pięć smaków

19. Festiwal Pięć Smaków – relacja z festiwalu online cz. 1

12 listopada rozpoczęła się dziewiętnasta odsłona Festiwalu Pięć Smaków. Na łamach naszego portalu o festiwalu pisaliśmy już kilkukrotnie – w 2019 (13. edycja), w 2020 (14. edycja), 2021 (15. edycja)2022 (16. edycja). W tym roku powracamy. Chociaż nie ma nas na miejscu w Warszawie, to z racji tego, że festiwal odbywa się w formie hybrydowej, to zdecydowanie jest co oglądać. Organizatorzy innych festiwali – bierzcie przykład. 

pięć smaków

W programie festiwalu znajdują się w większości filmy z ostatnich kilku lat. Im poświęcone są sekcje Nowe kino Azji, w której znajdują się filmy bardziej artystyczne i undergroundowe oraz Asian Cinerama z kinowymi hitami. Osobne sekcje posiadają też filmy poświęcone migracji, koreańskie filmy coming of age i azjatyckie filmy science fiction. Jeśli chodzi o retrospektywy, mamy cały blok japońskich filmów z lat 80 oraz filmów z Hong-Kongu sprzed XXI wieku.

To, co mnie przyciągnęło, by Festiwal Pięciu Smaków po raz pierwszy w życiu odwiedzić to możliwość zobaczenia filmów z krajów, które raczej w mainstreamie często nie goszczą. W programie znajdują się dzieła z takich krajów jak Malezja, Bangladesz, Singapur, Nepal, czy Bhutan. Prawdopodobnie jest to też jedyna okazja, by większość filmów zobaczyć – może świadczyć o tym chociażby fakt, że tajwański Yen i Ai-Lee ma całą jedną ocenę na portalu Filmweb, a masa innych niewiele więcej. Liczyłem też oczywiście na sporą różnorodność gatunkową, choć byłem przygotowany na sporą ilość dramatów obyczajowych z piękną kinematografią i elementami kultury kraju. Jednak nie samym tym człowiek żyje.

Tylko część filmów jest dostępna online. Nie ukrywam lekkiego rozgoryczenia, że nie ma chociażby Zmartwychwstania – chińskiego filmu science fiction, będącego podróżą przez całą historię chińskiego kina, czy filmów Kiyoshi’ego Kurosawy – reżysera świetnej Kuracji z 1997 roku, czy chociażby Tokijskiej Sonaty z 2008. Może innym razem. Cieszy jednak jeszcze jedna sekcja Posmaki, zawierająca tytuły z poprzednich edycji, które wówczas były dostępne do obejrzenia tylko w kinie. Teraz jest szansa, by wirtualni widzowie również mogli się z nimi zapoznać.

Łącznie do obejrzenia mam do wyboru 35 filmów. Jest to ilość idealna – jest w czym wybierać, a z drugiej strony ambitni (albo nieumiejący dokonywać selekcji) w 19 dni dadzą radę obejrzeć wszystkie. Moim priorytetem są filmy, których nigdzie indziej nie dostanę i przedstawiciele mniejszych krajów. Myślałem, czy oglądać krajami, czy latami, czy blokami, ale z racji tego, że w trzymaniu się swoich planów zbyt dobry nie jestem – oglądam to, na co w danej chwili mam ochotę.

„Drzwi” (r. Banmei Takahashi, Japonia, 1988)

Festiwal postanowiłem zacząć od odrestaurowanej japońskiej klasyki. Drzwi to slow-burn thriller z bardzo ciekawym pomysłem wyjściowym. Reżyser zamknął główną bohaterkę w mieszkaniu, którą non stop męczą dziwne telefony, odgłosy i pukanie do drzwi. Przez znaczącą część filmu nie ma żadnych bezpośrednich, fizycznych starć – wymienione środki wystarczają do spowodowania uczucia bezradności i braku kontroli u widza. Choć ogólnie bardzo lubię thrillery, które w gatunek wpisują się niestandardowo, to w dziele Takahashiego widać niestety niski budżet i sporo wad realizacyjnych.

Rzadko się zdarza, że muzyka to największa wada, ale tu tak właśnie jest. Dziwny, zapętlający się elektroniczny podkład skutecznie psuje jakiekolwiek budowane napięcie. Aktorstwo zdecydowanie nie należy do przekonujących, widać sztuczność i karykaturalność. Zrozumiałym jest, że reżyser dąży do powolnego budowania napięcia, jednak film jest rozciągnięty i przez 90% czasu raczej pozbawiony elementów, które jakkolwiek mogłyby przyciągnąć uwagę. Przyciągają uwagę za to zupełnie nielogiczne działania głównej bohaterki.

Odczucia końcowe lekko poprawia finał. Sama przemoc jest slapstickowa, jednak zaskoczyło mnie nagłe, bezczelne zaatakowanie widza gore. Jedna ze scen pościgu jest nakręcona w bardzo interesujący sposób- z góry, a dziecko wojujące z podobną brutalnością, co matka zdobyło moje serce. Choć nie uważam Drzwi za zbyt dobry film, to dla fanów gatunku jest to pozycja do sprawdzenia, z pewnością charakterna oraz intrygująca. Może jakiś hollywoodzki remake z poprawkami?

Smak: słony

 

“Chilsu i Mansu” (r. Park Kwang-su, Korea Południowa, 1988)

Pierwszy ważny film festiwalu i pierwszy film koreański wyprodukowany przed XXI wiekiem, jaki widziałem. Opowiada on o losach dwóch bohaterów, próbujących odnaleźć swoje miejsce w Korei Południowej, znajdującej się w momencie rodzącego się kapitalizmu. Szukają pracy, emocji, uczuć i uwagi w systemie, który wymaga od nich bycia kimś więcej. Historia tak samo romantyczna, jak i tragiczna. Uważam za kontrowersyjne przypisywanie jej do gatunku komedii – tej są naprawdę śladowe ilości.

Obie postacie są zagrane świetnie, a film niespodziewanie nabiera rozpędu pod koniec. Najlepsza część filmu ma miejsce właśnie na billboardzie, na który wdrapują się bohaterowie – nie jest to tajemnica, gdyż można to przeczytać w opisie. Bez jasnego celu, bez żądań, ale z poczucia wyalienowania. Ważny społecznie i politycznie film, choć mam wątpliwości co do niezręcznego i tępawego wątku romantycznego, a przez seksizm nie byłem w stanie się z jednym z głównych bohaterów emocjonalnie związać. Akcja toczy się dość powoli i jednostajnie, co też wymaga od widza cierpliwości. Prowokujący do dyskusji komentarz egzystencjalny, który mogę polecić chętnym poznania ówczesnego koreańskiego społeczeństwa.

Smak: gorzki

“Oskarżyciel” (r. Donnie Yen, Hong Kong, 2024)

Postać Donniego Yena jest całkiem znana. Grał chociażby w Johnie Wicku oraz Ip Manie – nie moje kino, ale kojarzę. W kinowym hicie z 2024 roku oprócz grania głównej roli, jest reżyserem filmu. W Oskarżycielu łączy dramat sądowy, oparty na rzeczywistej aferze korupcyjnej z 2016 roku z policyjnym kinem akcji, z nowoczesnym Robin Hoodem i mistrzem sztuk walki na czele. Albo mistrzem hokeja. Albo baseballa. Bo całe gangi pokonuje za pomocą albo swoich pięści, albo różnorakich kijów.

Jeżeli podejdzie się z dystansem do seansu i jeśli nie przeszkadza lekko cringowa wszechmoc głównej postaci, walczącej z okrutnym systemem – Oskarżyciel to film, który ogląda się całkiem przyjemnie. Fabuła nie jest może najwybitniejsza, ale całość zrealizowana jest niemal po hollywoodzku. Ciekawy montaż i kinematografia, muzyka patetyczna, dynamika, brutalne efekciarstwo – to wszystko wystarcza do zapewnienia dobrej rozrywki. Nie należy tutaj oczekiwać zbyt wiele treści, bo sprawa kryminalna to głównie pretekst dla kreacji głównego bohatera, jednak koniec końców – da się oglądać i mieć z tego frajdę. Bardzo mi się podoba także język – chiński, z którego nic nie rozumiem, a nagle znikąd – SIT DOWN albo CUT THE BULLSHIT. Stylowe.

Smak: kwaśny

“Nie płacz, motylku” (r. Dương Diệu Linh, Wietnam, 2024)

Nie płacz, motylku to pierwszy obejrzany przeze mnie film festiwalu i bardzo pozytywne zaskoczenie. Mąż zdradza, dach przecieka, klienci to idioci… i tak się żyje w tym Wietnamie. Dzieło o ludziach i życiu, problemach i rozpaczliwych i nieudolnych próbach radzenia sobie z nimi. Ludzie ćwiczą jogę, szukają źródeł swoich kłopotów w pieprzykach na twarzy, tańczą, marzą, odprawiają dziwne rytuały. Kino z duchem i sercem.

Może się wydawać, że reżyser nie ma do powiedzenia jakoś bardzo dużo, że fabuła zmierza donikąd (ale czy takie nie jest życie?), jednak całość opowiada w intrygujący i przemyślany sposób. Jest tu trochę bardzo celnej komedii i humoru sytuacyjnego, trochę feminizmu, a trochę satyry na wietnamskie społeczeństwo. Kinematografia i zdjęcia – zwłaszcza wnętrza i stroje – wypadają bardzo przyjemnie dla oka. Aktorsko- każdy błyszczy. Cieszy to, że fakt, że film jest egzotyczny nie stanowi głównej części filmu, jego moc nie opiera się na estetyce. Kultura jest ważna, ale reżyser ma do niej jakieś konkretne podejście i wie, co z nią zrobić. W filmie zawarty jest jego komentarz. Mimo, że estetyka jest barwna, a humoru sporo, to w gruncie rzeczy jest to film mocno egzystencjalny i społeczny na temat niedoborów i kompleksów oraz cichej trwogi w każdym z nas.

Jest tu trochę za dużo melodramatu, nie za bardzo mi się spodobał zwrot w stronę zagmatwanego art-house’u pod koniec, ale ostatecznie – kino ładne, skromne, choć nie najprostsze.

Smak: kwaśny

“Miasto z piasku” (r. Mahde Hasan, Bangladesz, 2025)

Przeniosłem się do industrialnej Dhaki, stolicy Bangladeszu – również pierwszy raz w życiu. Nie jestem w stanie nie ocenić takiego filmu niepozytywnie, mimo moich zastrzeżeń wobec fabuły, a raczej… jej braku. Miasto z piasku to mocne slow cinema i głębokie zanurzenie się w robotniczym klimacie kraju. Nie ma tu wystarczająco mocno zarysowanej historii i bohaterów i nie jestem w stanie z pełnym powiedzieć, o czym jest. Na pewno jest tu alienacja, monotonia i bieda. W ogóle jest to przytłaczający i smutny film, po którym poczułem się inaczej.

Na początku recenzji wspomniałem, że na pewno będzie tu filmów prostych fabularnie, trochę może schematycznych, ale ładnych. Pod względem kinematografii Miasto z piasku przerosło natomiast moje najśmielsze oczekiwania. Krajobraz z jednej strony zachwyca, a z drugiej strony niepokoi ze świadomością, że jest to miejsce pracy – ciężkiej i nieprzyjemnej. Dźwięk ograniczony do stuków, uderzeń, trzasków, huków ten niepokój wzmaga.

Dzieło Hasana lepiej działa jako doświadczenie, niż historia. Zrobienie filmu poetyckiego prawie bez użycia słów to sztuka i moim zdaniem to nie do końca zadziałało. Wyraźnie jest podkreślone, że bardzo ważnym elementem Miasta z piasku jest koci żwirek, a dobre 10 minut zajmują ujęcia z nim. I nazwisko reżysera pisane małymi literami. Nie ukrywam, że nie przekonuje mnie do końca takie kino, ale wizualnie i dźwiękowo to jest uczta – tego nie mogę nie docenić.

Smak: gorzki

“Yen i Ai-Lee” (r. Tom Lin, Tajwan, 2024)

Porównanie do Romy Cuarona może i jest lekko naciągane i powierzchowne, jednak podobnie jak meksykański reżyser Tom Lin zdecydował się na ograniczenie swoich barw do czerni i bieli. Przez to podobnie jak w zdobywcy Oscara w 2018 roku człowiek i jego emocje są wysunięte na pierwszy plan.

Dawno nie widziałem tak bardzo ludzkiego i wrażliwego filmu. Główna bohaterka wychodzi po ośmiu latach z więzienia po zabójstwie swojego ojca i wraca do rodziny. To film bezlitośnie szczery i rozdrapujący rany, które tak naprawdę nigdy się nie zagoiły, mimo upływu lat. Historie rodzinne zataczają koło. Każdy nosi traumę i poczucie winy. Bliscy czują do siebie wstręt, mają wzajemne wyrzuty i nikt do końca się nie rozumie. Główna bohaterka Yen potrzebuje pomocy, a nie chce by się nad nią litowano. Jest bezradna wobec skomplikowanej sytuacji rodzinnej.

Trudno mi wymienić wszystkie elementy, jakie Tom Lin ukrył w ciszy, między wierszami. Jest to kino głębokie, refleksyjne, smutne i trudne, świetnie zagrane i zrealizowane. Reżyser nie sili się na wielką sztukę, a środki ograniczone są do absolutnego minimum. Plot twist, zagadka kryjąca się za tytułem ma przewidywalne rozwiązanie, ale sensowne. Wybaczam przesyt dramatyczności chwilami i szantaż emocjonalny – świetny film i na razie mój faworyt festiwalu. 

Smak: gorzki jak lek, który najlepiej leczy

Przez pierwsze trzy dni obejrzałem sześć filmów – zdecydowana większość jeszcze przede mną. Po dotychczasowych seansach mam jeden wniosek – każdy film ma w sobie coś ciekawego, intrygującego, przynajmniej jedną cechę, która wyróżnia go spośród innych, nawet jeśli nie jest najlepszy.

Na zakończenie pierwszej części relacji wyrazy uznania dla wsparcia technicznego festiwalu. Miałem problem z odtworzeniem filmu (okazało się ostatecznie, że wina jest po stronie przeglądarki) i po napisaniu maila dostałem pomoc w parę minut.

Warto też wspomnieć o sympatycznym elemencie, jakim są ciekawe i dziwaczne reklamy azjatyckie puszczane przed seansem. Takie drobnostki nadają festiwalowi charakteru.

Zdj: materiały własne festiwalu

pięć smaków

Write a Review

Opublikowane przez

Błażej Piechota

Fan kina od 13 roku życia. Docenia zwłaszcza kino twórcze, odważne, czasem kontrowersyjne. Stara się oceniać filmy pół sercem, a pół głową. Docenia wszelkie inne przejawy pasji i kreatywności, nawet jeśli je nie do końca rozumie. Do ulubionych twórców należą min. Michael Haneke, Ingmar Bergman, Krzysztof Kieślowski i Dennis Villeneuve. Lubi oprócz tego czytać literaturę true-crime, męczyć się nad językiem niemieckim, dobrze zjeść, a później dla równowagi pograć w badmintona. Senior minimum wage work expert.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *