pięć smaków

19. Festiwal Pięć Smaków – relacja z festiwalu online cz. 2

19 listopada zakończyła się dziewiętnasta odsłona Festiwalu Pięć Smaków. Aż do końca listopada jest jednak możliwość oglądania filmów na platformie VOD festiwalu. Pierwszą część naszej relacji można przeczytać po kliknięciu w to miejsce, a poniżej przedstawiamy recenzje wybranych, szczególnie interesujących pozycji. 

Jak co roku za najlepszy film w sekcji Nowego Kina Azji przyznawana jest nagroda główna. O jej przyznaniu decyduje międzynarodowe People’s Jury, złożone z dziewięciu osób. Tegorocznym zwycięzcą została filipińska produkcja Na robocie w reżyserii Dominika Bakaerta. Wyróżnienie zdobyła malezyjska Pawana nad kołyską. 

“Na robocie” (r. Dominic Bakaert, Filipiny, 2024)

Na robocie to produkcja stosunkowo lekka, przez którą gorycz przenika stopniowo, niebezpośrednio, pomiędzy wierszami. Formalnie jest to produkcja niezwykle interesująca i efektowna. Kino drogi miesza się tu z filmem neo-noir i komentarzem społecznym, tożsamościowym. Główna postać Moroya, skromnego i podrzędnego pracownika i szofera wyrusza po… koszulkę z Mona Lisą dla swojego szefa, po drodze dowiadując się wiele o świecie i stopniowo odkrywając jego gorycz.

Zdecydowanie może się tu podobać teledyskowa kinematografia oraz wybitna ścieżka dźwiękowa. Trudno mi ją porównać precyzyjnie do czegokolwiek, jednak mogłaby występować w grach z serii Need for speed, ale bardziej pomiędzy pościgami i wyścigami, niż w ich trakcie. Produkcji Bakaerta mogę nie docenić w pełni, ze względu na brak jakiejkolwiek wiedzy o Filipinach. Jest tu sporo podtekstów kulturowych i społecznych, jednak dla mnie sporo było to rozmów… o niczym. Trudno było mi z filmu wyciągnąć jakieś wnioski i osobiście preferuję, kiedy podróż ma jednak jakiś cel, chociaż rozumiem taką otwartość tej historii. Czy życie ma jakiś konkretny cel?

Przez sporo zagadkowych dialogów film często wytraca tempo i nie interesuje w pełni, choć ma zaledwie 83 minuty, będąc najkrótszym filmem festiwalu. Mimo, że film wzbudził we mnie mieszane uczucia, podobać się mogą złożeni bohaterowie, wykonanie, klimat i rzadko spotykana gatunkowość. Lepiej by moim zdaniem działał jako krótki metraż, pozostawia niedosyt i wrażenie nie do końca wykorzystanego potencjału. Może jednak wielu widzom spodobać się zdecydowanie bardziej, co też jest dla mnie zrozumiałe. Moim faworytem nadal pozostał tajwański Yen i Ai Lee

Smak: kwaśny

“Pawana nad kołyską” (r. Keat Aun Chong, Malezja, 2024)

Być może najcichszy i najbardziej niebezpośredni swego rodzaju film wojenny, jaki widziałem. Porusza problemy malezyjskich matek i kobiet, które matkami być nie chcą. Reżyser oddaje w pełni głos bohaterkom, obserwuje je z dystansu, paradoksalnie dodając filmowi wydźwięku emocjonalnego. Nie sili się na przesadzoną dramatyczność i moralizatorstwo, a dzięki nieprzychylającej się w jakąkolwiek stronę narracji, tworzy film bardzo ludzki, z odpowiednią wrażliwością, powagą, szacunkiem, pokorą i skromnością.

Pomiędzy kobietami jest specyficzna chemia i solidarność. Są przyjaciółkami mimo tego, że poznały się zaledwie kilka minut. Główna bohaterka w białej bluzce wchodzi tam, gdzie inni ubrani są w kolorowe szaty. Nie jest to bezpośrednie, mocne uderzenie w religię i społeczeństwo – to nie Smarzowski. Więcej jest tu chłodnych obserwacji, zostawiając miejsce dla widza na analizę i własne emocje. Oczywiście choreografia, elementy folkloru, kultury i religii – ładne (który film ładny nie był?!), ale skromne i nie zabierające za dużo przestrzeni.

Być może jest tu odrobinę za mało treści jak na dwie godziny metrażu, może innej perspektywy. Film nieco się wlecze i bywa chwilami toporny, co delikatnie mnie od historii odsuwa. Końcówka zaczyna jest niespodziewanie dynamiczniejsza, ale kontrowersyjne jest tu poświęcenie tajemniczej, niepokojącej aury na rzecz niebezpośredniości. Jest to jednak bardzo solidny dramat z wrażliwością do podchodzenia do traum na wzorowym poziomie.

