pięć smaków

19. Festiwal Pięć Smaków – relacja z festiwalu online cz. 3

Dziewiętnaście dni, trzydzieści filmów z trzynastu krajów (w tym pięciu, z których film obejrzałem po raz pierwszy) i osiemnaście minirecenzji. 30 listopada zakończyła się moja tegoroczna przygoda z Festiwalem Pięć Smaków. Przez ostatni tydzień udało się obejrzeć jeszcze kilkanaście pozycji – kolejne, które okazały się szczególnie interesujące przedstawiam poniżej. Pierwszą część relacji można przeczytać klikając w to miejsce, a drugą w to.

W ciągu trzech tygodni z ekranu mojego komputera płynęło bardzo wiele emocji – skrajnie różnych, bardzo często niełatwych, od groma kultur, kontekstów, ważnych (i nie) tematów. Czuję się, jakbym spędził wakacje w Azji, fizycznie zarazem tam nie będąc. Jakbym codziennie wysłuchiwał opowieści ludzi z wielu różnych rejonów, poznawał ich historie, zmartwienia i przybliżał sobie ich perspektywy. Oczywiście – oglądam bardzo różnorodne filmy z całego świata, najwięcej z Europy Centralnej, Zachodniej i Północnej. Czym innym jednak jest 19-dniowa podróż przez tereny wcześniej mi za bardzo nieznane.

Z jednej strony jestem bardzo zadowolony, że miałem możliwość odbycia tej podróży, a z drugiej – czuję pewien smutek i niedosyt. Nie mam uwag co do ilości filmów – jak już wspominałem wcześniej jest ona idealna. Gdyby było ich np. osiemdziesiąt – odczuwałbym frustrację z powodu braku czasu na obejrzenie wszystkich interesujących mnie tytułów i byłoby dla mnie problematycznym dokonać rozsądnego wyboru. Chcę natomiast to kino zgłębiać bardziej, chciałbym mieć więcej okazji do zapoznawania się z kinematografiami bardziej egzotycznymi. Mam już listę twórców, z których dziełami chcę się zapoznać – a przecież mam sporo do nadrobienia z Polski, Francji, Niemiec, Hiszpanii…

Mam pewne obserwacje, co do kina azjatyckiego. Dominują dramaty obyczajowe z kontekstami religijnymi i kulturowymi. Z racji tego, że np. zjawiska i problemy społeczne są mocno różne, niż te w Polsce, zdecydowanie warto chociaż skosztować filmów z Azji Południowo-Wschodniej i wzbogacić swoją wiedzę o tych krajach, spróbować czegoś innego. Nie lubię, kiedy filmy są wysoko oceniane tylko ze względu na swoją egzotyczność i zdarzają się oczywiście lepsze i gorsze. Największymi ich zaletami są na ogół wybitna kinematografia, muzyczne, stylistyczne elementy folkloru, a także szczerość i autentyczność. Mają natomiast chwilami problemy z trzymaniem tempa, metrażem i często nie do końca wiadomym jest, do czego dążą. Nie zaprzeczam, że niektóre filmy mnie zmęczyły lub nie do końca przekonały. Tym niemniej – wszystko ma jakiś smak, przy każdym tytule mogę nazwać coś, co w nim jest wyjątkowego. Dla kontrastu – kino niemieckie jest zazwyczaj bardzo solidne, poprawne, niemal bezbłędne, ale ma problemy z powściągliwością, brakiem ryzyka twórczego, płaską realizacją i encyklopedyczną treścią.

Poniżej ostatnich sześć tytułów, które moim zdaniem zasługują na uwagę. Azjo, do zobaczenia!

„Wędrówka na Zachód” (r. Kong Dashan, Chiny, 2021)

Spojrzenie na gatunek science-fiction chińskiego reżysera jest interesujące, oryginalne, a zarazem bardzo sensowne. Punkt ciężaru w jego pełnometrażowym debiucie jest przeniesiony z wynalazku (jak to w klasycznym sci-fi miałoby miejsce) na wynalazcę i sam proces poszukiwania. W gruncie rzeczy jest to film bardzo przyziemny – o człowieku i jego pasji. O tym, z jakich pobudek decyduje się na szaleńcze i naiwne poszukiwania kosmitów na przekór wszystkiemu, o tragedii i sentymentach. Postać rewolucjonisty, który dla otoczenia jest wariatem, a dla widza, który widzi wszystko z trzeciej osoby – wręcz przeciwnie.

Odkrycia nie zawsze powstają przy wsparciu wielkich korporacji, a czasem w biedzie. Trzeba sprzedać swój skafander kosmiczny, a czasem kosztem realizacji swoich marzeń jest brak prądu. Dla bliskich główny bohater jest śmieszny, podchodzą do niego sceptycznie i się na niego wściekać, staje się poniekąd ciężarem. Podobało mi się to, jak obie perspektywy można tu zrozumieć. Intrygująca jest też forma mockumentu, w której nie brakuje zarówno dramatycznych, smutnych momentów, jak i komediowych.

Fabuła jest natomiast bardzo chaotyczna, momentami trudno było mi znaleźć punkt zaczepienia – zwłaszcza, że dużo jest tu też filozofii i rozważań o miejscu człowieka we wszechświecie i potencjalnymi relacjami z innymi istotami. Montaż i multum cięć również jest męczący. Tym niemniej pomysł świetny, film poruszający, poniekąd uroczy i szanuję za inne spojrzenie na ten gatunek. Bardzo świeży film, a mały budżet paradoksalnie tu pomógł, pozwolił urodzić się masie emocji i niekonwencjonalnych pomysłów.

Smak: słodki

„Czerwone okulary” (r. Mamoru Oshii, 1987)

„W małym sraczu nie ma kumpli, ni braci”; „Nie ma już sklepów z małym płazem”

To niektóre cytaty z filmu japońskiego twórcy, znanego głównie z serii Ghost in the shell i animacji Angel’s Egg. Kino absolutnie bezkompromisowe i odjechane. Dystopijne Tokio, thriller neo-noir pomieszane ze sci-fi, surrealizmem i humorem – rubasznym i absurdalnym. Sporo jest tu ironii wobec kultury i slapstickowej przemocy, w końcu głównym tematem jest nielegalna produkcja zupek chińskich, którymi każdy się zachwyca, a które są zarazem pułapką na wrogów, kiedy dosypie się do nich środek przeczyszczający…

Czuć tu zdecydowanie ducha Lyncha, ale bardziej komediowego. Gra aktorska, charakteryzacja i kinematografia są tak samo szalone, jak i na naprawdę wysokim poziomie. Film Oshiiego dostarczył mi masę frajdy, zwłaszcza w pierwszej połowie. Później traci tempo, staje się bełkotliwy i ostatecznie naprawdę nie mam pojęcia, o czym w końcu jest. Japoński reżyser radzi sobie zdecydowanie lepiej w kreowaniu własnego, szalonego i niespotykanego uniwersum, gorzej z opowiadaniem historii. Z tego też powodu film jest bardziej ciekawostką, niż arcydziełem. Ale za to epicką, oryginalną i naprawdę sympatyczną. Kiedyś wrócę do tego reżysera, bo czuję, że jest tu co odkrywać. Oprócz wyżej wymienionych pozycji przykuł moją uwagę Avalon z 2001 roku, w którym główną rolę gra… Małgorzata Foremniak.

Smak: słony

„Miód dla dakini” (r. Deshen Roder, Bhutan, 2016)

Miałem okazję zasmakować kina także z niewielkiego Bhutanu. Deshen Roder łączy oniryczną przeprawę duchowo-filozoficzną z kryminałem neo-noir. Najpierw daje widzowi się rozkochać w widokach, lekko usypia złożoną religijnością i legendami, by później zejść na ziemię, przyspieszyć tempo i wniknąć w bhutańską społeczność, w której panuje zmowa milczenia. Pojawia się wówczas również temat ochrony przyrody.

Z pewnością jest to mieszanka interesująca. Reżyserowi udaje się połączyć mocno zakorzeniony w kulturze i problemach kraju dramat z fabułą, którą rzeczywiście da się śledzić. Cieszy, że w filmie nie ma poezji dla poezji, co trochę mi przeszkadzało chociażby w nepalskiej Shambhali. Interesująca jest też postać policjanta. W tradycyjnym kryminale, policjant jest kimś, kto rozwiązawszy zagadkę, staje się bohaterem. Tutaj zaś jest ona bardziej ludzka, daje się wciągnąć w grę i zaślepić urodzie Choden, staje się zupełnie bezradna wobec swego rodzaju bhutańskiej aury. Człowiek nie jest istotą stojącą ponad wszystkim.

Był to jeden z cięższych filmów festiwalu. Wolny, może zbyt duchowo zagmatwany jak na mój gust, filmową cierpliwość i trochę za długi. Sam moment przełamania tempa pod koniec powoduje, że fabuła jest trochę koślawa, a całość nie do końca naturalnie zmienia swoje oblicze. Z grą aktorską i dialogami również bywa różnie (chociaż w Ja jestem pieśnią tego samego reżysera było gorzej). Mimo słabszych punktów i wątpliwości, film zaskarbił moją sympatię. Sporą rolę w tym odegrała też kinematografia, ścieżka dźwiękowa i język dzongha, który brzmi bardzo ładnie.

Smak: umami

„3670” (r. Park Joon-Ho, Korea Południowa, 2025)

Mimo, iż 3670 to w gruncie rzeczy gejowska soap opera pełna klisz, to jest kilka rzeczy, które sprawiło, że był to jeden z filmów, które bardziej polubiłem. Pokazanie imprezowego życia koreańczyków jest jedynie pretekstem do pokazania zderzenia kultur i charakterów między Koreańczykami z północy i południa. Nie nazwałbym debiutanckiego filmu koreańskiego reżysera pełnokrwistym migracyjnym dramatem – temat samej migracji jest tu poruszony jedynie w niewielkim stopniu i tylko momentami.

Nie ma tu na szczęście całkowitego znęcania się nad bohaterem. Wszak poznaje przecież życzliwych i otwartych koreańskich gejów, chętnych go poznać i ciekawych historii jego życia. Pozornie jest więc wszystko, czego potrzeba, by stać się członkiem tej społeczności. W późniejszym czasie uwypuklają się jednak problemy. Wraz ze sporą ilością męsko-męskich relacji pojawia się ich nietrwałość. Wszystko jest ulotne i podatne na najmniejsze usterki. Chociaż obraz Korei Południowej jest tu lekko laurkowy, reżyser uwypukla kiepską zdolność naprawiania związków, a ludzie wiążąc się mają zawsze pewien cel, obraz, podejście, założenie, od którego trudno im odejść. Jest tu parę błyskotliwych dialogów i nieoczywistych sytuacji.

Joon-Ho ukazuje różnice między ludźmi z Korei Północnej i Południowej, ich przyzwyczajenia oraz wewnętrzne konflikty. Na północy nie możesz się chwalić, na południu wygląd to podstawa, trzeba się wyróżniać i pozbyć nieśmiałości. Z jednej strony uciekinierzy z północy są wobec siebie solidarni, z drugiej muszą się otworzyć na nowe, co dla wielu nie jest łatwe. Jedni żyją wymarzonym życiem, a drudzy szybciej muszą dorosnąć. Każdy bohater ma swój charakter, gra aktorska jest przekonująca. Całość przyjemnie, łagodnie estetyczno-miejska i lekka w formie. Ostatecznie natomiast – dosyć smutna

Smak: kwaśny

„Atak serca” (r. Nawapol Thamrongrattanarit, Tajlandia, 2015)

Na tegorocznej odsłonie Festiwalu Pięć Smaków nie zaprezentowano wprawdzie nowości tajskiego kina, ale można było obejrzeć dwa filmy z poprzednich edycji. I te dwa filmy okazały się jednymi z moich ulubionych.

Atak serca to moim zdaniem wzorowy przedstawiciel gatunku komedii romantycznej, która zarazem przypadnie do gustu również osobom, które fanami tego typu filmów nie są. Nie ma tutaj jakiegoś kiczu, przesłodzenia, który może przychodzić na myśl słysząc hasło komedia romantyczna. 

Jest za to filmem życiowym, z którym można się zidentyfikować. Minimalistycznym, lekkim, a zarazem niegłupim. Porusza temat pracy, bezsenności, pośpiechu w gonitwie, która na dłuższą metę nie ma sensu. Bohater staje w konflikcie wewnętrznym pomiędzy przetrwaniem finansowym, a przetrwaniem fizycznym. W tym momencie pojawia się też charyzmatyczna postać lekarki, mającej wyleczyć niepokojącą wysypkę, intensyfikującą się wraz z rosnącym poziomem stresu. Jest to zarówno zabawny, jak i sensowny, powtarzający się punkt zaczepienia towarzyszący bohaterowi przez cały film. Seans mnie wciągnął, trzyma się odpowiedniego tempa, nie traci dynamiki, a kinematograficznie jest bardzo przemyślany. Nie mam też zarzutów co do gry aktorskiej.

Oczywiście – przez dwie godziny film ma jeden koncept, który się powtarza. Nie jest może to coś wybitnego, czy odkrywczego. Da się przy nim uśmiechnąć, skłania natomiast również do refleksji i jest celnym komentarzem późnokapitalistycznej rzeczywistości.

Smak: słodki

„Diabeł morski” (r. Phuttiphong Aroonpheng, Tajlandia, 2018)

Na deser chcę napisać trochę więcej o najlepszym filmie, który obejrzałem w trakcie dziewiętnastej odsłony Festiwalu Pięć Smaków. Po Diable Morskim nie spodziewałem się specjalnie dużo, nie jest to też film oceniany powszechnie jakoś bardzo wysoko. Sam z nim nieco zwlekałem – wiedziałem, że to będzie slow-cinema, być może trochę do odbębnienia. Był to dla mnie dwudziesty szósty festiwalowy seans.

Film Aroonphenga zasługuje najbardziej na miano ukrytej perły. Dawno nie poczułem czegoś podobnego i to mimo swojego wolnego tempa oraz ciężkiej tematyki, jaką jest prześladowanie grupy etnicznej Rohingja. Szczerze mówiąc, zdziwiony jestem, że tak bardzo Diabeł Morski we mnie uderzył i tak mi się spodobał.

Baśń, slow-burn thriller i hołd dla Rohingjów. Symbolikę można analizować – dla mnie jest ona zrozumiała, sensowna oraz stosunkowo prosta, a można po prostu czuć emocje połączone ze światełkami (minimalistycznymi, ale jakimi ładnymi) i doskonałą muzyką. To opowieść zarówno uniwersalna – o solidarności, przyjaźni, bezinteresownej pomocy, komunikacji bez słów, jak i o konkretnych ludziach w określonej sytuacji. Nie nastawiłbym się natomiast na to, że po seansie wiedza o tej grupie etnicznej będzie szersza, jest to bardziej zaproszenie do odczuwania tego samego, co dwaj główni bohaterowie – najpierw w dwóch osobach, a później w jednej. Ta abstrakcyjna część nabiera więcej sensu pod koniec, natomiast żeby go dostrzec, trzeba się uzbroić w cierpliwość i skoncentrować.

Zachwyt obrazem miesza się z niepokojem i napięciem, a pod pięknem kryje się surowość, brutalność i czyhające zagrożenie. Trudno właściwie mi powiedzieć, czy jest to film prosty, czy zagmatwany. Czy jest to film poetycki, skoro nie ma nabzdyczonych monologów i dialogów? Czy jest abstrakcyjny czy przyziemny? Czy jest przyjemny, czy brutalny? Najwyraźniej nie zawsze trzeba decydować, ograniczać się do jakiejś formy, tylko po prostu opowiadać historię na swój sposób z wielowarstwowym wydźwiękiem i złożoną emocjonalnością. Ciężkie, ale jednak cudo.

Smak: gorzki

Zdj: materiały własne festiwalu

 

pięć smaków

Write a Review

Opublikowane przez

Błażej Piechota

Fan kina od 13 roku życia. Docenia zwłaszcza kino twórcze, odważne, czasem kontrowersyjne. Stara się oceniać filmy pół sercem, a pół głową. Docenia wszelkie inne przejawy pasji i kreatywności, nawet jeśli je nie do końca rozumie. Do ulubionych twórców należą min. Michael Haneke, Ingmar Bergman, Krzysztof Kieślowski i Dennis Villeneuve. Lubi oprócz tego czytać literaturę true-crime, męczyć się nad językiem niemieckim, dobrze zjeść, a później dla równowagi pograć w badmintona. Senior minimum wage work expert.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *