia są tak żałośnie głupie i pozbawione sensu, że można zacząć wątpić w to, czy publikacja na pewno ma trafić do myślącego odbiorcy. Chyba nie. Dowiemy się z tej książki na przykład tego, że depresję leczy się oglądaniem Amelii.

I mogę powtórzyć za moim znajomym psychologiem, który powiedział mi, że poleca Amelię jako obowiązkowy film wielu swoim pacjentom. I on działa. Wyciąga ich z mroków depresji, daje nadzieję na to, że świat jednak nie jest taki beznadziejny, przynosi w końcu uśmiech.

Rozumiem, że to może miało być zabawne, ale jak traktować poważnie autorkę, kiedy opowiada takie bzdury. Depresja to poważna choroba, którą się leczy (zazwyczaj czymś bardziej inwazyjnym niż komedyjka romantyczna). W kraju, w którym wciąż nie potrafimy mówić o depresji i mylnie utożsamiamy ją z gorszym samopoczuciem, pisanie czegoś takiego jest żałosne. Zwłaszcza, że autorka wielokrotnie wyśmiewała się z celebrytek opowiadających głupoty z mądrą miną, podczas gdy sama robi dokładnie to samo. Z tym że u niej to jest jeszcze gorsze, bo po dziewczynce stojącej na ściankach za wiele się nie spodziewam, a po dziennikarce jednak tak. Tylko że to niestety nie jest największa wpadka tej książki, bo im dalej, tym gorzej.

Co się wydarzyło w Madison County, pięknie zagrana przez Meryl Streep i Clinta Eastwooda historia miłości dwojga ludzi, która została podsumowana jako historia o miłości dwojga „starszych państwa”. Meryl Streep miała wtedy 45 lat, Karolina Korwin-Piotrowska w tej chwili ma dokładnie tyle samo (choć kobietom się oczywiście nie wypomina wieku). Nie wiem, czy chciałaby być nazywana starszą panią, ale w sumie na to wychodzi. Teraz powinnam być milsza, bo z zasady ludziom starszym należy się szacunek, ale nie czuję się zobowiązana, jeśli ktoś na każdym kroku nazywa mnie skretyniałą idiotką.

Powiem szczerze [O Imieniu róży]: nie wiem, czy dzisiaj film ten byłby aż takim hitem jak w latach osiemdziesiątych. Kino, a wraz z nim odbiorcy, zgłupieli chyba za bardzo, ale obym się myliła.
Tak, zgłupieliśmy doszczętnie. Tak bardzo, że po śmierci Umberto Eco (moim zdaniem jednego z najwybitniejszych pisarzy i teoretyków literatury w historii) młodzi ludzie masowo organizowali pożegnania z wielkim twórcą. Czytaliśmy jego teksty, analizowaliśmy eseje, teksty krytyczne, przezabawne felietony czy powieści. Kino współczesne jest tak bardzo głupie i bezwartościowe, że autorka tej jakże przewspaniałej i wartościowej pozycji na 89 opisanych filmów, wybrała 30 powstałych w latach 2000-2015. To dopiero świadczy o skretynieniu współczesnego kina, prawda? Dla porównania dodam, że z lat 50. jest jeden, z 60. 6, z 70. 24 (sporo, ale i tak mniej niż produkcji najnowszych), z 80. 16, a z 90. 11. Konsekwencja kluczem do wszystkiego.

Oto doskonałe kino rozrywkowe nowych czasów, w opozycji do wszechobecnych wówczas historii o superbohaterach, herosach i kosmitach.

[O Małej Miss] Moim zdaniem to jeden z najlepszych filmów nakręconych w dwudziestym pierwszym wieku i dowód na to, że sens mają wyłącznie filmy o ludziach, a nie mutantach, superbohaterach czy kosmitach.
Znajdziemy masę stwierdzeń sugerujących, że teraz kino zalewają beznadziejne opowieści z gatunku fantasy i sf, które poza efektami specjalnymi nie dają widzowi nic więcej. W porządku, bo każdy ma w końcu prawo do własnego zdania, chociaż powtarzanie go tyle razy sprawia, że zaczynam myśleć, że chodzi raczej o jakieś kompleksy. Do tego w sumie też ma prawo, tylko jak ktoś z takimi opiniami może zacząć swoją publikację od opisu Gwiezdnych wojen. Trzeba przyznać, że ostatnio Gwiezdne wojny są na topie i na pewno dobrze się sprzedają, więc co tam poglądy, hajs się musi zgadzać. Kasa, Misiu, kasa.

[O Pulp Fiction] Pulp Fiction znać trzeba (…) Inaczej jest się po prostu analfabetą. Tak uważam.

[O Szpiegu] Dla niektórych to może być zbyt inteligentne kino.

[O Ojcu chrzestnym] Powiem więcej, nieznajomość tego filmu to dowód na posunięty analfabetyzm i nieuleczalną głupotę. Niestety, będę tu niemiła, ale dość mam radosnych idiotek, które nie wiedzą, o co chodzi z obciętą głową konia pod kołderką albo propozycją nie do odrzucenia. Uważam, że to pozycja obowiązkowa na liście każdego, kto mieni się homo sapiens. Człowiekiem inteligentnym, myślącym.

Po pierwsze mówienie komuś, że jest analfabetą, bo nie widział jakiegoś filmu, jest bardzo miłe i na pewno świadczy o pozytywnym stosunku do czytelnika. Co więcej od razu zachęca do oglądania, bo polecam ci film, ale w zasadzie jeśli go jeszcze nie widziałaś, jesteś analfabetką i idiotką. Miłego oglądania. Jako że czytelnik jest kretynem, co jasno zaznacza autorka, wyjaśnia mu, co oznacza użyte przez nią określenie homo sapiens, bo biedny sam na pewno tego nie wie i trzeba mu pomóc, jak miło.

[O Pianistce] Uprzedzam, to nie jest film dla radosnych panienek, których świat się kończy, gdy złamią paznokieć albo nie wytropią w sklepie wymarzonych butów, ewentualnie nie zdążą wyćwiczyć sobie kaloryfera na czas bikini.

Nie za bardzo rozumiem, dlaczego nie mogę rano ćwiczyć kaloryfera na czas bikini, po południu spiłować i pomalować paznokci, a wieczorem obejrzeć filmu Michaela Hanekego. Nie mogę, bo przecież jestem za głupia i na pewno przy każdym pociągnięciu lakieru moje IQ jeszcze bardziej spada. Gdyby napisał to mężczyzna, zostałby oskarżony o szowinizm i seksizm, bo mówienie o tym, że kobieta ładna i zadbana to tępa idiotka nie świadczy o równouprawnieniu. Napisała to jednak kobieta, o której przed lekturą tej książki miałam jak najlepsze zdanie, a teraz ręce, nogi, nawet cycki opadają.

[O bohaterce Tajne przez poufne] Powiedzmy szczerze, ona też jest kretynką. Do tego megagłupią, bo sam pomysł z ambasadą Rosji wydaje się kontrowersyjny.

Jak to dobrze, że można być kretynką, ale nie megagłupią. Jeśli jest się jednak megagłupią, to już chyba nie ma nadziei. Dobrze, że nie tylko czytelniczki tej książki to idiotki.

Książka w co najmniej połowie składa się z opisów fabuł i męczących spoilerów, zniechęcających do obejrzenia kolejnych niby polecanych produkcji. Najciekawsze jest jednak to, że autorka na jednej stronie zdradza istotne elementy fabuły, żeby na następnej zapewnić, że nie pisze, o czym film jest, bo można przeczytać o tym w Internecie. Aha.

Językowo też nie jest lepiej, bo chwilami można odnieść wrażenie, że język polski jest szalenie ubogi i nie ma określeń pozwalających wyrazić emocje. Dlatego wszystko musi być „cholerne” lub „cholernie jakieś”, ewentualnie dobre „wręcz wspaniałe”, świetne „wręcz wybitne”. Nagromadzenie składniowych spowalniaczy w rodzaju „bowiem”, „czyli” i „wręcz” męczy oraz sprawia, że odnoszę wrażenie, jakby ktoś kazał tę książkę na siłę wydłużyć. Takie wtręty stosują zwykle copywriterzy, kiedy brakuje im liczby znaków do wymaganego minimum.

Powiedzieć o tym, że akcja filmu jest dynamiczna to eufemizm, ona pędzi na łeb na szyję…
(…) określenie „wbija w fotel” jest eufemizmem.

Słownik wyrazów obcych PWN definiuje eufemizm jako słowo lub zwrot użyte zastępczo w intencji złagodzenia wyrażenia drastycznego, dosadnego lub nieprzyzwoitego. Czy akcja pędząca na łeb na szyję jest stwierdzeniem nieprzyzwoitym i trzeba je zastąpić eufemizmem? No chyba nie. Tak to jest, kiedy ludzie chcą wyjść na mądrzejszych (a autorka stawiająca się na piedestale i mówiąca do czytelnika z pogardą, siłą rzeczy musi to robić) i używają słów, których znaczenia do końca nie znają. Na przyszłość polecam słownik, wbrew pozorom korzystanie ze słowników nie boli.

(…) po zrobieniu kilku niezbyt udanych filmów pod rząd i rozwodzie z Madonną (…)
„Z rzędu”, nie „pod rząd”. Naprawdę polecam słownik.
przysłowiowe wejście smoka, tyle co przysłowiowy kot napłakał
Czy coś jest z przysłowia, czy też nie, trzeba dodać „przysłowiowy”. Poprawność językowa? A co to?

Żyjemy w czasach, kiedy hasło „rozwój osobisty”, „sukces” i „konsumpcja” to hasła, które słyszymy niemal codziennie.

Czy ktoś to w ogóle przeczytał przed wydaniem? Oficjalnie aż trzy osoby odpowiadały za korektę, ale albo za słabo im się płaci, albo nie dotrwały do tego momentu. Biorąc pod uwagę stek bzdur i pseudointelektualny bełkot, wylewający się z każdej strony, jakoś nie zdziwi mnie druga opcja.

Był to pierwszy w historii amerykańskiej telewizji film niedozwolony dla widzów poniżej osiemnastego roku życia i mimo ostrych zabiegów cenzorskich wyświetlany był w późnych godzinach nocnych.

Bardzo często dziennikarka stosuje też stronę bierną, jakby naczytała się za dużo angielskich tekstów i nie potrafiła pisać inaczej, jak tylko stosując natrętne kalki. W języku angielskim strona bierna występuje bardzo często, a bez niej w zasadzie nie ma publikacji naukowych. Z tym że polski to nie angielski, a strona bierna w naszym języku brzmi koślawo i nieporadnie, jak cała ta książka.

[O Matthew McConaughey’u] Na szczęście pojawiła się świetna rola w Wilku z Wall Street a potem w Witaj w klubie (…)

Wilk z Wall Street jest z 2014 roku, a Witaj w klubie z 2013, więc coś tu chyba nie gra. Tylko czy kogoś obchodzi dbałość o fakty i merytoryczną treść tej książki? W końcu szacunek dla czytelnika jest tak samo ważny jak poprawność gramatyczna, prawda?

Książka nie broni się ani merytorycznie, ani językowo. Nie mam pojęcia, po co autorka wspominała o zachwycie jednej ze swoich studentek filmem, skoro jej uczennica dla nikogo nie będzie autorytetem. Chyba że chodziło po prostu o pochwalenie się faktem prowadzenia zajęć ze studentami. Też prowadzę zajęcia ze studentami i… co z tego?

Całości nie ratuje także strona edytorska, ponieważ brakuje oryginalnych tytułów filmów, a obsada podana jest wyjątkowo niedbale według niezrozumiałego klucza albo raczej autorskiego widzimisię. Jest za to masa kompletnie niepotrzebnych zdjęć Karoliny Korwin-Piotrowskiej i jej pieska. Piszesz bzdury, nie przejmuj się, dodaj zdjęcia pieska, pieski są słodkie. A to w końcu nie jest książka o filmach tylko o weterynarii.

Krótka książka o miłości to ciągnące się przez setki stron, ogromne czytelnicze rozczarowanie. Karolina Korwin-Piotrowska już zapowiedziała wydanie kolejnego tomu, poświęconego tym razem polskim filmom. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że dla odmiany się przyłoży i przygotuje, bo teraz albo uznała, że nie musi się wysilać, albo nie potrafi pisać o filmie. Wolę wierzyć w pierwszą wersję i liczę na to, że dziennikarka odbije się od dna po tej wpadce. Szczerze jej tego życzę, a kolejną książkę czytelnicy powinni dostać za darmo. Nie dlatego, żeby zatrzeć złe wrażenie, bo niesmak pozostanie, lecz żeby umożliwić autorce zrehabilitowanie się po tym gniocie, bo nie wiem, czy inaczej dostanie taką szansę.

[buybox-widget category=”book” ean=”9788380691391″]

Fot.: Prószyński i S-ka

Write a Review

Opublikowane przez

Marta Nowak

Doktorantka na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Pilnie śledzi wszystkie zmiany zachodzące w sferze literatury i kultury. Książkoholiczka, która ma słabość do dobrej literatury dla dzieci, a od czasu do czasu zajmuje się analizowaniem przekładu literackiego. Uważnie śledzi rozwój polskiej kultury.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.