Smak: gorzki

“Ostatni taniec” (r. Anselm Chan, Hong-kong, 2024)

Ostatni Taniec to najbardziej kasowa produkcja w języku kantońskim prezentowana w sekcji Asian Cinerama, czyli kinowych hitów. Tematem filmu jest branża funeralna, a głównym bohaterem podupadły przedsiębiorca, który w obliczu covidowej klęski sprytnie i nieco przypadkiem przestawia się z organizacji ślubów na organizację pochówków – zgodnie z tradycją i na przekór niej, co powoduje pewne zgrzyty pomiędzy nim, a współwłaścicielem, którym jest taoistyczny mnich. Klient nasz pan.

Bardzo mi się podobało zderzenie dwóch perspektyw – nowoczesnej, nastawionej na zysk i spełnianie życzeń oraz konserwatywnej, podążającej za surowymi zasadami. Zaskoczył mnie bezczelny i wręcz prostacki humor, który jednak ma sens, biorąc pod uwagę jak bardzo ludzki jest to film. Tak, może się zdarzyć, że trup leży w kostnicy przez pół roku i można przy tym zwymiotować. Czarny humor może być kuracją na problemy. Bez nadmiernej estetyzacji i romantyzowania, ale za to z niepokojąco realistycznymi scenami kremacji.

Cieszy mnie to, jak dobrze udało się połączyć konteksty religijne, kulturowe z przyziemnością, wyrozumiałością, jeżeli widz z hong-końskimi tradycjami nie jest zaznajomiony. Dzięki temu film jest zarówno głęboki, jak i strawny w swojej formie. Realizacja – hollywoodzka. Świetna muzyka, wybitne sceny rytuałów, do których realizacji i zrozumienia główny bohater musiał dojrzeć i spokornieć. Aktorsko bywa różnie, scenariusz jest trochę przewidywalny i życzeniowy, a jeden z wątków bardzo się dłuży, jest telenowelowy i przez niego film wytraca tempo. Postać mnicha jest przedstawiana po łebkach, przez dużą część filmu jako ten, który narzeka. Nie jest więc to film doskonały, ale nie ma w nim zdecydowanie miejsca na nudę. Zdecydowanie solidna, godna polecenia produkcja i jedna z kilku moich ulubionych festiwalu.

Smak: umami

“Poniosą nas fale” (r. Lau Kek-Huat, Tajwan, 2025)

Durany: malezyjska opowieść. Mocną ma reprezentację Tajwan na tym festiwalu. Nie obejrzałem jeszcze wszystkich dostępnych filmów z sekcji Focus: Migracje, ale film Malezyjczyka na pewno zasługuje na uwagę. Jest to kolejny film po Pawanie nad kołyską Oazie na chwilę (film z wyróżnieniem w poprzedniej edycji), który porusza problemy tajwańskiej społeczności w muzułmańskiej Malezji. Główny bohater powraca do kraju w celu pochówku swojego ojca i nieoczekiwanie dowiaduje się o tym, że musi być pochowany zgodnie z muzułmańską tradycją na muzułmańskim cmentarzu. Tym samym zaczyna odkrywać rodzinne sekrety, poznaje swoje korzenie i międzypokoleniowe traumy.

Lau Kek-Huat podszedł do filmu w inny, odważny, ale atrakcyjny sposób. Stworzył pewnego rodzaju heist film, ale zamiast pieniędzy, jest trup (skojarzyło mi się to luźno z Ming Hunem Matuszyńskiego). Podszedł do tematu mieszając autentyczny rodzinny dramat, komedię, a nawet thriller. Opowiada o kryjących się problemach z całą gamą emocji – tęsknotą, żałobą, śmiechem przez łzy, stresem. Dodatkowo akcja ma miejsce w aż trzech perspektywach czasowych. Czuć duszę i to, że jest to historia albo osobista, albo bliska reżyserowi. Cieszy niewątpliwie, że da się o trudnych tematach mówić bez nokautowania widza depresyjnością i tragicznością. Z drugiej strony – emocjonalnej subtelności tu zdecydowanie nie ma. Można się w historii chwilowo pogubić i daje wrażenie lekko stronniczej, co jest wliczone w koszty autentyczności i osobistości filmu. Zdjęcia oczywiście piękne, a pióro reżysera lekkie.

Smak: słony

“Czas się ogarnąć” (r. Sun Nam-Koong, Korea Południowa, 2024)

Film z sekcji K-youth. Głównymi bohaterami drugiego filmu koreańskiej reżyserki są podupadłe gwiazdy k-popu. Wyruszając do Jeju w celu zrekonstruowania szkolnej wycieczki i przypomnienia sobie, jak to jest się czuć dobrze tracą bagaż, pieniądze i odkrywają, że nie mają nic – nawet perspektyw na życie po tym, jak ich kariera legła w zgliszczach. Mimo braku znajomości tego gatunku muzyki (ani sympatii do niego) film może obejrzeć każdy. Jest to opowieść z jednej strony uniwersalna, a z drugiej kliszowa. I mimo kliszowości, wzbudziła we mnie dość pozytywne uczucia.

Z bohaterami da się utożsamić. Odczuwam to samo – zagubienie w życiu, niepewność co do przyszłości, wrażenie przemijania, utracenia czegoś, zmęczenie. Ponoć najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie – tutaj przyjaciół faktycznie zbliża do siebie bieda, ale wraz z biedą docierają również do niespełnionych pragnień i dosięgają ich skrywane, niełatwe emocje.

Widziałem wiele razy film tego typu, z takim samym emocjonalnym zabarwieniem, przez co trudno mi go uznać za coś wyjątkowego. Nie spodobało mi się także wzniosłe moralizatorstwo na koniec. Wydźwiękowo jest to też film trochę zbyt hermetyczny, a to, co widz powinien poczuć sam jest podane na tacy. Tym niemniej chyba każdy w tej opowieści się odnajdzie w jakimś sposób, a bohaterowie próbują sobie radzić z porażkami humorem, co także jest realistyczne. Casting i aktorstwo świetne, ścieżka dźwiękowa przyjemna, a Jeju cudowne.

Smak: kwaśny

“Wakacje 1999” (r. Shusuke Kaneko, Japonia, 1988)

Nie byłbym w pełni zadowolony z festiwalu, gdyby nie pojawiło się jakieś guility pleasure. Nie spodziewałem się jednak, że tym razem będzie to film oparty na homoerotycznej mandze.

Tak, jest to gejowska telenowela – przesłodzona i trochę kiczowata. Jednak całość konwencji Shusuke Kaneko kupiłem. Dramat i romans miesza się tu z science-fiction i slow-burn thrillerem. Film bywa porównany do Pikniku pod wiszącą skałą. Jest to poniekąd celne porównanie – głównymi bohaterami są nastolatkowie w szkole, a forma to quasi-baśń z niezwykle precyzyjną realizacją. Jest idealna, film jest niemal wypolerowany. Każde ujęcie, zmiana tempa, światło, przeczesanie włosów, jednolite kostiumy i muzyka. Tworzy to unikatowy klimat. Reżyser zamknął czterech chłopców w akademiku intensyfikując ich uczucia i emocje – samotność, tęsknotę, wątpliwość, miłość, zazdrość i nienawiść. Nie sposób pominąć, że chłopców grają… dziewczyny, które spisują się świetnie. To drugi taki film, jaki widziałem, zaraz po ultra-arthouse’owych Dzikich Chłopcach Bertranda Mandico.

Jest to bardzo film nie dla każdego. Dużo jest realizacyjnego i romantycznego kiczu, zapętlających się dialogów w tym samym hiperemocjonalnym tonie. Ja natomiast patrzyłem i nie mogłem się napatrzeć. Świetne przedstawienie naiwnych, młodych uczuć. Intymny, ale bez grama pornografii. W przyszłości zdecydowanie dam szansę filmom w tym nurcie.

Smak: słodki

W trakcie 11 dni Festiwalu Pięć Smaków zdążyłem już poznać sporo Azji – terenu nie bardzo wcześniej mi znanego. Ograniczała się raczej do mainstreamu i takich reżyserów jak Bong Joo Ho, Lee Chang Dong, Park-Chan Wook, Kiyoshi Kurosawa, Hirokazu Koreeda, a ze starszych twórców – Akira Kurosawa, Kenji Mizoguchi, Hiroshi Teshigahara, no i kilku filmów anime. Czuję, że widziałem już sporo, aczkolwiek wiem, że po festiwalu chciałbym azjatyckie kino zgłębiać dalej i będę czuł pewien niedosyt. Tytułowe pięć smaków także zdążyłem już odczuć. Mam jeszcze parę filmów na festiwalowej watchliście, a kolejne interesujące pozycje przedstawię w trzeciej części relacji.

Zdj: materiały własne festiwalu

pięć smaków

Write a Review

Opublikowane przez

Błażej Piechota

Fan kina od 13 roku życia. Docenia zwłaszcza kino twórcze, odważne, czasem kontrowersyjne. Stara się oceniać filmy pół sercem, a pół głową. Docenia wszelkie inne przejawy pasji i kreatywności, nawet jeśli je nie do końca rozumie. Do ulubionych twórców należą min. Michael Haneke, Ingmar Bergman, Krzysztof Kieślowski i Dennis Villeneuve. Lubi oprócz tego czytać literaturę true-crime, męczyć się nad językiem niemieckim, dobrze zjeść, a później dla równowagi pograć w badmintona. Senior minimum wage work expert.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *